cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

DorM100
DOROTA MIŚKIEWICZ – „CAMINHO” TO PO PROSTU DROGA

Dzieci muzyków, które są muzykami, to nic nowego. Ale Dorota Miśkiewicz ma ojca muzyka, brata muzyka, nawet mama, która prowadzi impresariat, jest z wykształcenia muzykiem. Doszedł do tego narzeczony – też muzyk. Wokalistka wydała wreszcie płytę, na miarę swojego talentu: „Caminho”.

Dowiedziałem się, że masz znakomity słuch. A kiedy sama to zrozumiałaś?

Miałam dyktando w średniej szkole muzycznej, a bardzo lubiłam kształcenie słuchu. Profesor zastosował jednak „zmyłkę”. Podał tonację i powiedział, od jakiego dźwięku zaczynał się utwór, ale rozmijało się to z rzeczywistością. O dokładnie pół tonu. Bardzo się nad tym męczyliśmy, lecz nikt nie kwestionował tego, co podał profesor. Jednak w pewnym momencie trzeba było przełożyć kartkę i od tej chwili – zupełnie spontanicznie – przestałam sugerować się wskazówkami i pisałam dalej zgodnie z tym, co słyszałam. Okazało się, że profesor zrobił to specjalnie, żeby się przekonać, kto ma słuch absolutny. Potrafię więc określić tonację, choć kiedy jestem zmęczona, tracę nieco precyzję i słyszę „niżej”. Podobnie zresztą ma mój tata, który na dużym zmęczeniu słyszy wszystko o pół tonu niżej. Oczywiście z samego faktu posiadania słuchu absolutnego absolutnie nic nie wynika. W sensie artystycznym.

Słuch absolutny bywa czasami kłopotliwy. Nie denerwują cię fałsze u innych?

Mnie fałsz w ogóle nie przeszkadza. Jak ktoś fałszuje, to mi się nawet podoba. Taka Astrud Gilberto śpiewała wszystko odrobinę za wysoko. Cały czas jest obok i to brzmi pięknie właśnie z tego powodu. Tak naprawdę, błędy często tworzą to, co jest fajne. Prawdziwego mistrza poznaje się po tym, jak potrafi wyjść z błędu, usprawiedliwić go. Oczywiście jest to łatwiejsze w jazzie, chociaż i w klasyce byli giganci, którzy doskonale potrafili sobie poradzić. Tak, że nikt się nawet nie zorientował.

Nawet bezbłędny muzyk musi mieć jednak tak zwany pomysł na siebie...

Ja nie mam pomysłu na siebie. Cały czas jestem w drodze i cały czas szukam. Są zapewne wielcy ludzie, którzy potrafią powiedzieć: znalazłem. Ja się przyznaję, że nie znalazłam. Natomiast jestem bliżej niż kilka lat temu i to jest optymistyczne. Jestem obecna w dwóch światach. W świecie tzw. czystego jazzu, gdzie do tej pory biorę udział w projektach Włodzimierza Nahornego czy Jana „Ptaszyna” Wróblewskiego. Ale także w świecie piosenki, po prostu piosenki, bo bardzo mi się nie podoba nazywanie tego popem. Piosenek Starszych Panów nie określamy jako pop, to są po prostu piosenki. Tyle tylko, że bardzo dobre, bardzo inspirujące. Ja oba te światy lubię. Szukam więc wspólnego mianownika. Ale jak to zrobić? Uwielbiam starą, klasycznie swingującą muzykę, ale to nie oznacza, że koniecznie chciałabym wykonywać ją sama. Mam obecnie taki pomysł, żeby dobre piosenki łączyć z wolnością, jaka jest w jazzie. Wolnością rozumianą jako bardziej złożone rytmy, jako ciekawe harmonie, a przede wszystkim z wolnością wynikającą z improwizacji.

Kiedy wykonuje się z równą łatwością jazz i piosenki, kluczem staje się repertuar.

