cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

1b-Perito-Moreno
Od lodowców do tropików cz. 1

PATAGONIA, CZYLI KONIEC ŚWIATA JEST PIĘKNY

Zaczynam od pingwinów. Po spenetrowaniu Ziemi Ognistej i przepłynięciu Cieśniny Magellana ruszę na północ. Najpierw lodowce, potem pustynia. 

Kawał świata. Lot z Warszawy do Santiago de Chile zajmuje prawie dobę, a potem wszystko jest inne: pora roku, klimat, język. To dobrze, po to wyrusza się w drogę, żeby doświadczyć inności. Innej kuchni albo innego nieba. To regeneruje zmysły.

Obiegam Santiago. Nie przyjechałem zwiedzać miast. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za miesiąc będę odlatywać z Limy. To napięty plan. Na początek nocny lot, sześć godzin na sam koniec świata. Osadnicy nazwali tę prowincję Ultima Esperanza, ostatnia nadzieja. Ale nadziei tam nie było, podobnie jak w Ziemi Ognistej nie było ognia – Magellan widział tylko dymy ognisk, bez których nawet ludy na poziomie kamiennym nie byłyby w stanie przeżyć na koniuszku Ameryki Południowej.

Punta Arenas to ostatnie południowe miasto, ale wygląda jak osada. Króluje blacha falista, za to w każdym kolorze. Dachy z blachy odbijają powoli wschodzące słońce, ale ja widzę tylko jedno: wody Cieśniny Magellana, naprawdę oglądam koniec świata. Jeszcze tego samego dnia odwiedzam pierwszą kolonię pingwinów, ale prawdziwe cuda czekają mnie na Cieśninie. Na Isla Magdalena żyje o tej porze roku około 50 tysięcy pingwinów. I jeden latarnik. Lubię pustkę i takie „egzystencjalne” klimaty.

Do osady Puerto Natales trzeba długo jechać przez pampę (choć to tylko przedsmak Argentyny). Ale ta osada jest bramą Patagonii, stąd wyrusza się we wszystkie strony, przede wszystkim do głównego cuda południa, Parku Narodowego Torres del Paine. To trzeba zobaczyć. Trzy wypryski bazaltu strzelające na wysokość ponad 3000 m. a wkoło nicość – małe góry i wielka pampa. Jeziora z pływającymi górami lodu i dzikie zwierzęta na każdym kroku: guanako, listy, ptaki. Te punkty na niebie to kondory.

Droga do Argentyny to w każdą stronę dzień jazdy przez bezkresną pampę. Ale tam, opodal El Calafate można obejrzeć Perito Moreno – największy lodowiec świata poza biegunami. Łódź nie dopływa do ściany lodu, która rozciąga się na szerokości 2.5 km i ma wysokość ponad 100 m. Co pewien czas urywają się z niej bryły lodu i wpadając do Lago Argentino (największego jeziora w kraju, lecz mnie niedługo czeka Titicaca), wywołują fale o wysokości kilkunastu metrów. Lodowiec zionie chłodem, co nie jest oryginalną obserwacją. Nie wiem, kiedy robi bardziej powalające wrażenie, widziany z łodzi, czy oglądany z okolicznych szczytów. Gdzie jestem? Wygląda jak w Narnii.

Po trudach podróży argentyńskiej wypoczywam pływając przez cały dzień po fiordach Parque National Bernardo O’Higgins – odwiedzam lodowce Balmaceda i Serrano. Jest bajecznie pięknie, niebo nad Patagonią ma inną wysokość, inny kolor. Króluje indygo i oglądam je codziennie o wschodzie i zachodzie słońca. Zwłaszcza w miejscu, gdzie niebo styka się z wodą, a tutaj jest tak dokoła. Kolacja w starej hacjendzie, jagnię z rożna i fantastyczne chilijskie wino z beczki. Surowe piękno ma swoje gratyfikacje.

O tak, marzyłem, żeby zobaczyć to wszystko, ale osobno marzyłem o Cieśninie. Dla mnie już sama nazwa Estrecho de Magellanes ma w sobie coś magicznego. Bo jakim cudem Magellan przepłynął przez te labirynty zatoczek i fiordów, jak odnalazł wody Pacyfiku – trudno sobie wyobrazić, oglądając ten rejon z lotu ptaka. Prom Melinka, jedyna jednostka pływająca regularnie po tych wodach, a i to w zależności od aury. Kilka godzin na szarym morzu, które przywitało mnie przyjaźnie. I stawiam stopy w osadzie Porvenir – jestem po „drugiej stronie”. Czego? Nie wiem. Ale nie musiałem tego rozwikłać, żeby tu przyjechać. Bo Terra del Fuego to wyspa bez przeznaczenia, podobnie jak zamieszkujący ją ludzie. Spędziłem z nimi dwa dni „na Cieśninie”, tak się tu mówi. Dla nich Punta Arenas to metropolia, dla większości jedyna jaką znają.

Cieśnina Magellana i położona po jej antarktycznej stronie wyspa Ziemia Ognista to moje południowe ekstremum. Na północy zaliczyłem Nordkapp, ostatni kawałek lądu przed Spitsbergenem. I tu i tam był pusto. Ale wolę pustkę południa. Bezkresną i bez złudzeń, jakie tam oferuje Norwegia. Ultima Esperanza to okrutny żart, tutaj nadzieja leży w pięknie, a to nie jego szukali osadnicy. Wrócę na te Antypody, już mnie tam ciągnie. A teraz w drogę, przede mną Atakama – najsuchsza pustynia na Ziemi.


Pierwsza część trasy – PATAGONIA (Chile, Argentyna)

Warszawa > Santiago de Chile (samolot)

Santiago de Chile > Punta Arenas (samolot)

Punta Arenas > Puerto Natales (autobus)

Park Narodowy Torres del Paine (samochód terenowy)

Puerto Natales > El Calafate, Argentyna (samochód terenowy)

Park Narodowy Los Glaciares > lodowiec Perito Moreno (łódź motorowa)

Puerto Natales > Park Narodowy Bernardo O’Higgins:

lodowiec Balmaceda, lodowiec Serrano (łódź motorowa)

Punta Arenas > Isla Terra del Fuego (prom morski)

Porvenir > Isla Magdalena (prom morski)

11-CM-pingwiny-880

Foto: DW (Seno Otway, Magellanes)

Artykuły i reportaże - Różne podróżne

Naszą witrynę przegląda teraz 54 gości