cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

theband_small
THE BAND –
BARIERA KONTYNENTALNA

Jeden z najważniejszych zespołów w dziejach nie tylko rocka, ale całej muzyki amerykańskiej, doczekał się niedawno reedycji pełnej dyskografii, wzbogaconej o dodatkowe nagrania i znakomicie poprawionej technicznie. To dobra okazja, żeby przypomnieć jedyny zespół rock’n’rolla nazywany po prostu… Zespołem.

POŁUDNIE I PÓŁNOC – PRZECZUWANIE AMERYKI

Bariera kontynentalna to przedział kontynentu łańcuchem górskim. Tak się złożyło, że w Ameryce Północnej przebiega ona po linii północ-południe z Górami Skalistymi. Woda po prawej stronie bariery kontynentalnej spływa do Atlantyku, po lewej – do Oceanu Spokojnego. Tyle geografia. Ale bariera kontynentalna ma dla Amerykanów także inne, symboliczne znaczenie. Była najcięższą przeszkodą dzielącą osadników od upragnionej wolności i dobrobytu, z jakimi utożsamiano niezdobyty Zachód… Najważniejszy zespół amerykański minionego wieku – The Band – wykonywał utwór Across The Great Divide, w którym „wielka bariera” spełniała jeszcze jedną rolę: była umowną granicą pomiędzy ubóstwem i bogactwem ducha, pomiędzy głodem kultury a nieprzebranym wręcz nadmiarem inspiracji, pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a… Kanadą. Ta ostatnia bariera przebiegała po innej zgoła linii niż Góry Skaliste, ale też bywała trudniejsza do pokonania niż górski łańcuch. Czterej młodzi ludzie z północy, zasłuchani w muzyce sporadycznie dochodzącej z południa przez radio, wyrastali w bałwochwalczym umiłowaniu dla kultury amerykańskiej, którą bardziej przeczuwali niż rozumieli, której wpływu na swoje życie pragnęli, choć jej nie znali. Umożliwił im to drugoligowy (dobry, ale pozbawiony szczęścia do interesów) wykonawca stylu rockabilly z Arkansas – Ronnie Hawkins. Amerykanin nie wytrzymał konkurencji na rodzimym gruncie i znalazł wierną widownię w odległym Toronto, gdzie koncertował w klubach jako ambasador muzyki, która tak fascynowała młodych Kanadyjczyków. Towarzyszył mu chłopak z rodzinnych stron, Levon Helm, grający na perkusji. Kiedy przyciśnięty biedą Hawkins zwolnił swoją grupę, The Hawks, zatrudnił entuzjastów z Toronto. Gitarzysta Robbie Robertson opowiada w filmie „Ostatni walc”, jak trafił do „Jastrzębi”. Jej lider zwerbował go słowami: „Synu, nie zarobisz wielkich pieniędzy, ale nadupczysz się więcej niż Frank Sinatra!”

