cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

cassandra-150
CASSANDRA WILSON I FILOZOFIA DELTY

Jest fascynującą wokalistką i fascynującą kobietą. A także świetnym rozmówcą. Utrzymuje na przykład, że nie ma czegoś takiego jak rasa. A przecież każde jej nagranie jest czarne jak Afryka, niezgłębione jak Delta.

Pierwsze pytanie, jakie się nasuwa, to jak wybierasz piosenki? Tak odmienne!

Bo to one mnie wybierają. Zachodzi pewna... synchronia. Piosenki napływają do mnie z różnych storn, z różnych kierunków. I niektóre zostają. Nie chcą mnie opuścić. To się dzieje z zupełnie nieprzewidywalnych powodów. Na pewno nie jestem typem szperacza, który skrupulatnie przeszukuje archiwa. Poza tym uwielbiam niespodzianki. Zapewne dlatego lubię także zaskakiwać słuchaczy.

Nazywają cię wokalistką jazzową. Ale mieszasz jazz z muzyką świata, muzyką źródeł.

Jazz narodził się z wielu różnych źródeł, a wspólnym mianownikiem jest tu jazzowy groove – tak nazywamy to my, muzycy. Najpierw były europejskie orkiestry dęte, po drugiej stronie Atlantyku zmieszały się z bluesem. Zresztą wszyscy znamy tę historię. A blues jest tą składową jazzu, która chyba pozostanie nieodzowna. Jest „warunkiem  koniecznym”. Tak jak pewne składniki w kuchni, bez których po prostu nie sposób się obyć. Oczywiście jazz nie jest statyczny i przez cały czas chłonie nowe wpływy. Jazz to proces, podobnie jak demokracja. Cały czas się rozwija, cały czas idzie naprzód. Ewoluuje. Blues to podstawa, ale jest formą prostą jedynie z pozoru. Najwięksi mistrzowie jazzu wiedzieli, że muzyka poznaje się po tym, jak zagra bluesa.

Chyba trudno odczytać na własny sposób tak prosty temat jak „St. James Infirmary”?

To prawda. Ale wydaje mi się, że odnalazłam w tym utworze coś, co było w nim od początku, a może tylko na samym początku, potem natomiast stopniowo zanikało. A raczej zostało zgubione. Starałam się odtworzyć coś z klimatu Congo Square – tego legendarnego miejsca w Nowym Orleanie, gdzie zbierali się w niedziele niewolnicy, gdzie tańczyli i kultywowali swoje plemienne tradycje. To właśnie w takich miejscach rodził się jazz. Mieszały się tam różne wpływy – afrykański rytm z europejskimi melodiami. Czarni uczyli się grać na nieznanych im wcześniej instrumentach.

Istotny jest tu pierwiastek afrykański. Czyli podróż w czasie na Congo Square?

Chciałam sobie wyobrazić, jak zabrzmiałby dawny blues zmieszany bezpośrednio z wpływami z Afryki Zachodniej. Stamtąd pochodziło najwięcej niewolników. To rodzaj muzycznej fantazji, zgoda, ale być może zbliżamy się do jakiejś muzycznej prawdy? Kluczową postacią dla takich pomysłów okazał się Wilson Babalola, mistrz perkusji z Lagos w Nigerii. A przy okazji kapłan obrządku jorubijskiego. To on nadał utworowi „Dust My Broom” tak niesamowity groove. A przecież to również grali wszyscy. Tak sobie wyobrażam wczesny, prymitywny mariaż kultur: Afryka Zachodnia łączy się tu z Ameryką w sposób, jaki możemy sobie tylko wyobrażać, ale być może bardzo podobne mariaże legły właśnie u podstaw jazzu. To moja fantazja, okay?

Fantastyczna! Bob Dylan tworzy od lat „mitologię Delty”, a ty masz ją w sobie.

Pochodzę z Jackson w Missisipi, wyrastałam więc w Delcie, w zasięgu oddziaływania Nowego Orleanu. Ale bardzo mi się podoba to, co powiedziałeś o Dylanie. Delta ma własną mitologię, która wycisnęła niezwykle silne piętno na całej muzyce popularnej. Osobiście wolę mówić nawet o „filozofii Delty”. Bo mitologia Delty roi się od postaci i od miejsc, które jednak nie miałyby tak silnego wpływu, gdyby nie łączyła je pewna wyraźna filozofia. To jest miejsce nieprawdopodobnego cierpienia, ale też wielkiego wymieszania kultur. Miejsce okrutnego wykorzystania człowieka przez człowieka, ale – w ostatecznym rozrachunku – jednak ludzkiego triumfu... Moja filozofia Delty, to „mieszanie dla wspólnego dobra”. Rockowe zespoły w Europie grają od lat muzykę Delty, często nawet o tym nie wiedząc. I grają ją po swojemu. Mnie to cieszy.

Czy muzyka nie jest najlepszą płaszczyzną porozumienia dla różnych ras?

