cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

the-basement-tapes_small
BIG PINK - TAŚMY Z PIWNICY

W Stanach ukazała się książka
Invisible Republic: Bob Dylan’s Basement Tapes (Niewidzialna republika: Piwniczne taśmy B. Dylana) [Holt & Company, New York - 1997].

Jej autor, Greil Marcus, jeden z najwybitniejszych w Stanach znawców rocka, poddaje gruntownej analizie legendarne nagrania, jakich (30 lat temu) dokonali w domu pod Woodstock - wraz z Dylanem - muzycy zespołu The Band. Mówi wprost: “Bob Dylan i The Band nie tylko wskrzesili i zdefiniowali na nowo muzykę amerykańską, ale stworzyli pomost pomiędzy tradycją a współczesnością całej amerykańskiej kultury”. Warto przypomnieć, jak doszło do powstania owianych mitem nagrań. Tym bardziej, że owa piwnica domu pod Woodstock stała się zalążkiem całej pirackiej (kolekcjonerskiej?)  fonografii. I że ów dom poszedł właśnie… na sprzedaż.

DUŻY RÓŻOWY DOM

Gdyby Bob Dylan zginął po wydaniu albumu Blonde On Blonde mielibyśmy idealną biografię największego artysty rocka: przybysz znikąd, silne zaangażowanie społeczne wczesnych utworów, odejście od realistycznej krytyki świata zastanego na rzecz surrealizmu i “światotwórstwa”, wreszcie odlot w narkotyki, graniczące z geniuszem zburzenie artystycznych barykad i przedwczesna, tragiczna, głupia śmierć. Nikt nigdy nie zakwestionowałby jego wielkości. Tak się jednak nie stało - Bob Dylan przeżył. Ale i tak wywinął niezły numer: 29 lipca 1966 roku, odbywając rutynową przejażdżkę motocyklową (Triumph 5oo) po okalających Woodstock lasach (w stanie poważnie wskazującym na surrealistyczną nirwanę) - wykopyrtnął się tak szpetnie, że połamał kręgi szyjne i odniósł groźne obrażenia głowy. Ktoś napisał, że Bob pojechał szukać nieskończoności i że prawie znalazł. Bezprzykładna eksplozja inwencji artystycznej Dylana, tyleż muzycznej co językowej - płyty Bringing It All Back Home, Highway 61 Revisited i Blonde On Blonde - przypominała krzywą geometryczną. Rzeczywiście, wydawało się, że są tylko dwie opcje: albo nieskończoność albo krach. Dylan - jak to Dylan - wybrał trzecią. Najpierw krach. A potem zajął się nieskończonością…

Kiedy były prorok leżał jeszcze w gipsie - w swojej letniej rezydencji w Woodstock - jego zespół, znany wciąż jako The Hawks, został nagle bez pracy. Chłopcy wynajęli dom w pobliskim West Saugerties (2188 Stoll Road), a ponieważ był duży i różowy, nazwali go Big Pink. Artystyczna enklawa malarzy i muzyków (jaką jest Woodstock od 1870 roku, a nie - jak się to niektórym wydaje - odkąd zamieszkał tam Bob Dylan) łaskawie przyjęła bezrobotnych Kanadyjczyków. Ich związki z amerykańską muzyką były o wiele głębsze, niż można było wnioskować z młodego wieku. Grali razem już od wielu lat - w najcięższych warunkach. Byli młokosami, kiedy kolejno przyjmował ich do swej kapeli zapracowany, drugoligowy śpiewak rockabilly - Ronnie Hawkins. Stary ‘Hawk’ werbował… konkretnie: Synu - powiadał. Nie zarobisz dużo pieniędzy, ale nadupczysz się więcej niż Frank Sinatra. No więc dupczyli, dupczyli i grali - na zmianę. W klubach, w spelunach i dansbudach. Grali wszystko, a najlepiej od razu. Kiedy w Teksasie padał z widowni tytuł, trzeba było grać od razu - w ślad za tytułem mogła polecieć kula! Po latach tułaczki chłopcy byli najmłodszą, najlepiej zgraną i dysponującą najszerszym repertuarem grupą muzyków na świecie. Między knajpami

a mijanymi pejzażami amerykańskich bezdroży, nie zdążyli stworzyć własnej muzyki. Potem porwał ich Dylan i objechali razem cały świat. Na koniec zostali bez pracy… W okolicy mówiono o nich: Zespół. Kiedy któryś z piątki chciał rozmienić czek w aptece w Woodstock, wystarczała rekomendacja: on jest z Zespołu. I tak już zostało. Kiedy udało im się wreszcie wysprzątać w Big Pink piwnicę, zainstalowali w niej magnetofon i znieśli pianino. Od tej pory, ilekroć wpadał Dylan, szła w ruch taśma…