DYLAN (1) – PIWNICA W WOODSTOCK

Ronnie Hawkins był pierwszym z dwóch – jakże odmiennych – mentorów, jakich spotkali na swojej drodze muzycy późniejszego The Band. Drugim był Bob Dylan. Kiedy niedawny „prorok protestu” zelektryfikował zespół, utracił tysiące wielbicieli, ale zyskał… miliony. Jednak muzyka Dylana – utrzymana na najwyższym poziomie – wymagała akompaniatorów wyprzedzających czas. Mistrz znalazł doskonałą grupę akompaniującą w The Hawks. Uniezależnieni od kurateli Hawkinsa młodzi muzycy znaleźli tymczasowego lidera w kolejnym synu stanu Arkansas, jakim był perkusista Levon Helm. Próbowali właśnie podbić Nowy Jork jako Levon & The Hawks, kiedy wieść o muzycznej sensacji dotarła do Dylana. A sensacja była – w rzeczy samej – niemała. Nawet na konkurencyjnej nowojorskiej scenie nikt nie słyszał do tej pory muzyków o podobnym stopniu zaawansowania i o tak niewiarygodnym, intuicyjnym zgraniu. Jak to się stało, że czterech chłopców z okolic Toronto i ich amerykański rówieśnik, wyprzedzili cały muzyczny świat? Odpowiedź była prozaicznie prosta: żaden inny zespół nie zdobywał szlifów estradowych w tak drakońskich warunkach. To po pierwsze – Hawkins, nieustannie zmagający się z trudnościami finansowymi, występował w najciemniejszych dziurach pod słońcem. Chłopcy wspominali potem „lokale”, w których po tytule przeboju rzuconym z widowni mogły polecieć… kule. Trzeba było grać z kopyta! Po drugie – wszyscy członkowie późniejszego The Band zaczęli grać zawodowo w nadzwyczaj młodym wieku. Jako ludzie dwudziestoletni mieli już za sobą kilka lat intensywnej pracy! Zaowocowały one podczas światowego tournee z Dylanem w 1966 roku – pochodzi z niego drugi najsłynniejszy bootleg wszechczasów: ROYAL ALBERT HALL (oficjalnie wydany w 1998 roku). Przeskok ze spelun na stadiony i sale koncertowe świata okazał się ostatnim zewnętrznym impulsem do rozpoczęcia przez młody zespół samodzielnej kariery. Zanim jednak doszło do tego zwrotu, Bob Dylan uległ poważnemu wypadkowi motocyklowemu. „Były prorok” znalazł schronienie w sielankowym Woodstock (stan Nowy Jork). Zespół zamieszkał w pobliżu. Lider i jego muzycy spotykali się codziennie w piwnicy różowego domu, znanego jako Big Pink – grając, śpiewając i komponując. Czasami włączali magnetofon. Nie mogli tego wiedzieć, ale nagrywali wtedy najsłynniejszy, pierwszy bootleg w historii rocka. Ich taśmy wykradziono z piwnicy…

MUSIC FROM BIG PINK – TOŻSAMOŚĆ NIEUTRACONA

Piwniczne taśmy – wydane po latach oficjalnie jako THE BASEMENT TAPES – zawierały nowy, fascynujący materiał Dylana, sporo muzyki tradycyjnej oraz kilka wczesnych kompozycji muzyków zespołu. Rodziła się artystyczna odrębność grupy, która – po raz pierwszy grając dla przyjemności w wyluzowanej atmosferze – zaczęła odkrywać własne możliwości. Najpierw wokalne – objawiły się w tej roli trzy talenty, co miało stanowić o wyjątkowości brzmienia późniejszego The Band.  Po drugie autorskie – nagrano pierwszą zespołową kompozycję, Bessie Smith, poświęconą słynnej pieśniarce bluesowej. Potencjał drzemiący w młodych twórcach docenił sam Dylan, który nigdy wcześniej nie korzystał z pomocy współautorów – klasyczne utwory Tears Of Rage i This Wheel’s On Fire to jego pierwsze w życiu kolaboracje. Role zaczynały się rozdzielać. Kiedy Dylan przynosił nowe piosenki, aranżowano je wspólnie. Radość wspólnego śpiewu w harmonii czterech mocnych męskich głosów promieniuje z piosenek zarejestrowanych w tym okresie. Nigdy wcześniej Dylan nie miał przy sobie tak wybornych wokalistów. A kiedy oni nie mieli przy sobie Dylana grali i śpiewali własny materiał. Nagranie debiutanckiego albumu było naturalną konsekwencją. Znalazły się na nim znaczące kompozycje: The Weight, Chest Fever, oba utwory napisane wspólnie z Dylanem i premierowe wykonanie utworu mistrza,

