cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

george_1976
George Harrison (1943-2001)

NAZYWANO GO „CICHYM BEATLESEM”

Wielka Czwórka faktycznie przestała istnieć w 1970 roku, ale bezpowrotnie pękła dopiero w 10 lat później, kiedy od kul zamachowca zginął John. 29 listopada zmarł po długiej chorobie George Harrison – niedoceniany Beatles, zwany „cichym”. Oto jego ostatnie słowa: Starajcie się kochać nawzajem!

Gdyby zawęzić stereotypy obowiązujące wśród fanów – dawnych i obecnych – do jednego, kluczowego określenia, całą Wielką Czwórkę można opisać w następujący sposób: John to buntownik. Paul – geniusz. Ringo – klaun. Natomiast George – to ten „cichy”, „spokojny” Beatles. Tajemniczy, nieodgadniony mistyk. Świetny gitarzysta. To wszystko prawda, nawet jeżeli ograniczona czy uproszczona, to jednak prawda. George Harrison był bezpretensjonalnym człowiekiem o miłej, ujmującej powierzchowności. Nie miał przewrócone w głowie. I kochał życie.

Tyle tylko, że w jego przypadku miłość do życia manifestowała się bez „efektów ubocznych”, jakie – nieuchronnie – niesie za sobą gwiazdorstwo (jeżeli odpuścimy mu – zaburzające wizerunek filozofa – zamiłowanie do samochodów wyścigowych). Powiedział kiedyś: „Jestem naprawdę prostym człowiekiem. Nie chcę poświęcać czasu na karierę czy interesy. Wolę być ogrodnikiem. Przycinam kwiaty i patrzę jak rosną. Nie chodzę na przyjęcia. Siedzę w domu i patrzę, jak płynie rzeka.”

Warto zauważyć, że wypowiadając te słowa był od dawna milionerem. Oczywiście nie został nim za ładny uśmiech. Choć ładny uśmiech miał także. I kapitalne poczucie humoru, o czym przekonali się wielbiciele trupy komediowej Monty Python, kiedy to właśnie były Beatles zaczął finansować niekonwencjonalne (i wielce kontrowersyjne) przedsięwzięcia komików. Ale to później. Wpierw Harrison musiał zostać Beatlesem. Jego ojciec był kierowcą autobusu w rodzinnym Liverpoolu i to w autobusie George poznał przyszłego „szefa”, Paula McCartneya. Razem z Johnem Lennonem chłopcy założyli szkolny zespół The Quarrymen, ziarno, z którego wykiełkowali Beatlesi.

Panuje opinia, że Harrison był najlepszym muzykiem Beatlesów. To także prawda, ale wymaga wyjaśnienia. Niewątpliwie był najzdolniejszym gitarzystą, ale też jako jedyny z Wielkiej Czwórki naprawdę przykładał się do rozszerzania umiejętności gry na instrumencie. Regularnie ćwiczył. Paul górował muzykalnością nad pozostałymi Beatlesami, ze swobodą posługiwał się instrumentami obsługiwanymi przez kolegów (z perkusją włącznie). Ale tylko Harrison miał w sobie zacięcie wirtuozowskie i tylko jego partie wykraczają ponad przeciętne (doskonałe, ale nie wirtuozowskie) brzmienie Beatlesów. Solo gitarowe we własnej kompozycji Something to prawdziwa perła.

Słabiej było z talentem autorskim. Zapewne nie byłoby źle, gdyby George trafił do innego zespołu, a warto zauważyć, że w czasie kiedy rodzili się The Beatles było ich w samym Liverpoolu ponad trzysta! Miał jednak szczęście – albo i nieszczęście – że trafił na dwóch autorów genialnych. Wkład spółki autorskiej Lennon/McCartney do muzyki popularnej XX wieku porównywalny jest tylko z wkładem wielkich twórców amerykańskich: Gershwina, Berlina czy Portera. A tak naprawdę przewyższa go.

Początkowo Harrison nie był dopuszczany przez lepszych (i nieco starszych, co nie było bez znaczenia dla jego roli w zespole) kolegów do komponowania. Ale w miarę upływu lat ulegało to zmianie i na większości płyt Beatlesów „kompozytor Harrison” dochodzi do głosu. Znamienny jest fakt, że jego utwory są coraz lepsze. Na albumie „Revolver” (uznanym dziś za bardziej przełomowy niż legendarny „Sierżant Pieprz”) pojawia się znakomity, ironiczny Taxman (także ostra krytyka społeczna w warstwie tekstowej). A jest dopiero rok 1966 – światem zaczęła rządzić „beatlemania”.

„Początkowo wydawało nam się, że pragniemy sławy. Później dotarło do nas, że tak naprawdę, chodzi nam tylko o owoce sławy. Po pierwszym zachłyśnięciu się sławą ja zareagowałem depresją. Czy to właśnie tego mamy oczekiwać od życia? Mamy być ścigani przez bandę wariatów od jednego hotelu do drugiego?” – zapytywał George.