PIWNICA RÓŻOWEGO DOMU

W okresie od marca do grudnia 1967 roku zarejstrowali przeszło 150 piosenek. To, co pozostało z owych sesji, dokumentuje - być może - najlepsze chwile współczesnej muzyki amerykańskiej. Złożyło się na to kilka przyczyn. Dylan przeszedł wyraźną transformację. Wypadł z szaleńczego pędu, wyciszył się. Odrzucił niebezpieczne używki. Pośród leśnych pejzaży otaczających Woodstock wzgórz, na łonie rodziny i z Biblią w ręku odnajdywał wreszcie… siebie. Czuł to wyraźnie. Jego zespół również zwolnił tempo. Jako instrumentaliści, chłopcy nie mieli równych, a to, że każdy grał biegle na kilku instrumentach, dawało nieograniczone wręcz możliwości aranżacyjne.

Korzenie muzyki znali na wskroś: forma czekała. Teraz, pospołu, wypełnili ją treścią. Na rozgrzewkę grywali piosenki ludowe. Potem próbowali coś nowego. To nie była praca. Praca była ostatnią rzeczą, jaką mogła przypominać ich artystyczna fuzja. To była zabawa grupy przyjaciół, błoga sielanka. Wolny czas, wypełniany muzyką, tak jak okoliczne wzgórza wypełniały wolną przestrzeń okien. Wszystko w muzyce owej było fragmentem: niczym pejzaż nie miała początku, ani końca, a tylko… interesujące miejsca. To, że nagrania te nie mają ujrzeć światła dziennego, wydawało się wtedy oczywiste. Płyta nie wchodziła w grę. Dylan rozsyłał swoje kompozycje wydawcom - wkrótce nowe piosenki ukazały się w wykonaniach innych artystów: The Byrds, Peter Paul & Mary. Napisał kilka ze swych najlepszych utworów - I Shall Be Released, Too Much Of Nothing, Nothing Was Delivered, You Ain’t Goin’ Nowhere. Muzycy z The Band stawiali jako autorzy pierwsze kroki, ale od razu były to kroki siedmiomilowe: w utworach Bessie Smith, Katie’s Been Gone, Orange Juice Blues kiełkował zalążek debiutanckiego albumu, adekwatnie zatytułowanego Music From Big Pink . Czystym geniuszem trąciły “spółki”: Dylan/Danko (This Wheel’s On Fire) czy Dylan/Manuel  (Tears Of Rage). Muzyczne wyczyny obejmowały pełne artystyczne spektrum: od “klasyki”, po pijacki bełkot. Łatwo wymieniać gatunki, bo w piwnicznych nagraniach Dylana z The Band odnajdujemy je wszystkie: gospel, blues, R&B, folk, rock. Ale o szczególnym brzmieniu “piwnicznych taśm” nie stanowi bynajmniej sam eklektyzm. Żadna ze stron już nigdy nie powtórzyła tego brzmienia. Składowych było w nim tyle, co w szlachetnym bourbonie, a każda miała swoją osobną tajemnicę: piwnica domu Big Pink, lasy na okolicznych wzgórzach, urok Woodstock, atmosfera spontanicznej improwizacji, a wreszcie indywidualność artystów, przekraczających wspólnie stan “masy krytycznej”. To, że taśmy z owej piwnicy zawierają całą historię muzycznych korzeni Ameryki, to czysta magia. Coś takiego się nie zdarza. Dlatego - kiedy już się zdarzy - przechodzi do historii.