I Shall Be Released (sam Dylan nagrał go znacznie później). Pozostawała już tylko nazwa zespołu, nazywanego z przyzwyczajenia The Hawks, ale ten problem sam się rozwiązał. Muzycy wtopili się w artystyczną społeczność Woodstock, a ich różowy dom zasłynął jako muzyczna mekka. Okoliczni mieszkańcy nie mówili o nim inaczej niż „tam gdzie mieszka Zespół”. Tak narodził się „zespół zwany Zespołem”. Tytuł debiutanckiego albumu też narzucił się sam: Muzyka z Dużego Różowego Domu… Oryginalność tej muzyki była w owym czasie niewyobrażalna. Po usłyszeniu płyty MUSIC FROM BIG PINK Eric Clapton powiedział, że zarówno jego muzyka, jak i cała muzyka światowa, już nigdy nie będą takie same. Mistrz brytyjskiego bluesa był zachwycony debiutantami z Woodstock. O popularnej w owym czasie angielskiej kapeli Procol Harum napisano, że „usłyszała jeden numer The Band i postanowiła zrobić z tego karierę”. To surowy osąd, ale chodziło o jednoczesne wykorzystanie organów i fortepianu, wywodzące się z tradycji gospel. Kiedy jeden z komentatorów zauważył, że The Band nagrali najlepszą płytę roku na świecie obok ABBEY ROAD Beatlesów, odpowiedzieli: Zgoda, ale my przynajmniej nie śpiewamy falsetami.

THE BAND – INDYWIDUALNOŚĆ ZBIOROWA

Czas przedstawić młodych zarozumialców. Siłą napędową zespołu był perkusista, Levon Helm. Napisano o nim, że jest „jedynym bębniarzem na świecie, który potrafi wycisnąć ze słuchacza łzy”. Dobry mandolinista, obdarzony silnym głosem country, wnosił do brzmienia grupy powiew prawdziwej tradycji amerykańskiego Południa. Na basie grał potomek polskich emigrantów, Rick Danko, który z równą swobodą zmieniał swój instrument na gitarę, co na skrzypce. Śpiewał czystym, dźwięcznym, heroicznym głosem, wyróżniając się jako najbardziej ekspresyjny wokalista zespołu. Wrażliwy Richard Manuel kontrastował z głosami kolegów śpiewem poruszającym, niezwykle emocjonalnym. Już od młodości nazywany „białym Rayem Charlesem” operował przepastnym barytonem i był niezrównanym interpretatorem ballad. Grał na fortepianie i zmieniał Levona przy bębnach, kiedy tamten sięgał po mandolinę. Garth Hudson grał na instrumentach klawiszowych łącząc miłość do klasyki z nowoczesną, nieograniczoną wyobraźnią muzyczną. Była wirtuozem w najlepszym znaczeniu tego słowa. Wykonywał partie solowe – grający na fortepianie Manuel ograniczał się do funkcji akompaniującej. Hudson był także saksofonistą i aranżerem sekcji dętych. Wyczyniał cuda na akordeonie – jeszcze w latach 90-tych zwyciężał w tej kategorii w dorocznym rankingu prestiżowego magazynu muzyków amerykańskich, Keyboard. Nigdy nie otwierał ust – nie tylko nie śpiewał, ale był milczkiem. Jako jedyny członek The Band z wykształceniem muzycznym (miał być organistą kościelnym), zapisywał kolegom akordy do przebojów słuchanych w radio podczas jazdy samochodem. Robbie Robertson jest najbardziej oszczędnym gitarzystą rocka. Z wyboru. Świadomy swojej funkcji akompaniatora wcielał w życie zasadę, że „mniej znaczy więcej”. Jego wizytówka to imponujące staccata (unosił rękę ponad głowę) i dwugłosowe tremola. Debiutancka płyta młodej kapeli była szokiem. Jej druga propozycja – arcydziełem. Album grupy The Band zatytułowany THE BAND należy do największych osiągnięć artystycznych rocka. Nie ma drugiej płyty, na której znaleźlibyśmy podobną syntezę, podsumowującą całą amerykańską tradycję muzyczną, mity i etos Ziemi Obiecanej, gorycz rozczarowań i tryumf ducha. Ta muzyka jest bezkresna jak sam kontynent.

