cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

MAM KOCI CHARAKTER
wywiad do książki "Koty" (Słowo/Obraz, 2004)

Jak pan trafił do musicalu "Koty"?

Daniel Wyszogrodzki: Wszystko zaczęło od tego, że tłumaczyłem te teksty już wcześniej. Przed kilkoma laty przetłumaczyłem wersję telewizyjną „Kotów” dla Canal+. To klasyczne londyńskie przedstawienie zostało zarejestrowane na wideo, a potem pokazane w telewizji. Dokonałem wtedy pierwszego przekładu, była to tzw. napisówka. Przekopałem się przez cały materiał „Kotów”, który zresztą bardzo lubię. Sam musical znałem znacznie wcześniej. Przez wiele lat mieszkałem w Nowym Jorku, gdzie „Koty” były grane przez ponad dwie dekady na Broadwayu. Prowadzałem na „Koty” znajomych, którzy przyjeżdżali w odwiedziny spoza miasta. W sumie widziałem ten musical wielokrotnie. Muszę zresztą szczerze przyznać, że warszawska inscenizacja podoba mi się o wiele bardziej niż nowojorska, bo jest ciekawsza. Natomiast same „Koty” zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Wychowałem się na muzyce klasycznej, na jazzie i na rocku. Pasjonuję się tzw. piosenką autorską. Przetłumaczyłem mnóstwo utworów z kręgu muzyki popularnej. Natomiast w przypadku „Kotów”, już przy przekładzie dla telewizji, musiałem sporo rzeczy rozgryźć. Wymyślić słowa-klucze, nazwać bohaterów, czyli uporać się z całą „grubą robotą”. Oczywiście tłumaczenie dla telewizji było nieoszlifowane – musiało zachować rytm i tempo całego przedstawienia, ale nie musiało być dopieszczone do takiego stopnia, jak wymaga tego partytura musicalowa. Wtedy zamarzyłem, żeby byłoby cudowną sprawą zrobić coś takiego dla sceny. Któregoś dnia na początku 2003 roku zadzwonił telefon. Zostałem zaproszony do teatru Roma, żeby wziąć udział w konkursie – miałem przetłumaczyć trzy utwory: „Dachowy song”, „Pamięć” i „Makiawela”. Wybrali je sami Anglicy. Nie ukrywam, że „Dachowy song”, czyli pierwszy utwór otwierający „Koty” jest dla mnie kluczowy – kluczowy dla tłumaczenia i dla musicalu. I to była najfajniejsza rzecz do tłumaczenia. Zrobiłem te przekłady od nowa i wkrótce otrzymałem od teatru odpowiedź pozytywną. Ale okazało się, że to praca „na już”.

Natychmiast trzeba było pracować?

Daniel Wyszogrodzki: Tak! Już było późno. Raptem okazało się, że ta praca, którą sobie kiedyś wymarzyłem, która miała być taka dopieszczona, nie może czekać. Musiałem zacząć tłumaczenia natychmiast. Ledwo się zagłębiałem w jakiś teksty, dostawałem telefon, żeby przynieść coś, co miałem tłumaczyć później. Chodziło o castingi różnych głosów.

Jak zniósł Pan to mordercze tempo?

Daniel Wyszogrodzki: Mam taki dar, że mogę dużo rzeczy robić w głowie. Nie powiem przy jakich okazjach wpadałem na niektóre pomysły – nie mówię, że w sytuacjach intymnych – ale na pewno trudnych. Na przykład piosenkę o Kocie Karmazynie pisałem na karteluszkach jako nocny wykidajło na imprezie kończącej gimnazjum mojej córki. Byłem tatusiem pilnującym porządku, ale akurat wtedy naszła mnie wena i wylewałem z siebie ten tekst. To powstawało w tajemniczy sposób. Było bardzo duże ciśnienie z tym związane, ale ja dobrze pracuję pod maksymalną presją. To było trudne, ale i fascynujące doświadczenie.

Czy wzorował się Pan na wcześniejszych przekładach?

Daniel Wyszogrodzki: Ani trochę! Zdaję sobie sprawę, że przekłady Stanisława Barańczaka są bezużyteczne jeśli chodzi o wersję sceniczną, bo są to luźne wariacje na temat wierszy Eliota. A ja musiałem trzymać się partytury.