WODA W PIWNICY czyli PIRACTWO LĄDOWE

Ani Dylan ani chłopcy z The Band, nie mieli świadomości tworzenia arcydzieła. Po prostu - grali swoją muzykę. Na płycie font-size: small;">Music From Big Pink znalazły się jednak (na szczęście) trzy premierowe wykonania utworów z “piwnicy”: I Shall Be Released, Tears Of Rage, This Wheel’s On Fire. Dylan zrobił rzecz najbardziej nieoczekiwaną: wyjechał do Nashville i z udziałem muzyków studyjnych nagrał album John Wesley Harding, jeden z najlepszych w swej karierze, ale oparty całkowicie o nowy materiał. “Piwniczne taśmy” poszły na półkę. Nie na długo. Wyciągnęła się po nie chciwa ręka złodzieja (fana?) i był to początek piractwa płytowego w skali światowej - powstała osobna gałąź nielegalnego przemysłu muzycznego, wytwarzającego rocznie miliony płyt. Dziś są to astronomiczne ilości (już w 1974 roku Newsweek donosił, że piraci okradają legalny przemysł fonograficzny na około 200 milionów dolarów rocznie!). Ale pamiętajmy - to było “tylko” piractwo kolekcjonerskie. Nielegalne, jak każde inne, ale sankcjonowane przez fanów, jako “odtrutka” na sztywną, niekonsekwentną czy wręcz (jak w przypadku Dylana) głupią politykę oficjalnych wydawców. 30 lat temu pojawił się w obiegu album Great White Wonder, zawierający 14 piwnicznych nagrań - uważany jest on powszechnie za pierwszą piracką płytę na świecie. Po nim szły następne (dziś mamy - mówię tylko o tym, co widziałem na własne oczy - ponad 200 pirackich wydań kompaktowych samego Dylana!). Wytwórnia artysty, Columbia, “pospieszyła” z odpowiedzią. W 1975 r. ukazał się dwupłytowy album, zatytułowany (po prostu) The Basement Tapes, który - mimo współpracy Robertsona przy doborze nagrań - okazał się dosyć bladą reprezentacją piwnicznych dokonań z domu Big Pink. Brakuje podstawowych utworów, (np. I Shall Be Released !), a w wielu wypadkach zamieszczono gorszą od pirackiej wersję (np. wTears Of Rage, współautor Richard Manuel, śpiewa “obok”). Piraci odpowiedzieli kolejnymi edycjami - wyścig trwa… Ostatnio, już w latach 90-tych ukazała się pięciokompaktowa edycja zatytułowana “Prawdziwe taśmy z piwnicy”. Wciąż daleko jednak do pełnego zbioru ponad 150 nagrań z owych historycznych sesji, na których grano i śpiewano ballady kowbojskie, ludowe piosenki z Irlandii i z Appalachów, morskie szanty, hymny gospel, utwory z repetuaru klasycznych wykonawców bluesa i country, nowe kompozycje Dylana oraz członków The Band, standarty R&B oraz wczesną klasykę rock’n’rolla. Jeżeli rock’n’ roll dowiódł kiedyś swej integralnej więzi ze spuścizną muzyki popularnej naszego - a także poprzedniego - wieku, to nigdy głębiej, wyraźniej i dobitniej, nigdy też w równie oryginalny sposób, co wtedy: 30 lat temu, w piwnicy “wielkiego różowego domu”. W West Saugerties, na 2188 Stoll Road. Pod Woodstock…


Warto dodać, że wszystkie oficjalne nagrania płytowe, które wzięły swój początek z piwnicy domu Big Pink w 1967 roku - The Basement Tapes i John Wesley Harding Dylana oraz debiutancki album The Band, Music From Big Pink - w autorytatywnych ocenach magazynu Rolling Stone zdobyły maksymalną ilość (5) gwiazdek. Kryterium to określone jest jednoznacznie: płyta historyczna. W Big Pink był to dobry rok…

Z ostatniej chwili: BIG PINK SPRZEDANY!