ROCK OF AGES – PEŁNA INTEGRACJA

Czy nagrywając koncertową płytę w nowojorskiej Academy Of Music w sylwestrową noc przełomu lat 1971/72 zespół The Band był najlepszym zespołem na świecie? Tak twierdzę, choć należałoby tego dowieść przywołując najważniejszych artystów owych lat i cytując dominujące prądy. Zespół The Beatles – jedyny, do którego porównywała The Band amerykańska krytyka – przestał istnieć, a zresztą nie występował od dawna. Nową potęgą rocka była brytyjska grupa Led Zeppelin, która zdetronizowała Wielką Czwórkę po latach dominacji, zwyciężając w plebiscycie na „najlepszy zespół roku”. Ale „Cepelini” to faktycznie znakomita kapela, górująca o wiele klas ponad innymi zespołami hard-rocka, jak Deep Purple czy Black Sabbath (czas pokazał to dobitnie). Gdyby Brytyjczycy ograniczyli się do hard-rocka, nie byłoby najgorzej. Tymczasem początek nowej dekady zaowocował plagą tzw. rocka symfonicznego, kiczowatego i pretensjonalnego, jak większość produkcji grup Emerson, Lake & Palmer czy Yes. Gdyby jednak Brytyjczycy ograniczyli się do art-rocka… Niestety – listy przebojów zaczęli podbijać wykonawcy spod znaku czystej afirmacji kiczu, jaką był glam rock: Gary Glitter, Suzie Quatro, grupy Slade czy Sweet. Stylowi temu uległ David Bowie. Tymczasem The Band był zespołem odpornym na mody („dzięki czemu” nigdy nie dorobił się przeboju). Grał muzykę poważną i prawdziwą, a jej oprawa sceniczna nie miała najmniejszego znaczenia. I – co tu dużo mówić – zupełnie nie była potrzebna. Kluczy do odmienności The Band było kilka. Wyjątkowa muzykalność wszystkich członków zespołu mogła zaskakiwać nawet Amerykanów. Podobnie jak ich wielka łatwość w grze na różnych instrumentach. Levon wstawał spoza perkusji, by grać na mandolinie. Zastępował go wtedy Richard. Rick odstawiał bas i chwytał za skrzypce, kiedy Garth wychodził zza swojej klawiszowej twierdzy i brał do rąk akordeon. To dlatego The Band potrafi brzmieć w każdym numerze jak inny zespół. Podstawowym elementem różniącym The Band od innych zespołów była jednak integracja brzmienia – kwintet „bez lidera” składał się z solistów, którzy zawsze podporządkowywali swe partie brzmieniu grupowemu. Żadnych popisów, żadnych sztuczek. Byłe jeszcze coś: śpiew na żywo. Harmonie, czerpiące moc z korzeni Appalachów i wyrastające ponad dźwięk instrumentów jak góry – to ostre i dramatyczne, to znowu delikatne i czyste. Wspólnym mianownikiem tych poczynań pozostawała gra Hudsona na instrumentach klawiszowych – przeciwieństwo efekciarskich popisów wirtuozów art-rocka. Kiedy brytyjscy instrumentaliści głowili się, jak sprowadzić wielką sztukę do poziomu rocka (vide koszmarne „Obrazki z wystawy” Musorgskiego w wykonaniu tria Emersona), muzycy The Band sprawiali, że rock stawał się sztuką. Na tym koncercie – wielką.

