cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

DylanMaski_small
DYLAN - PROROK CZY JUDASZ? 

- Czy to pan wprowadził termin folk-rock?
- Owszem. Siedziałem pewnego dnia i nagle powiedziałem: folk-rock
Nowy York, styczeń 1966

Osoby: 

Bob Dylan, z domu Zimmerman 
Albert Grossman: menedżer Dylana (potwór) 
The Hawks: niedługo The Band 
Beatlesi: cztery zdumione legendy 

Czas: 1965-1966
(okolice BLONDE ON BLONDE)

Akt pierwszy
(Newport Folk Festival, Rhode Island - lipiec 1965)

Prorok to prorok - nie ma żartów. Bycie prorokiem zobowiązuje. Trzeba być świadomym i swego posłannictwa i zobowiązań. Trzeba szanować wyznawców - szczególnie jak już się zostało prorokiem między swemi. Żaden prorok nie ma kontraktu na resztę życia. Jeśli chce się zostać prorokiem do śmierci, należy przygotować sobie śmierć przedwczesną, najlepiej spektakularną. To umacnia pozycję.

Jeżeli gitara to tylko akustyczno-ascetyczna. Harmonijka dozwolona, jako symbol hołdu składanego prekursorom. Tematyka utworów koniecznie zaangażowana - społeczna, polityczna, nawet antywojenna (chyba, że walczymy właśnie w słusznej sprawie). Głos nosowy, z lekka ochrypły, z pozoru beznamiętny. Nie dla nas operetka, nam potrzebne śpiewające gazety. Na lirykę - od czasu do czasu - przymkniemy oczy. My chcemy proroka z ludzką twarzą.

Folkowe sanktuarium na półwyspie milionerów. Dylan wychodzi na scenę w towarzystwie zespołu Paul Butterfield Blues Band (na gitarze Michael Bloomfield). Wita go powszechne wycie. To wycie będzie mu towarzyszyć przez cały następny rok. Na trzech kontynentach. Ale tylko raz się ugnie - tutaj, pierwszy raz. Chłopcy katują ‘Maggies Farm’ - widownia wyje. Chłopcy dają po kolei ‘Like Rolling Stone’ oraz ‘It Takes A Lot To Laugh’ - widownia nie ustaje. Dylan wraca sam - nieodgadniony. Wykonuje piękną, akustyczna wersję ‘It’s All Over Now, Baby Blue’. Tym razem widownia dostaje spazmów ze szczęścia. Twarz Dylana pozostaje nieczytelna. “Czy ktoś ma harmonijkę w E-dur?” - pyta nagle. “Nikt?” Gra ‘Mr.Tambourine Man’ - w F-dur. Opuszcza scenę bez słowa i bez gestu. Folkowi puryści nie mają wątpliwości, że to koniec. Ktoś mówi, że Woody Guthrie przewraca sie w grobie. Pete Seeger płacze.

Akt drugi
(Forest Hills Tennis Stadium, Queens, New York - sierpień 1965)

“Tego lata tylko Frank Sinatra i Barbra Streisand wyprzedali tu komplet biletów” - cieszył się Albert Grossman spoglądając na wypełniony po brzegi amfiteatr. W owym czasie piętnaście tysięcy na widowni to był sukces. Grossman nie miał wątpliwości, że to skandal z Newport stworzył wokół koncertu atmosferę sensacji. Był przygotowany na kolejny skandal. Ale sam lubił trzymać w ręku wszystkie sznurki. A tu na scenę wskoczył nieproszony przez nikogo Murray the K - najbardziej znany nowojorski prezenter radiowy, kumpel Beatlesów. “To nie rooock! To nie fooolk!” - darł się wniebogłosy ulubiony DJ. “To się nazywa Dylan i to jest tooo!!!” Grossman aż się zagotował na taka samowolę: “Kto tam wpuścił tego skurwiela?!?” Wyglądało na to, że skurwiel sam się wpuścił. “Zjeżdżaj ze sceny, kutasie!!!” - ryknął Grossman, a ci co znali go bliżej wiedzieli, że może uderzyć. Popularny menedżer straszył popularnego prezentera sądem, a tymczasem popularny prorok (jeszcze, ale już niedługo!) odbierał owacje poderwanej z miejsc widowni. Widownia nie była pewna, co ją czeka.