Gdybym opowiedziała się za jednym kierunkiem, zanudziłabym się na śmierć. Są ludzie, którzy kochają coś tak bardzo, że mogą robić to i tylko to i są szczęśliwi. Ale ja już w szkole muzycznej musiałam grać i Mozarta i Szymanowskiego. I lubiłam obu. Obaj mi się podobali. W wokalistyce lubię klasykę, jak Carmen McRae czy Shirley Horn, ale fascynuje mnie także bardziej niekonwencjonalna Meshell Ndegeocello czy Björk. Jedni artyści wykonują cudze utwory, inni szukają rzeczy premierowych, albo piszą własne. Ja nie mogę się powstrzymać od pisania. Muzykę piszemy wspólnie z Markiem Napiórkowskim, albo osobno. Teksty piszę sama, albo wspólnie z Michałem Rusinkiem. Bardzo dobrze pracuje mi się z Grzegorzem Turnauem, z którym nagrywałam już wcześniej. Teraz napisał dla mnie między innymi piosenkę tytułową. I to on odkrył, że „caminho” oznacza po portugalsku drogę.

Mozart i Szymanowski, Turnau i Napiórkowski. Niełatwo cię „sformatować”.

Obecnie media są formatowane i „targetowane”. Zastanawiam się, do jakiego radia się nadaję. Duże stacje komercyjne nie wchodzą w grę, nie jestem „sformatowana”. Może do jazzowego, bo mam tu piosenki z elementami brazylijskimi. Jest rozgłośnia grająca piosenki brazylijskie, ale oni z kolei w ogóle nie nadają nagrań polskich. Dużą sympatią darzę publiczną „Trójkę”, która sformatowała się obecnie w stronę alternatywy, co w Polsce oznacza – nie wiedzieć czemu – muzykę rockową. Wydaje mi się, że to, co nagrałam, to jest właśnie alternatywa. Alternatywa w stosunku do tego, co jest teraz, do propozycji „sformatowanych”. Samo słowo nie określa przecież nurtu muzycznego, sugeruje tylko „alternatywną propozycję”. Czyli propozycję inną.

Tak wiele wyniosłaś z domu rodzinnego. Pamiętasz ciśnienie czy inspirację?

Nie odczuwałam ciśnienia ze strony domu. Ciśnienie tworzyłam sobie sama. Oczywiście to rodzice posłali mnie do szkoły muzycznej, oczywiście cały dom żył muzyką, więc nie można się było przed tym schować. Ze strony mamy czy brata nie odczuwałam żadnej presji. Tata natomiast był dla mnie niedoścignionym geniuszem. Ja byłam i jestem córeczką tatusia, ale to niczego nie ułatwia. Raczej przeciwnie. Chciałam sobie udowodnić, że też coś potrafię, lecz musiałam uporać się z tym samodzielnie. Co oznacza, że robiłam wiele rzeczy na przekór tacie. Zachęcał mnie na przykład, żebym została skrzypaczką. Ale przekonałam go wreszcie, że wokalistka to także muzyk i że moje śpiewanie nie jest takie złe. Teraz przyznaje mi rację.

Tata jest pierwszym saksofonistą w kraju. Brat to już muzyk światowego formatu.

Mój brat, Michał, był ode mnie cztery lata młodszy. I nadal jest, nic się w tej kwestii nie zmieniło. Ale wykazał się niesamowitą konsekwencją. I mogę się od niego uczyć dojrzałości wyborów. Już w czwartej klasie szkoły podstawowej przestał ćwiczyć na fortepianie, wbrew zaleceniom taty, który uważał, że na fortepianie trzeba grać jak najdłużej. Ale Michał chciał być perkusistą i dopiął swego. Bardzo świadomie kieruje swoją karierą. Nie robi wszystkiego. Gra to, co naprawdę chce grać, jest świetny i bezkompromisowy, co zaprocentowało graniem w zespołach o najwyższej światowej renomie. Podziwiam jego odwagę, on tymczasem wspiera mnie w moich wyborach.

Czy narzeczony, Marek Napiórkowski, nie daje ci przedłużenia relacji tata-córeczka?