[styczeń 1998]

Legendarny dom znalazł 20 lat temu niecodziennego kupca - pan Michael Amitin był kubańskim basistą jazzowym, który za pieniądze uzyskane ze sprzedaży afrykańskich naszyjników po koncertach w nowojorskich klubach, kupił sobie letnią rezydencję w górach Catskill, całkowicie nieświadomy historii różowej nieruchomości. Znudzony panującą w okolicy stagnacją, wynajmował pokoje turystom (3 sypialnie na piętrze), a jego piwnicę zajął kolekcjoner muzyki poważnej i zawalił ją kartonami starych płyt. Sporadycznie zamieszczane oferty sprzedaży nie spotkały się z odzewem - do czasu, kiedy w listopadowy poniedziałek minionego roku ukazał się w Los Angeles Times artykuł o domu. We wtorek do Woodstock zlecieli się potencjalni nabywcy. W środę ‘Big Pink’ był sprzedany. Najlepszą ofertę ($150.000 w gotówce) złożyła pani Linda Mesch - dziś “emerytowana DJ-ka” z Long Island, która w wieku 49 lat postanowiła przywrócić różowemu domowi jego dawny splendor i wskrzesić artystyczną magię.

“To smutne, że zatracił się tutaj duch lat 60-tych” - powiedziała nowa właścicielka. “Dzisiejsza młodzież jest bardzo zagubiona - zwłaszcza to Generation X…” Nieco mniej sentymentalny stosunek prezentuje Rick Danko, mieszkający w pobliżu były lokator ‘Big Pink’. W niedawnej wypowiedzi dla New York Timesa stwierdził sucho: “Za te pieniądze mogłem znaleźć im w okolicy dom trzy razy większy od tego”… Na bok cynizm - wartość historycznego budynku najlepiej podkręcają zagraniczni turyści.

Latem nie ma dnia, żeby ktoś nie szukał tego miejsca. Zazwyczaj są to Europejczycy, ale sąsiedzi wspominają Japończyka, który minionego lata położył się na plecach na zimnym betonie wjazdu do garażu i fotografował zwisające z wiatrownicy pajęczyny. Ludzie z W. Saugerties od lat przedrzeźniają obcy akcent: Beeg Peenk, Beeg Peenk…

BigPink

Dylan:

W tym czasie psychodelia zaczęła rządzić światem, więc śpiewaliśmy sobie domowe piosenki - czy jak je tam zwał…

Robertson
:

Schodziliśmy się codziennie o pierwszej po południu w piwnicy domu Big Pink. Stało się to codziennym zwyczajem. Siadaliśmy razem i - tylko po to, żeby nie zwariować - graliśmy muzykę. Napisaliśmy przy tym garść piosenek.

Manuel
:

Przyszedł do piwnicy z maszynopisem i zapytał, czy nie mam do tego muzyki. Coś tam miałem, ale musiałem to jeszcze dopracować, tym bardziej, że nie rozumiałem, o co chodziło w słowach. Nie chciałem biegać na górę i pytać: Bob, co to znaczy, że serce wypełniło się złotem, jakby było sakiewką? [Tears Of Rage]

Danko
:

Zbieraliśmy się codziennie, przychodził też Dylan. Dał mi słowa napisane na maszynie. Próbowałem właśnie uczyć się grać na pianinie. Dzień wcześniej ułożyłem przy pianinie fragmenty muzyki, które pasowały do słów. Popracowałem nad melodią i frazowaniem, a potem razem z Dylanem napisaliśmy refren [This Wheel’s On Fire]

Hudson
:

Graliśmy po kilkanaście piosenek dziennie. Zwykle były to stare ballady, pieśni ludowe. Niektóre Bob napisał wcześniej, inne tworzył na gorąco. My graliśmy melodię, a on śpiewał to, co miał napisane, potem improwizował słowa, na koniec pomrukiwał już tylko pojedyncze sylaby. To dobry patent na pisanie piosenek.

Pirackie albumy z “Taśmami z piwnicy”:

The Great White Wonder
, Troubled Troubadour, The Acetate, Waters Of Oblivion, Motorcycle, A Taste Of The Special Stash, Daddy Rolling Stone, Million Dollar Bash, Billion Dollar Bash, At Home, Valentino Type Tangos, Help, 1000 Miles Behind, Little White Wonder, The Genuine Basement Tapes vol. 1-5. The Genuine Basement Tapes vol. 1-11.

[MACHINA, 1997]

basement

Foto: Columbia + archiwum DW

Satysfakcja - The Band

Naszą witrynę przegląda teraz 78 gości