Dylan wiedział. Ale Newport nie miało się powtórzyć już nigdy. Ta konfrontacja przebiegnie zgodnie z jego planem, według przez niego obmyślonej strategii, pod jego dyktando. Zaczął grzecznie - akustycznie i ascetycznie. ‘She Belongs To Me’ ,’To Ramona’ i ‘Gates of Eden’. Gorące przyjęcie, chociaż tylko jeden utwór “proroczy”. Dalej: ‘Love Minus Zero’, ‘Desolation Row’, ‘It’s All Over Now, Baby Blue’ - ponownie, tylko jedna piosenka daje się zakwalifikować jako ‘protest song’ i to przy wyostrzonej tendencji do kategoryzacji. Widownia zachowuje się entuzjastycznie. Dylan kończy akustyczną część występu piosenką ‘Mr.Tambourine Man’. Nikt nie wie do końca, o co chodzi, ale wszyscy szczytują ze szczęścia. Jest gitara, jest harmonijka, jest po bożemu. Czy potrzeba czegoś więcej?

Widocznie tak. Podczas krótkiej przerwy Dylan zwołuje swoich muzyków na ostatnią naradę: “Nie wiemy, co się będzie działo. Może być ostra zadyma. Chcę żebyście byli przygotowani. Nie wolno wam przestać grać - żeby nie wiem co”. Robbie Roberson (gitara), Al Kooper (organy), Harvey Brooks (gitara basowa) i Levon Helm (bębny) mówią zgodnie, że nie ma sprawy.

Wycie zaczęło się już podczas przerwy, kiedy Levon wyszedł na scenę zmontować perkusję. Na widok Robertsona wychodzącego z gitarą elektryczną przez amfiteatr przeszedł złowieszczy pomruk. Nie tracąc ani chwili więcej wszyscy chłopcy ostro ruszyli z ‘Tombstone Blues’. Muzyka kwintetu bez trudu wzięła górę nad wszystkimi oznakami niezadowolenia dochodzącymi z widowni. Ale był to tylko pojedynek na decybele. Jeśli komuś opadła szczęka podczas solówki gitarowej Robertsona, to raczej ze zdumienia niż z zachwytu. Oszołomiona widownia zastygła nagle, ale nie na długo. Ostatni takt numeru i rozpętało sie prawdziwe piekło.

“Zdrajca!!!” - wydarł się jakiś nadgorliwiec. Tylko przez krótkie chwile przerwy mogli powiedzieć, co czują (myślą?). Chłopcy nie czekali - ‘I Don’t Believe You’ i ‘From A Buick 6’. Wycie. Więc dalej, jak rozpędzona lokomotywa: ‘Tom Thumb’s Blues’, ‘Maggie’s Farm’ i ‘It Ain’t Me, Babe’. A w przerwach okrzyki: “Rock-and roll jest do dupy!”, “Gdzie Ringo?”, “Grajcie folk!!!” i - najczęściej powtarzany - “Gdzie Dylan?!?”

Na chwilę przed rozpoczeciem ‘Ballad Of A Thin Man’ (“Bo coś się tu dzieje, a pan nie wie co to jest, nieprawda, panie Jones?”) ktoś zawołał “Szmata!” i wybuchła nagle cała widownia. Interweniowały siły porządkowe. Jakis koleś wskoczył na scenę i zrzucił Koopera ze stołka. Robiło się nieładnie. Dylan uśmiechnął się do Levona: ”Wygląda na to, że ‘beatnicy’ atakują”. Zespół zdołał się przetoczyć przez “Pana Jonesa” - co przy widowni składającej się z samych nieomal Panów Jonesów było wyczynem iście heroicznym - i zagrał na koniec ‘Like A Rolling Stone’, jakby nie było hitowy singiel. Chłopcy szybko ewakuowali się ze sceny.