DYLAN (2) – AMERYKA ODNALEZIONA

Odnowienie współpracy z Dylanem dokonało się na nowych zasadach – tym razem muzycy The Band spotkali się z dawnym mistrzem jak równy z równym. Na początku nagrali razem album studyjny, PLANET WAVES (1974). W dyskografii Dylana nie zajmuje on szczególnie ważnego miejsca, a sesje studyjne trwały zaledwie trzy dni. Niemniej jednak pochodzi z tej płyty piosenka tak ważna jak Forever Young. Dylan zaproponował muzykom wspólną trasę koncertową po USA, w trakcie której będą dzielić się równo i czasem i repertuarem. Była to najwyższa nobilitacja, zwłaszcza dla Robertsona, ale amerykańska krytyka zauważyła już wcześniej, że przez ostatnie lata zajmował on pozycję najważniejszego autora w kraju. Bob Dylan miał na przełomie dekad słabszy okres, a „przyszłość rock’n’rolla”, Bruce Springsteen (tak nazwała go już wkrótce entuzjastyczna prasa), rozgrzewał się dopiero w prowincjonalnej dziurze. Wspólne tournee 1974 roku przeszło do historii jako największe w dziejach rocka. Milionowe tłumy wykupiły bilety na wiele miesięcy wcześniej, zaś o miejsca na stadionach walczyli czołowi politycy i europejscy arystokraci. Nastąpiło spełnienie. Ameryka leżała u stóp czterech Kanadyjczyków i chłopca z Południa. Ale też piątka muzyków miała jej wyjątkowo wiele do powiedzenia. Robertson pisał o Ameryce, jak nikt przed nim. Ważną składową repertuaru The Band był wkład Levona Helma – to jego wczesne wspomnienia z Południa i tradycja wyniesiona z farmerskiej rodziny napędzały twórczą machinę, jaką stał się na kilka lat Robertson. Tematyka utworów stanowiła zaprzeczenie wszystkiego, co modne i „obowiązujące”. Etos hippisowski był muzykom The Band tak obcy, jak życie na innych planetach. Śpiewali o etosie pracy (King Harvest), o Wojnie Secesyjnej (The Night They Drove Old Dixie Down), o namiętnościach epoki kolonialnej (The Unfaithful Servant), o starych żeglarzach (Rockin’ Chair), młodych rozbójnikach (Jawbone), miłości w śpiworze (Rag Mama Rag), wygranej na wyścigach (Up On Cripple Creek), o międzyludzkich więzach (This Wheel’s On Fire) i o chorobie samotności (Lonesome Suzie). Nie zapominając ani na chwilę o przekraczaniu najtrudniejszej bariery: Across The Great Divide…

MOONDOG MATINEE – POWRÓT DO ŹRÓDEŁ

Robertson jako twórca wyczerpał się na długo. Ale nie na zawsze. Tryumfalny powrót tego artysty dokonał się za sprawą albumu solowego nagranego równo dziesięć lat po pożegnalnym koncercie The Band. Proces dezintegracji repertuaru zespołu przebiegał jednak stopniowo i grupa padła ofiarą poziomu, jaki narzuciła sobie od chwili debiutu i nieprawdopodobnej inwencji twórczej, która charakteryzowała jej wczesne nagrania. Trzy pierwsze albumy The Band (MUSIC FROM BIG PINK, THE BAND i STAGE FRIGHT) są doskonałe. Okres ten podsumowuje koncertowa płyta ROCK OF AGES, jeden z najlepszych albumów zarejestrowanych na żywo w całym kanonie rocka. Ale na CAHOOTS znalazło się już tylko kilka dobrych piosenek (m.in. Life Is A Carnival i The River Hymn). Do najciekawszych nagrań należała tu kompozycja Boba Dylana When I Paint My Masterpiece, a duet z wielkim Irlandczykiem, Vanem Morrisonem, wypadł poniżej przeciętnego poziomu każdej ze stron. Robertson potrafił wyciągnąć wnioski i zdecydował się na krok desperacki: najbardziej „autorski” zespół w Stanach wydał płytę ze standardami doby wczesnego rock’n’rolla. Muzycy upiekli więc dwie pieczenie – uciekli na pewien czas od odpowiedzialności za własny materiał (czekając na lepsze czasy) i złożyli hołd artystom, którzy pomogli im ukształtować własny styl. Znaleźli się wśród nich najwięksi: Chuck Berry (The Promised Land) i Sam Cooke  (A Change Is Gonna Come). Pojawił się na płycie temat z filmu „Trzeci człowiek”. Zespołowym tryumfem była wersja klasycznego tematu Mystery Train. Tryumfem indywidualnym cudowne interpretacje dwóch przebojów z lat 50-tych w wykonaniu Richarda Manuela (Share Your Love With Me i The Great Pretender). Ale nawet tak znakomici muzycy musieli mieć repertuar, trudno zaś było oczekiwać od The Band wykonywania wyłączne standardów. Ostatnie płyty zespołu przyniosły interesujące kompozycje, nawiązujące do najlepszej tradycji wczesnych nagrań. Wyróżniały się piosenki It Makes No Difference oraz Ophelia, obecne w koncertowym repertuarze The Band do końca. Dwa utwory – Acadian Driftwood i The Saga Of Pepote Rouge – ostatnie autorskie wzloty Robertsona, to kanadyjskie sagi opowiadające o rozdarciu osadników z… północy. Bariera kontynentalna została ostatecznie pokonana.