Wraz z oszałamiającym sukcesem Beatlesów rozpoczęła się o Harrisona fascynacja kulturą wschodu, której George – jako jedyny artysta ze świata muzyki popularnej –pozostał wierny. Regularnie uprawiał medytację i pogłębiał swoją wiedzę. Do historii zapisał się wprowadzając brzmienie hinduskiego sitara do europejskiej muzyki pop – stało się to w 1965 roku w piosence Johna Norwegian Wood (This Bird Has Flown). Potem było Love You Too (1966) i Within You, Without You z „Sierżanta Pieprza” (1967) – jedne z najbardziej niezwykłych utworów w całym, pełnym niespodzianek, dorobku The Beatles. Ale „zwykłe piosenki” George’a były też coraz piękniejsze.

Skomponował trzy arcydzieła, które na trwałe wzbogaciły kanon muzyki popularnej: While My Guitar Gently Weeps (1968) oraz Something i Here Comes The Sun (1969). Jak na ironię wielki piosenkarz – i nie mniejszy ignorant – Frank Sinatra, wymieniał Something jako najlepszą kompozycję… Lennona i McCartneya. George Harrison naprawdę nie miał szans w cieniu swoich wielkich kolegów. I wiedział o tym.

Wyszedł z cienia dopiero po rozpadzie The Beatles, ale wyzwolił się w pięknym stylu. Nagrał trzypłytowy album „All Things Must Pass” (1970) i odniósł wielki sukces, wprowadzając piosenkę – jako pierwszy z „byłych Beatlesów” – na szczyty światowych list przebojów. Był to niezapomniany przebój My Sweet Lord, za który – jak na ironię – zapłacił po latach odszkodowanie za „mimowolny plagiat”. Dziś nikt już nie pamięta nieszczęsnego „oryginału” – He’s So Fine grupy The Chiffons.

George Harrison był człowiekiem, któremu – w sposób zupełnie naturalny – zależało w życiu na wartościach duchowych. Powiadał: „Trzeba wyrwać się z obowiązujących schematów myślenia. To absolutnie nieodzowne, żeby żyć pełnią życia. Młodzi ludzie szukają dziś pokoju i zwracają się w tym celu głąb siebie. I bardzo słusznie.”

Przy takiej filozofii życiowej łatwo było go namówić na zaangażowanie się w akcję dobroczynną, której efektem był legendarny „Koncert dla Bangla Desz” – inicjatywa George’a, sprowokowana apelem hinduskiego wirtuoza sitaru, Raviego Shankara, przyjaciela Beatlesa. Niezapomniany koncert w nowojorskim Madison Square Garden (uświetniony niezapowiedzianym udziałem Boba Dylana), stał się „prototypem” rockowych imprez dobroczynnych, włącznie z gigantycznym Live Aid.

Poza muzyką i kulturą wschodu miał też Harrison inne zainteresowania. Jego wielką pasją był film. Stał się z czasem cenionym producentem, lecz pierwszy – nie licząc filmów z The Beatles – kontakt George’a z planem filmowym był dziełem przypadku. Jego ulubieni komicy, trupa Monty Python, utknęli na planie zdjęciowym w Tunzeji, kiedy EMI wycofało się z finansowania „bluźnierczego” filmu „Żywot Briana”. Fan Pytonów wyłożył więc kasę i tak został… producentem filmowym. Założył własną, niezależną wytwórnię Handmade Films (czyli: Filmy Ręcznego Wyrobu). Odniósł w tej nowej roli wiele trwałych sukcesów artystycznych, jako producent m.in. fantazji  „Bandyci czasu” (1981), którą wzbogacił piosenką Only A Dream Away, czy dramatu „Mona Lisa” (1986). Brytyjska Akademia Filmowa wymieniła cztery produkcje Handmade Films wśród stu najważniejszych filmów brytyjskich XX wieku.

George wycofał się z życia publicznego, ale głośny był jego rozwód z pierwszą żoną, Patti Boyd, która była także muzą najbliższego przyjaciela Harrisona, Erica Claptona (to o niej napisał Clapton niezapomnianą Laylę). Zmiana męża nie zachwiała jednak przyjaźnią obu panów i George był obecny na ślubie swojej ex-żony z przyjacielem. Odnalazł szczęście u boku Amerykanki meksykańskiego pochodzenia, Olivii Arias.

Nie odnosił wielkich sukcesów w kolejnych dekadach, ale jego albumy były zawsze utrzymane na bardzo dobrym poziomie, a że nagrywał je coraz rzadziej, potwierdzało to tylko jak skromnym i bezpretensjonalnym był człowiekiem. Odniósł niespodziany sukces wprowadzając na listy przebojów zapomniany utwór Got My Mind Set On You i własną piosenkę „retrospektywną" When We Was Fab (obie w 1987 roku), w której wspominał Beatlesów. Eric Clapton namówił go na japońskie tournee w 1991 roku i wystąpił wraz ze swym zespołem w roli muzyków akompaniujących. Zagrał też na jubileuszowym koncercie Boba Dylana w Nowym Jorku w 1992 roku. Był to już ostatni publiczny występ Harrisona na wielkiej imprezie o światowym zasięgu.