To był jednak tryumf - zaczynało już do nich docierać. Nabrali nagłej ochoty na powrót na estradę. A gdyby zagrać coś jeszcze na bis? Szalonego rock-and-rolla i niech się skręcą!… Grossman wybił im z głowy przewrotny pomysł i tak narodziła sie tradycja. Żadnych bisów. Jak nie to nie. A już na pewno nie akustycznych - to się zdarzyło tylko w Newport. “Cholerni ‘beatnicy’ ” - zżymał sie jeszcze Dylan.

Sześć dni później zespół przeleciał do Los Angeles i zagrał podobny koncert w Hollywood Bowl. Kalifornijska widownia była jednak daleka od podzielania emocji zawiedzionych folkowców Wschodniego Wybrzeża. Po występie Levon Helm powiedział Dylanowi, że ucieszyła go przyjazna reakcja widowni. “A mnie nie” - odparł Dylan. “Szkoda, że nie wyli. To najlepsza reklama, bilety same się sprzedają. Niech sobie wyją ile chcą…”

Akt trzeci
(Australia i Europa - kwiecień i maj 1966)

No i wyli. Ale zaczął się powielać zabawny schemat: “nasi” wyli bardziej. Wschodnie Wybrzeże tradycyjnie nabija się z pustki duchowej panującej na Zachodnim. Anglicy tradycyjnie uważają Australijczyków za kretynów. A tu Kalifornia słuchała, a Nowy Jork zabierał się do rękoczynów. Ojczyzna dziobaka doskonale się bawiła, natomiast filary europejskiej cywilizacji drżały w posadach. Czyżby zawodziły stereotypy? A może po prostu Dylan pozostawił proroka purystom-intelektualistom i odnajdywał nową widownię tam, gdzie rozum nie rzucał się na głowę?

W Australii rozbił gitarę - nikt z zespołu nie bywał wtedy trzeźwy ani przez chwilę. Na koncercie w Melbourne przepraszał widownię za nieustające podstrajanie: “To nie moja gitara - ciągle się rozstraja. Swoją rozwaliłem tu w Australii i musiałem pożyczyć tą. Nie jest zła, ale to folkowa gitara… Folkowa…” Aborygeni zrozumieli aluzję. W przeciwieństwie do prasy - nie ten najlepiej służy kto rozumie?

Cyrk przyjechał do Europy i wylądował w Sztokholmie (29 kwiecień). Na konferencji prasowej Dylan odwrócił role - wypytywał reporterów, gdzie jest zamek Hamleta. Już nazajutrz był w Danii próbując odszukać w Kronbergu prototyp Elsinore. Grupą rządzi chaos  - Richard Manuel (fortepian) pociąga kilka linijek kokainy, po czym wespół z Dylanem próbuje odkupić młodą dziewczynę od jej chłopaka, za skórzną kurtkę. Para nie rozumiejących niczego nastolatków najwyraźniej nie łapie intencji obcokrajowców. “Skandynawki nie mają głowy do interesów” - stwierdza z żalem najwiekszy narkoman późniejszego The Band (zmarł śmiercią samobójczą w roku 1986).  Na łono grupy wkradła się już pełzająca dekadencja.

Narkotyki determinowały i styl i tempo życia muzyków. Ulubioną używką Dylana był zawsze (od czasów szkolnych) i jest do dzisiaj alkohol. Trasa koncertowa roku 1966 jest jednym z nielicznych epizodów w karierze tego artysty, kiedy poczciwy bourbon odstawiony został na bok. Dylan spał rzadko i jadł niewiele. Podstawą jadłospisu byłego proroka stała się amfetamina. Oraz jej pochodne - methedryna, dexedryna, benzedryna. Marihuana i haszysz spowszedniały muzykom tak dalece, że traktowane były na równi z piwem. Eksperymentowano z LSD i barbituranami. W menu zespołu pojawiło się na krótko DMT (silny halucynogen o krótkotrwałym działaniu). Nie zabrakło w nim ani kokainy, ani heroiny, ani opium.