THE LAST WALTZ – MIEJSCE W HISTORII

Decyzja o zakończeniu przez The Band działalności muzycznej przyszła w czasie, kiedy zespół osiągnął wszystko i zawisł w próżni. Nie była jednak demokratyczną decyzją zespołową. Podjął ją i narzucił kolegom Robbie Robertson, znużony życiem w drodze i zafascynowany innym medium, jakim jest kino. To ostatnie dokonało się za sprawą przyjaźni muzyka ze słynnym reżyserem, Martinem Scorsese (z którym Robertson zamieszkał w Malibu i podczas kilkumiesięcznego narkotycznego „cugu” oglądał na domowym projektorze klasykę kina). Decyzji o rozwiązaniu zespołu aktywnie sprzeciwiał się Levon, który naturalnie przejmował rolę lidera. Załamanie psychiczne przeżył Richard Manuel – wrażliwy człowiek, któremu nigdy nie przyszło do głowy, że The Band może nie być wieczne. Ale Robertson szykował pożegnalną fetę w wielkim stylu – wspólnie z Martinem Scorsese zaplanował pożegnalny koncert z udziałem całej palety gwiazd. Reżyser miał zarejestrować wydarzenie na filmie. Na miejsce występu wybrano Winterland w San Francisco, bo to w tej sali balowej zespół po raz pierwszy wystąpił publicznie jako The Band. Gala była rzeczywiście wielka – występ odbył się w dniu Święta Dziękczynienia i podano kolację z indyka dla pięciu tysięcy osób! Zaproszono artystów reprezentujących przeróżne gatunki muzyczne, albo najważniejszych dla muzyki The Band, albo takich – jak np. Eric Clapton – dla których muzyka zespołu okazała się wyjątkowo ważna. Stawił się niezniszczalny „Jastrząb” – Ronnie Hawkins był pierwszym gościem wieczoru i wykonał standard Who Do You Love, rozsławiony przed laty gitarowym solo młodego Robertsona. Kanadę reprezentowali Neil Young i Joni Mitchell. Wielki hippis zaśpiewał własny hymn, Helpless, zaś piękna i enigmatyczna Joni wykonała kompozycję Coyote. Wprost z Nowego Orleanu przybył „muzyczny ambasador” Dr John. Tradycję bluesa – czarnego i białego – reprezentowali odpowiednio Muddy Waters (natchniona wersja Mannish Boy) oraz Eric Clapton (pojedynek gitarowy z Robertsonem w Further On Up The Road). Koncert uświetniły występy dwóch największych artystów rocka (wtedy, teraz i zawsze) – są nimi Van Morrison i Bob Dylan, w którego towarzystwie wykonano zbiorowy finał: I Shall Be Released. The Band akompaniowali wszystkim gościom wykazując się niewiarygodną muzykalnością i intuicją. Pomiędzy popisami przyjaciół przypomnieli najważniejsze utwory własne. Film nakręcony przez ekipę najlepszych operatorów Hollywood (m.in. Vilmos Zsigmond) pod okiem Scorsese’a uważany jest za najlepszy dokument z koncertu i pozycji tej nic nie zagraża do dziś.