A skąd tyle polskich akcentów w tym przekładzie?

Daniel Wyszogrodzki: Taki był wymóg strony teatralnej, czyli reżysera. Myślę, że Wojciech Kępczyński nadmiernie podkreśla polski kontekst tego przedstawienia. Bo tak naprawdę to prawie nie ma tam tych polskich akcentów, pojawiają się wyłącznie rzeczy uniwersalne.

No tak, ale jest Brystol, Aleja Róż...

Daniel Wyszogrodzki: Jest także Glob i pub Pod Lwem, ale są to miejsca, które mogą się zdarzyć i w Warszawie i w Buenos Aires. Ale takim tropem poszedł właśnie Wojciech Kępczyński, żeby podkreślać warszawskość, polskość tego przedstawienia.

A jak to się ma do oryginału T.S. Eliota?

Daniel Wyszogrodzki: Starałem się nie dopisywać niczego, czego w tych wierszach nie ma. Właściwie to nie jest przekład tylko adaptacja. I jest w stosunku do samych wierszy Eliota uproszczeniem. Inaczej byłoby to zupełnie niewykonalne jako przedstawienie teatralne. Można zastosować wieloozgłoskowiec, jak czynili to inni polscy tłumacze, można zmieścić znacznie więcej. Ale w momencie kiedy ja mam trzy, cztery czy pięć sylab we frazie, a ta fraza ma na dodatek akcenty, które zupełnie nie zgadzają się z polskimi, trzeba myśleć inaczej. Były miejsca, w których praca nad przekładem bardziej przypominała rozwiązywanie krzyżówki, niż prace translatorskie! Miałem do czynienia z niesłychanym rygorem formalnym, z którym nigdy wcześniej się nie spotkałem. Tu nie było marginesu swobody – nie można było przesunąć ani jednej nuty!

A czy zdarzały się sytuacje, że pan przetłumaczył, wszystko się zgadzało z partyturą, a aktor nie mógł tego zaśpiewać, bo było to zbyt trudne?

Daniel Wyszogrodzki: Właściwie nie. Na dwa tysiące wersów było zaledwie kilka drobnych poprawek. Aktorzy kilka razy prosili mnie, żeby przesunąć jakieś słowa, albo zastąpić jedno słowo innym. Ja sam miałem taką wizję, że będziemy to szlifować w nieskończoność, ale moje zapały szybko ostudził dyrektor Kępczyński, który stwierdził, że lepsze jest wrogiem dobrego. On mnie troszeczkę rozpieszczał – zawsze mi mówił, że jest bardzo dobrze i żebym tłumaczył dalej. Ja robiłem dalej, a potem okazało się, że w ogóle jest dobrze!

Kiedy tłumaczenie było gotowe w całości?

Daniel Wyszogrodzki: Właściwie miałem czas od marca do końca czerwca, ale skończyłem je na początku lipca i od sierpniowego obozu szkoleniowego praktycznie go nie ruszałem.

A jak narodziły się kocie imiona?

Daniel Wyszogrodzki: Niektóre kocie imiona pozostały nienaruszone. Przykładem Grizabella. Są imiona brzmiące podobnie do oryginalnych: Rum Tum Tugger został Ram Tam Tamkiem, to jest zbieżność fonetyczna. Są również imiona z podtestem. Na przykład duet Mungojerrie i Rumpelteazer – w polskiej wersji Mangojerry i Pumpernikiel. Kiedy rozbierzemy na części angielskie słowo „rumpelteazer”, kojarzy się ono z kręceniem tyłeczkiem. A mnie z pupą skojarzył się właśnie pumpernikiel. Tropy skojarzeń były więc bardzo różne. Zresztą poezja Eliota nie jest łatwa. Jego wiersze o kotach są gęste, napakowane treścią. Gdybym miał porównać Eliota do jakiegoś polskiego poety, to przychodzi mi na myśl Tuwim. Portery kotów u Eliota są skomplikowane, wyrafinowane, wieloznaczne, to nie są wiersze dla dzieci. Ja sam jestem przeciwny odczytywaniu „Kotów” jako zwierciadła ludzkich charakterów. To nie jest typowa poezja alegoryczna. Zresztą „Koty” nie są typowym musicalem.