Maj zleciał jak jedna chwila. Monotonia codziennej rutyny prowokowała do szukania schronienia w świecie rzeczywistości subiektywnej. Nowe miasto - nowy hotel. Następna nieprzespana noc. Praca z Robertsonem nad nowymi piosenkami. Kolejne podejścia do ukończenia “Tarantuli”, pierwszej - i jak do tej pory ostatniej - książki Dylana (ukazała się pod koniec roku nakładem McMilliana). Przedpołudniowe konferencje prasowe - konsekwentne antagonizowanie reporterów (“traktuje prasę, jak bezimienne stado wygłodniałych sępów” - napisano). Wypady na miasto. Koncert. Aplauz przez pierwszą część występu. Dzikie, nieposkromione wycie w trakcie drugiej. Obelgi. Narastające zniecierpliwienie Dylana, pogłębiająca się alienacja.

Dublin (Adelphi Theatre, 5 maj). Belfast (ABC, 6 maj). Celtyckie tradycje balladowe są w Irlandii bardzo żywe. Padają okrzyki: “Zdrajca!”, “Wyrzuć zespół!”, “Pajac!”. Po raz pierwszy Dylan spotyka się z typową dla Wysp Brytyjskich formą okazywania wykonawcom dezaprobaty, jaką jest powolne, wybijające z rytmu klaskanie. Bristol, Cardiff, Birmingham (10,11,12 maj) - wszędzie to samo, w tym ostatnim pojawia się motyw przewodni ostatnich tygodni tournee: “Do domu, Jankesie!”. W Liverpoolu (Odeon, 14 maj) padły okrzyki: “Co zrobiłeś z poetą?” oraz “Jak twoje sumienie?”. Dylan zaczynał reagować: “Ocho - ktoś tam szuka świętego…” Po doskonałej pierwszej połowie w Leicester (15 maj) wejście zespołu witają okrzyki “Wyrzuć ich!!!”. Ale sprawy posuwają się jeszcze dalej - w Sheffield (16 maj) anonimowy rozmówca ostrzega policję przed zamachem bombowym! Sala koncertowa Gaumont Theatre zostaje dokładnie przeczesana, na szczęście pogróżka nie znajduje potwierdzenia (prasa podejrzewa “załamanego nerwowo folkowego purystę”). Nowe, folk-rockowe (cokolwiek by to miało znaczyć) objawienie Dylana traktowane jest jak osobista zniewaga i to na masową, po dsycaną przez media, skalę. Wkurwienie artysty rośnie. W Manchesterze (17 maj) odpowiada już wprost na padające z widowni zniewagi i gra najlepszy bodaj koncert całej trasy (duża część tego występu trafiła na legendarny bootleg znany - mylnie i pod wieloma tytułami - jako “Royal Albert Hall”). To tego wieczoru, nie będąc w stanie rozpocząć, na skutek klaskania, piosenki ‘One Too Many Mornings’, kapitalnie radzi sobie z widownią, mrucząc przyciszonym głosem nonsensowne sylaby, żeby - po zapadnięciu całkowitej ciszy - zakończyć monolog słowami: “… gdybyście tylko nie klaskali tak głośno”.

W Szkocji dają się zauważyć wśród publiczności pierwsze wyraźne podziały. W Glasgow (19 maj) ktoś zawołał: “Chcemy Dylana!” Artysta Zimmerman odpowiedział: “Dylan zachorował. Ja go mam zastąpić”. Przeciwnicy zawołali - zdrada! Zwolennicy nowej muzyki kazali im umyć uszy. W Edynburgu (20 maj) siadła Dylanowi harmonijka - miejscowy muzyk wręczył mu z widowni swoją. Po zakończeniu numeru wspaniałomyślny Bob oddalił się do garderoby i powrócił żeby oddać organki całkiem nowe. Urażeni cywilizowanym gestem folkowi puryści wydostali z zanadrza własne harmonijki i “kocią muzyką” próbowali zagłuszyć zespół. Powrót do Anglii - Newcastle (21 maj). Dowcipnisie wołają: “Weźcie lekcje od Animalsów!”.