ISLANDS – WYSPY BEZLUDNE

Koncert i film „Ostatni walc” oznaczały koniec drogi. Jedynie Robertson miał dalsze plany, kiedy oryginalny skład The Band przestał istnieć. Koledzy czuli się zagubieni i niepewni jutra. Zespołowi pozostało zobowiązanie kontraktowe –  nagranie ostatniego albumu z premierowym materiałem dla wytwórni Capitol. Przystępowali do pracy bez entuzjazmu, a ich wewnętrzne rozdarcie słychać w nowych utworach. Paradoksalnie, największe wrażenie robi wśród nich standard: Georgia On My Mind – łabędzi śpiew Manuela, jego ostatni pokłon złożony Rayowi Charlesowi. Żaden biały wokalista nie wykonał tego standardu z równie przejmującą ekspresją, zaś aranżacja instrumentów klawiszowych i partia gitary czynią z tej wersji prawdziwą perłę. Warto sięgnąć po płytę ISLANDS choćby dla tej piosenki. Ale nie tylko – The Saga Of Pepote Rouge Robertsona mieści się w kanonie najlepszych utworów autora, zaś urocza pastorałka, Christmas Must Be Tonight, to rzadki w muzyce rockowej oryginalny utwór z okazji świąt Bożego Narodzenia. Niestety – muzycy The Band są już w tych nagraniach osamotnieni niczym tytułowe „wyspy”. Stracili poczucie integracji, które najbardziej  odróżniało ich muzykę. Gorzej – stracili poczucie sensu i przydatności tego, co robią. Robertson został autorem i producentem ścieżki dźwiękowej m.in. do filmów „Carny” (1980), „The King Of Comedy” (1983) i „The Color Of Money” (1988). Dopiero rok 1987 przyniósł powrót Robertsona-muzyka. Znakomita płyta ROBBIE ROBERTSON okazała się prawdziwym tryumfem – w jej nagraniu wzięli udział m.in. Peter Gabriel, grupa U2 i słynna orkiestra Gila Evansa. Nieoczekiwanie zdolności aktorskie objawił Levon Helm. Perkusista zadebiutował w nagradzanym filmie „Córka górnika” (1980). Swoistą nobilitacją muzyka na nowym polu była główna rola męska w przejmującym dramacie społecznym „Lalczarka” (1984), gdzie wystąpił obok samej Jane Fondy. Własną drogą poszedł także Rick Danko. Niestety, poprzestał na wydaniu jednego – za to równie dobrego, co najlepsze płyty zespołowe – albumu, RICK DANKO (1977). Rozpad The Band najgorzej zniósł Richard Manuel – pozbawiony jedynego znanego sobie celu i sensu istnienia, znalazł się na równi pochyłej. Bez drogi powrotu.