Razem mieszkamy, razem piszemy, razem gramy. Trudna sprawa… Marek jest zresztą większym perfekcjonistą, niż tata. Ma raczej cechy mojej mamy – nie odpuści, dopóki nie będzie dokładnie tak, jak on chce. Bardzo myśli o tym, żeby się rozwijać, a zarazem żebym i ja się rozwijała. Właściwie to on wytwarza ciśnienie, znacznie większe niż mój dom rodzinny. Słyszę: pisz, ćwicz. Jeżeli coś źle zrobię, to słyszę, że muszę to jeszcze dopracować, zmienić. Widzę teraz, że chociaż tata mnie krytykował, to mama mnie mobilizowała. Marek spełnia więc rolę taty i mamy w jednej osobie. To nawet zabawne, kiedy się spojrzy na nasz związek w ten sposób.

A jak wytrzymujecie życie w rozjazdach? Co jest trudniejsze – rozstania czy powroty?

W trasie nie ma problemów. Świat jest mniejszy i bardziej przewidywalny. Jest regularność, jest powtarzalność. Wiadomo, że mamy próbę, a wieczorem gramy. Zdarzają się niespodzianki, ale do najgorszych należą kiepski hotel, brak próby czy konflikt z basistą. Wszystko jest ustalone. Tymczasem dom żyje własnym życiem, nawet wtedy, kiedy nas w nim nie ma. I po powrocie trzeba nadążyć za tym, co się tam bez nas wydarzyło. Na szczęście nie wyjeżdżałam jeszcze na bardzo długo, jak niektórzy muzycy rockowi, którzy po powrocie do domu mogą się dowiedzieć, że na przykład nie mają już małżeństwa... No cóż, życie w drodze kryje wiele różnych niespodzianek, może stąd tytuł „Caminho”.

[ZWIERCIADŁO, 2008]

DorMCD


Dorota Miśkiewicz – wokalistka jazzowa, kompozytorka i autorka tekstów, z wykształcenia skrzypaczka. Wyrastała w muzykalnej rodzinie. Ojciec, Henryk Miśkiewicz, jest najbardziej dziś znanym (i najczęściej nagrywanym) polskim saksofonistą. Młodszy brat, Michał, to znakomity perkusista, muzyk o międzynarodowej renomie, związany z kwartetem Tomasza Stańki i z triem Marcina Wasilewskiego (obie formacje nagrywają dla ECM). Mama, Grażyna, z wykształcenia też muzyk, prowadzi popularną Agencję Artystyczną GRAMI (nazwa kryje zabawne podwójne znaczenie). Narzeczonym wokalistki jest od wielu lat czołowy polski gitarzysta jazzowy, Marek Napiórkowski (wsławiony m.in. grą na wszystkich niemal płytach Anny Marii Jopek). Dorota Miśkiewicz – po ukończeniu konserwatorium – śpiewała z formacjami Włodzimierza Nahornego i Jana „Ptaszyna” Wróblewskiego. Następnie współpracowała z takimi sławami, jak Nigel Kennedy czy Tomasz Stańko, śpiewała z Anną Marią Jopek, Ewą Bem i Cesarią Evorą (duet „Um pincelada”). Nagrała liczne duety z Grzegorzem Turnauem, m.in. do filmu „Anioł w Krakowie”. Pod własnym nazwiskiem wydała dwa albumy, „Zatrzymaj się (2002) i „Pod rzęsami” (2005). Na najnowszej płycie, zatytułowanej „Caminho” (Droga), wspiera ją brazylijski perkusista Guello oraz czołówka polskiej sceny jazzowej, m.in. Marek Napiórkowski, Marcin Wasilewski, Henryk Miśkiewicz i Robert Kubiszyn. Są także dwa duety z Grzegorzami – Turnauem i Markowskim. Album promuje hit opolski, „Magda, proszę” (drugie miejsce w głosowaniu jury na utwór premierowy).

Foto: Sony Music

Popkulturystyka - Wywiady z artystami

Naszą witrynę przegląda teraz 158 gości