Paryż - osobna historia. Krótki wyskok na koncert do Olimpii przed finałem w Londynie. Dokładnie w dniu urodzin Dylana - kończy 25 lat. To we Francji zadano mu wprost pytanie: “Czy jest pan prorokiem, panie Dylan?” Na łamach prasy odbywa sie istna wojna porównań: Rimbaud, Proust, James Dean, Francois Villon, nawet Homer. Ale to wszystko przed koncertem. Już na deskach Olimpii niesforny Jankes spędza około pół godziny na strojeniu gitary. Teksty do widowni w trakcie: “Robię to dla was. Mnie jest wszystko jedno. Ja bym się tak nie zachowywał gdybym przyszedł was oglądać. Czy nie macie czegoś do czytania? Nie martwcie się - tak samo nie mogę się doczekać kiedy to się skończy, jak i wy”. Nieliczni paryżanie odkrzykują: “Happy Birthday!”. Dylan rozwściecza i hippisów i komunistów. Pierwszych - ogromną amerykańską flagą rozwieszoną nad całą sceną (padają okrzyki: Vietnik!). Drugich - cenami biletów. L’Humanite podaje nazajutrz: “… wziął za koncert więcej, niż robotnik zarabia przez 10 lat”. Paris Jour żegna “proroka” słowami: “Bob Dylan - Go Home”.

Finał - Royal Albert Hall (26-27 maj). Przejażdżka limuzyną przez Londyn w towarzystwie grzecznego, ale wyraźnie rozczarowanego Johna Lennona. “Szlachetna Tamiza” - pokazuje za oknem legenda zza oceanu. “Czy to nie ona powstrzymała Hitlera?”. “Tak, to ona” - odpowiada legenda miejscowa. Po długiej chwili milczenia Dylan stwierdza: “Chciałbym umieć mówić po angielsku, John”. “Ja też, Bob” - odpowiada Lennon. Dylanowi robi się niedobrze. Zanim zwymiotuje zdąży jeszcze powiedzieć do natrętnej kamery: “Tego nie dostaniecie”.

Wielka Czwórka zajęła w Royal Albert Hall przyciemnioną lożę. Beatlesi dali się jednak szybko zauważyć, aktywnie broniąc artysty: “Zamknijcie się! Zostawcie go w spokoju!” Po koncercie zgodnie okrzyczeli Dylana rewelacją. “Ludzie, którzy wychodzili w trakcie to idioci” - twierdził George Harrison. “Oni nic nie wiedzieli o prawdziwym Dylanie”. Prawdziwy Dylan najwyraźniej podzialał tę opinię tłumacząc słuchaczom: “To co gramy, to nie jest angielska muzyka. Widocznie nie słyszeliście jeszcze muzyki amerykańskiej”. Przed zakończeniem występu z balkonu pada okrzyk: “Judasz!!!”. Zanim kopuła Royal Albert Hall uniesie się w powietrze poderwana pierwszymi taktami granego na zakończenie ‘Like A Rolling Stone’, Dylan odpowiada: “Nie wierzę ci”. I - z perfekcyjnym trafieniem w uderzenie grupy - dodaje, krzycząc: “Jesteś kłamcą!!!”. Pod katedrą dźwięków wyczarowanych przez The Hawks, daje się jeszcze usłyszeć jego ostatni okrzyk: “PLAY FUCKING LOUD!”

[MACHINA, 1996]

dylannewport

Foto: Columbia/archiwum

Satysfakcja - Bob Dylan

Naszą witrynę przegląda teraz 83 gości