JERICHO – ŻYCIE PO ŻYCIU

Bariera kontynentalna, którą przekraczali młodzi muzycy w swoich amerykańskich eskapadach (koncertowych i metafizycznych) pełniła w ich życiu rolę symboliczną – najlepsza biografia zespołu (Barney Hoskyns, 1993) nosi tytuł zaczerpnięty z piosenki Across The Great Divide. Ale Robbie, Richard, Rick, Garth i Levon przez cały czas „zbliżali się” do Ameryki, żyli w nieustającej (i nieustannie inspirującej) podróży. Po osiągnięciu celu mogli już tylko rozwiązać działalność – uskrzydlała ich antycypacja. Spełnienie, jakie przyniósł koniec drogi, było końcem zespołu. Wysocki śpiewał: „Lepsze od gór są tylko te góry, których jeszcze nie zdobyłem”. Jest coś przerażająco prawdziwego w rozczarowaniu spełnienia. Kiedy muzycy The Band dotarli do celu wyprawy, okazało się, że tej „lepszej” (tu: niezdobytej) Ameryki po prostu nie ma. Richard Manuel popełnił samobójstwo w pokoju hotelowym na Florydzie, podczas dołującej, deprymującej trasy klubowej. Był rok 1986 i zdawało się, że los The Band został definitywnie przesądzony. Tak się jednak nie stało. Odrodzona kapela złapała „drugi bieg” i nagrała w nowej dekadzie udane płyty. Wyróżnia się pierwsza z nich, JERICHO, ozdobiona kapitalną wersją jednej z najbardziej enigmatycznych ballad Dylana, Blind Willie McTell. Pojawiły się nieznane, „ocalone” nagrania Manuela: Country Boy i She Knows. W obu wypadkach koledzy dograli część aranżacji i głosy, co ostatecznie zamknęło analogie do The Beatles (śpiewających z nieżyjącym od lat Johnem). Koncerty The Band w Carnegie Hall w 1997 roku okazały się wydarzeniem artystycznym. Niestety, śmierć Ricka Danko w dwa lata później położyła kres historii grupy. Umilkł na zawsze drugi z trzech głosów nierozłącznie związanych z jedynym, niepowtarzalnym brzmieniem The Band. I to był już (dopiero?) definitywny koniec.

I SHALL BE RELEASED – CODA

Podsumowując muzykę popularną XX wieku, stulecia Beatlesów i Rolling Stonesów, nie sposób pominąć Amerykę. Wszystko co ważne zaczęło się tam. Brytyjska Inwazja lat 60-tych – jakże brzemienna w skutki – była zwykłym „wożeniem drzewa do lasu”. Swą pierwszą „elektryczną” płytę Dylan nazwał BRINGING IT ALL BACK HOME – do sięgnięcia po rockową sekcję skłoniła go wizyta w Wielkiej Brytanii, ale artysta nie miał wątpliwości, skąd pochodziły inspiracje. Polski meloman traktuje Amerykę jako ojczyznę jazzu, muzyki country, musicalu i ścieżek dźwiękowych Hollywood. To i tak sporo, ale nasza wiedza o korzeniach R&B czy prawdziwego rock’n’rolla (nie odbitego w europejskich lustrach) jest słaba. Muzyka The Band stanowi syntezę wszystkiego, co w amerykańskiej tradycji najlepsze. Trudno wyodrębnić gatunek czy styl, który był obcy członkom tego zespołu, nie reprezentowany w jego nagraniach. Dla polskiego słuchacza „bariera kontynentalna” dzieląca od dorobku The Band ma także fizyczny wymiar: tradycyjnie pojęta amerykańskość nie jest nam znana. Polskie Radio lansowało głównie produkcje brytyjskie, pogłębiając nieznajomość muzyki korzeni u słuchaczy. Ale za sprawą tej wyjątkowej kapeli możemy to „nadrobić”. Muzyka The Band daje jedyną szansę zbliżenia się na skróty do Delty Missisipi, do śpiewów rozlegających się nad plantacjami bawełny, do bluesa i genialnych w swojej prostocie piosenek Chucka Berry’ego (bez których nie byłoby rocka), do „czarnych” harmonii wokalnych rodem z wytwórni Motown, do R&B czystego jak łzy pieśniarza soul, do rodzinnego muzykowania w chacie w Appalachach, do opowieści o Wojnie Secesyjnej (z ust południowca), do orkiestry marszowej z Nowego Orleanu oraz do pieśni społecznego protestu, sięgającej korzeniami ruchów związkowych XIX wieku. To wszystko jest w muzyce The Band obecne. Jest w niej więcej – talent Robertsona, Manuela, Danko, Hudsona i Helma. Oryginalna fuzja, jaką razem tworzyli ci muzycy. Tym bardziej fascynujące może więc okazać się pokonanie bariery – „kontynentalnej” i tej trudniejszej, duchowej – która nadal dzieli nas od porywającej muzyki The Band.

[FUGA, 2001]

theband

Foto: Elliott Landy

Satysfakcja - The Band

Naszą witrynę przegląda teraz 77 gości