cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

3-Lago-Titicaca
Od lodowców do tropików cz. 3

JEZIORO TITICACA I WYSPY

Na każdym kroku ślady cywilizacji Inków. Na każdym kroku ślady podboju Hiszpanów. To była istna wojna światów, jak w literaturze science fiction. 

Jak tu kontemplować „zderzenie cywilizacji” w XVI wieku, skoro przejazd taksówką z Chile do Peru (niecała godzina przez palącą pustynię z miejscowości Arica do Tacna) to zderzenie dwóch światów. Nawet dzisiaj. Witamy w Trzecim Świecie! To niemodny dziś termin i niepoprawny, ale jak powiedzieć inaczej? Gorszy świat? Peru to Indianie, mrowie Indian. Musimy pokonać duży fragment drogi zwykłym autobusem, w którym – poza tym, że panuje w nim piekielne zimno (w nocy zamarzły szyby) – poza nami i Indianami podróżuje domowe ptactwo miotające się w plastikowych torbach. Według naszego GPS przekraczamy w nocy 4800 metrów – nasz rekord wysokości. Niestety, a może na szczęście, nie widzimy tego, co jest za oknem. Ponoć lepiej nie widzieć.

Puno to peruwiańska brama na jezioro, dzielone przez dwa zwaśnione państwa. Po stronie boliwijskiej równorzędną atrakcją jest Copacabana. Z obu portów codziennie wypływa flotylla łodzi najróżniejszej wyporności i klasy i rozwozi gringos po wyspach. Dla nas największą atrakcją jest samo Titicaca, najwyżej położony żeglowny zbiornik wodny na świecie. Tafla tego giganta – 230 km długości na blisko 100 km szerokości (ale w większości miejsc drugi brzeg jest widoczny) – leży na wysokości 3825. Kiedyś (dla jasności: plejstocen i wcześniej) leżało tu morze śródlądowe. Jego pozostałością jest jezioro Titicaca: skąpane w słońcu, intensywnie granatowe, zimne.

Ale celem większości wędrowców są wyspy i to one tłumaczą panujące tu ożywienie. Już o świcie z portu w Puno wypływają stateczki. Ich pierwszym celem są legendarne „pływające wyspy” (Islas Flotantes), ruchomy archipelag Uros. Titicaca promieniuje na okolicę kulturą trzciny, nigdzie też nie widać tego wyraźniej, niż na tych wyspach. Są zbudowane z trzciny i wymagają nieustannej regeneracji – nieustannie butwieją od spodu. Ich mieszkańcy żyją w chatach trzciny i wyplatają trzcinowe wyroby na sprzedaż. Po wyspach – wielkości boisk – snują się dzieci i koty. W „kurnikach” nie widać drobiu, skutecznie zastąpiły go świnki morskie. Brakuje tylko jaj. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że mieszkańcy Uros żyją na wyspach już tylko dla turystów. Gdyby nie codzienny napływ gotówki, żebraliby w miasteczku.

Prawdziwa przygoda zaczyna się po wypłynięciu na pełne wody jeziora. Podobnie jak na Atakamie jest to przygoda z kolorami, tylko że tym razem wchodzimy w granaty – wody i nieba. Daleko im do malarskiego indygo Patagonii, ale i one fascynują. Chyba najbardziej na linii horyzontu, gdzie jaskrawość kontrastów dyktuje zmienna pogoda. Płyniemy w pełnym słońcu. Naszym celem jest wyspa Taquile, już nie pływająca, lecz samotna skała o wysokości 200 m. Kiedy wspinamy się na szczyt, do głównej osady, przekraczamy i tutaj wysokość 4000 metrów. W kamiennym budynku spożywamy obiad przygotowany specjalnie z myślą o zamożnych gościach. Ryby z Titicaca – dzisiejszy połów. W maleńkim porcie kąpali się w wodzie chłopcy, chociaż jej temperatura wynosiła zaledwie 9 stopni. Ryby z jeziora były wyśmienite.

Każda grupa wędrowców, która dociera do miejsca tak bezludnego, skazana jest na nieustanną asystę tubylców. Zwłaszcza dzieci. Małe dziewczynki przytulają się do nóg i czekają na zdjęcie. Wystarczy jednak trzask migawki i unoszą się maleńkie rączki – to kosztuje. Uszczęśliwia je nawet jeden sol, równowartość złotówki. Między nimi dostrzegam dziecko tak małe, że naśladuje starsze koleżanki, nie pojmując celu zabawy. „Jest taka mała, że przytula się za darmo” – przychodzi mi do głowy.

Gdy nie jesteśmy na jeziorze zwiedzamy okolicę. Piece inkaskie, leżące na wzgórzach wokół Sillustani, do dziś nie zdradziły swojego prawdziwego przeznaczenia. Przyjęło się sądzić, że były to krematoria. Okoliczny krajobraz przypomina ponurą Szkocję i nastraja odpowiednio grobowo. Bez żalu więc wsiadamy do pociągu do Cusco.

Kolej andyjska nosi na tym odcinku wdzięczną nazwę „Andean Explorer”. Jest kilka klas podróżnych, ale czasy, kiedy na dachach wisiała miejscowa ludność należą do przeszłości. Podróż trwa 10-12 godzin i wiedze przez góry, dostarczając wspaniałych widoków. Jest tylko jeden postój, tam gdzie na wysokiej przełęczy wyrósł bazarek z wyrobami z alpaki. Swetry, szaliki, czapeczki mają wielobarwne wzory. Sam pociąg pomalowany jest na niebiesko i przesuwa się w tym krajobrazie jak zgubiony wąż.

Mam szczęście do pogody. Dopisywała mi przez cały pobyt w Patagonii, co graniczyło z cudem. Potem była Atakama, gdzie oczywiście pogody nie ma, bo tam nie ma nic. Nawet widowiskowa burza na Titicaca przeszła bokiem. W Cusco leje jak z cebra.


Trzecia część trasy – Jezioro Titicaca i Cusco (Peru)

Tacna-Puno (autobus)

Lago Titicaca > Islas Flotantes Uros > wyspa Taquile

(łodzie motorowe i łodzie z trzciny)

Puno > Sillustani (samochód terenowy)

Puno> Juliaca> Pucara > Cusco

(pociąg Andean Explorer)

33-Tit-tafla

  Foto: DW (Lago Titicaca)

Artykuły i reportaże - Różne podróżne

Naszą witrynę przegląda teraz 99 gości