Bardzo przeżył śmierć Johna Lennona. Zaostrzył po tragicznym wydarzeniu ochronę swojego pałacu we Friar Park (Henley-On-Thames), co nie uchroniło go jednak przed napadem szaleńca z Liverpoolu, który włamał się do posiadłości i dźgnął go nożem w klatkę piersiową w 1999 roku. Dzielna żona powstrzymała napastnika posługując się… lampką nocną. Wiedziała już od dwóch lat, że mąż jest poważnie chory.

George zmarł w domu przyjaciół w Los Angeles, gdzie przebywał na bezskutecznej kuracji. Ostatnie dni życia spędził z ukochaną żoną, Olivią, i synem Dhanim. Odszedł na „drugą stronę” (w co głęboko wierzył) w czwartek 29 listopada o godzinie 22:30 czasu polskiego. Nałogowy palacz papierosów od dawna cierpiał na raka krtani, przeszedł też operację usunięcia kawałka płuca. Naświetlania i chemoterapia nie przyniosły rezultatów, a przerzuty choroby – również do mózgu – zwiastowały przedwczesną śmierć muzyka. Harrison był tego w pełni świadomy.

I tak odszedł od nas drugi Beatles, przeniosła się na „Truskawkowe Pola” połowa Wielkiej Czwórki. Został Sir Paul McCartney, został też nieśmiertelny (chociaż to się jeszcze okaże) Ringo Starr. Beatlesów nie ma, co warto podkreślić, od ponad 30 lat. Fakt, że nadal są żywi w zbiorowej świadomości, dowodzi tylko, że drugiego takiego zespołu nie będzie już nigdy. Jedynego zespołu w dziejach, o którym słyszeli ludzie na wszystkich kontynentach. Wszyscy potrafią wymienić jego skład. Wielka Czwórka wstrząsnęła kulturą masową, ale także masową świadomością. Śmierć Beatlesa nie jest jednak – jak mówi się ostatnio – „końcem pewnej epoki”, bo epoka ta skończyła się już dawno i to bezpowrotnie. Teraz opuszczają nas jej legendy, filary, ikony.

Świadomość, że żyjemy na tej samej planecie co Beatlesi bywała pocieszająca. Mogła sugerować, że nie jest to – być może – najgorsza z planet. Ale bez legend tamtych lat robi się pusto. A kiedy przyjrzymy się bliżej żywym legendom naszych czasów, pustkę ową wypełnia uzasadnione przerażenie. Spoczywaj w pokoju, George!


Paul McCartney (Beatles)

Był wspaniałym facetem, odważnym człowiekiem o wielkim poczuciu humoru.

Yoko Ono (wdowa po Lennonie)

George wnosił magię do życia bliskich mu ludzi. Zapamiętamy jego muzykę, dowcip i mądrość. George, jego żona Olivia i syn Dhani byli dla nas jak rodzina.

Olivia i Dhani Harrison (żona i syn)

Opuścił ten świat, tak jak na nim żył – świadomy istnienia Boga, bez lęku przed śmiercią i spokojnie. Na koniec powiedział: Próbujcie kochać się wzajemnie!

Michael Palin (Monthy Python)

Był nie tylko artystą, ale także niezwykle dowcipnym człowiekiem. Z nikim chyba nie obśmiałem się tak, jak z nim. Byłem zdumiony i zadowolony, że dał się poznać jako fan Monty Python. Dzięki jego poparciu i entuzjazmowi powstał m.in. „Żywot Briana”. Nie bał się śmierci – wierzył, że czeka go podróż w inny wymiar.

George Martin (producent)

Harrison był człowiekiem bardzo kochającym rodzinę. Jego żona i syn towarzyszyli mu w chorobie z wielką odwagą i oddaniem. Wierzę, że tak jak chciał, jest teraz gdzieś w stanie transcendencji. Niech Bóg ma go w opiece.

Max Clifford (EMI):

Nie było w nim ani trochę zarozumialstwa czy arogancji. Nikt, kto znał George’a dobrze, nie może o nim powiedzieć jednego złego słowa.

Gerry Scott (burmistrz Liverpoolu):

George Harrison był jednym z największych liverpoolczyków. Był człowiekiem pokojowym i serdecznym, kimś więcej niż tylko utalentowanym muzykiem, chociaż na tym polu zapisał się najmocniej.

Bob Harris (DJ):

Zawsze robił na mnie wielkie wrażenie. To ciepło osobiste! Ten wspaniały wymiar duchowy, jaki wnosił. Nie dziwi mnie absolutnie, że jego ostatnie słowa brzmiały: „Próbujcie kochać się wzajemnie!” To najlepiej podsumowuje jego przesłanie.

[PRZEKRÓJ, 2001]

Popkulturystyka - Pożegnania...

Naszą witrynę przegląda teraz 52 gości