Dlaczego?

Daniel Wyszogrodzki: Bo są wbrew wszystkim regułom. Nie ma tu wątku romantycznego, nie ma linearnej akcji, nie ma żadnej fabuły. Są kolejne kocie portrety, co chwila pojawia się nowy temat. Jedynym leitmotivem jest metafizyczny wątek Grizabelli, która unosi się do Kociego Raju. Sam Koci Raj jest dużym uproszczeniem. W oryginale u Eliota koty odchodzą do... Heaviside layer. To pierwotna nazwa jonosfery i pochodzi od nazwiska brytyjskiego uczonego, który ją opisał. W latach 30-tych – kiedy powstawały wiersze o „Kotach” – nazwa ta mogła brzmieć całkiem tajemniczo. Koci Raj jest więc uproszczeniem, ale Eliot jest pełen takich właśnie niespodzianek. Najważniejsze słowo-klucz do całego przedstawienia to słowo „jellicle”. Nie tylko określa cały klan kotów, ale powtarza się w kontekście balu, przywódcy i księżyca. Ja wpadłem na słowo „dachowy”. Może być „dachowy księżyc”, „dachowy bal”, „dachowy wódz”, no i nasz „dachowy kot”. I w moim odczuciu jest to podstawowe słowo dla całej adaptacji. W momencie kiedy na nie wpadłem, wiedziałem że mam przekład.

A jakie było Pana wrażenie już po obejrzeniu przedstawienia?

Daniel Wyszogrodzki: Bardzo się bałem. Starałem się nie oglądać prób kostiumowych, przychodziłem tylko na próby wokalne, gdzie aktorzy ubrani byli w zwyczajne stroje. Poszedłem z drżeniem na pokaz przedpremierowy. Zabrałem córki – Agatę i Helenę. Obejrzałem w skupieniu cały spektakl i całkowicie się uspokoiłem.

Na czym polega wyższość „Kotów” warszawskich nad wersjami, które widział Pan wcześniej?

Daniel Wyszogrodzki: Polskie „Koty” są bogatsze, więcej dzieje się na scenie, zresztą sama scena jest większa. W musicalu jest miejsce na wiele pomysłów reżyserskich. Początkowo Brytyjczycy nie wiedzieli, że mają takiego „hiciora”. Najpierw wystawili musical tak, jak mogli, a potem okazało się, że to jest już ten obowiązujący kanon, który wszyscy powielali. Jak się okazuje z „Kotami” można zrobić o wiele więcej, co szczególnie widać w drugim akcie polskiego przedstawienia. Ja sam jestem nim zachwycony.

Prywatnie też jest Pan miłośnikiem kotów?

Daniel Wyszogrodzki: Teraz tak. Chociaż wychowałem się w domu, gdzie panowały w stosunku do kotów nieprzyjemne uprzedzenia. W dzieciństwie nigdy nie miałem kota. Już jako dorosły mężczyzna poznałem w Nowym Jorku moją obecną małżonkę. Ona rozmawiała z każdym napotkanym kotem! Dla mnie było to z lekka dziwne. A potem, kiedy powiedziała, że będziemy mieć kota, odpowiedziałem jej, że po moim trupie, co mi do dziś wypomina. Po powrocie do Polski przynieśliśmy kicię ze śmietnika i wtedy zakochałem się w kotach. Mamy trzy koty, które żyją w całkowitej harmonii: Kicię-Kocię, Kaszuba i Małysza, których imiona padają zresztą w spektaklu. Ja uwielbiam koty – żyję z kotami, śpię z kotami, wychowuję je „bezstresowo”. Koty polegują na stole, kiedy jemy. U mnie na biurku leży poduszka dla pierwszego kota, który od rana zajmie tam miejsce. Okazało się, że koty są bardzo bliskie mojej mentalności. Wydaje mi się, że ja sam mam koci charakter!

Musicale I - Koty

Naszą witrynę przegląda teraz 10 gości