Bardzo dobrze, że poruszyłeś kwestię rasy. I choć nie jesteś w komfortowej pozycji, żeby przyznać mi rację, to muszę zaooponować. Po pierwsze, nie ma czegoś takiego jak rasa. Jest jedynie koncepcja rasy, a została stworzona w XVIII wieku w Europie przez myślicieli doby Oświecenia. I miała bardzo praktyczny cel. Dała – przynajmniej tak się wtedy wydawało – moralne przyzwolenie na niewolnictwo i na ludobójstwo Indian w Ameryce. To był punkt widzenia białych Europejczyków w postaci skrajnej. Odkrywali „tubylców” i egzekwowali wyższość cywilizacyjną. Z wiadomym skutkiem.

Europejczycy są tubylcami Europy. Mieliśmy to szczęście, że nas nikt nie „odkrył”...

Taki był jednak początek rewolucji przemysłowej, opartej w ogromnej mierze o surowce z nowego świata. Opartej o niewolnictwo i o sztywne podziały. Jak wiele jednak z tego myślenia przetrwało, jak bardzo utrwaliło się w świadomości pokoleń. Dopiero od niedawna słyszy się głosy, że jesteśmy „światem różnych plemion”, że istnieje coś takiego, jak „wymiana między narodami”. I że to jest coś dobrego.

Muzyka to jednak uniwersalny język i niweluje podziały. Na polu nauki jest inaczej.

Wchodzimy teraz na teren odwiecznego sporu, żeby nie powiedzieć batalii – sporu rozumu z uczuciem. Sporu głowy i serca. W muzyce obecny jest potężny pierwiastek duchowy. Jest obecny w każdej sztuce, ale w muzyce chyba najsilniej. A zwłaszcza w muzyce o korzeniach afrykańskich – ujmując to najogólniej. Przynajmniej na terenie popularnym. Nie chcę ujmować nic z duchowości Bacha czy Beethovena, ale muzyka afrykańska to po prostu „czysta dusza”. Nie ma w niej nic więcej. A zarazem jaka jest niezgłębiona, prawda? Biała dominacja na polu nauki czy polityki wynika z przewagi elementów racjonalnych na tych polach, chociaż to również zaczyna się zmieniać. Moim zdaniem przyszłość zapowiada się interesująco. Oby tak dalej.

Wróćmy do przeszłości. Naprawdę wynajmowałaś mieszkanie Ellingtona na Harlemie?

Nie do końca. Mieszkałam w tej samej kamienicy co Duke Ellington, to prawda. Na końcu Harlemu, w dzielnicy Sugar Hill. Nie przywiązywałabym jednak do tego nazbyt wielkiej wagi. To był absolutny przypadek, a ja nie próbuję tworzyć własnej mitologii. Natomiast sam fakt mieszkania na Harlemie – dla młodej dziewczyny z Południa – był tak inspirujący, że nie byłabym tym kim jestem, gdybym się tam nie przeprowadziła. Nowy Orlean i Harlem, dwie – jakże odmienne – kolebki jazzu. Moje najpiękniejsze wspomnienia z Nowego Jorku, to słuchanie muzyki w klubach do czwartej rano. A po wyjściu obserwowałam wschód słońca nad Manhattanem. To był koniec pewnej ery, wierzę jednak, że kiedyś to powróci. Bo wszystko w świecie odbywa się cyklicznie.

[ZWIERCIADŁO, 2008]


Cassandra Wilson (ur. 1955), wokalistka jazzowa o charakterystycznym kontralcie. Nagrywa od połowy lat 80. – m.in. album ze standardami „Blue Skies” z 1988 roku, ale jej kariera nabrała rozmachu dopiero w następnej dekadzie. Jest bez wątpienia najbardziej oryginalną wokalistką na współczesnej scenie jazzowej, nie tylko dzięki nieprawdopodobnym możliwościom wokalnym (bardzo niskie rejestry, barwa raczej kojarzona z bluesem i muzyką korzeni, stonowana paleta bardzo silnych emocji) – Cassandra Wilson nagrywa bodaj najbardziej eklektyczny repertuar w całej historii jazzu. Sięga po standardy. Nieustannie wraca do muzyki Delty i Nowego Orleanu. Wykonuje utwory artystów tak odmiennych jak Bob Dylan, Sting i grupa The Band. Chętnie czerpie z muzyki brazylijskiej. W jej wykonaniu nawet Antonio Carlos Jobim staje się częścią historii, którą Cassandra Wilson zna jak nikt i sama pisze na nowo. Na szczególną uwagę zasługują albumy: „Blue Light ‘Till Down (1993), „New Moon Daughter” (1995), „Belly Of The Sun” (2002) „Glamoured” (2003) oraz „Thunderbird” (2006). W marcu tego roku wystąpiła po raz trzeci w Polsce z koncertem w warszawskiej Sali Kongresowej. Jej najnowszy album nosi tytuł „Loverly” (2008). Po raz drugi w karierze artystka nagrała całą płytę ze standardami jazzowymi, m.in. „St. James Infirmary”, „Dust My Broom”, „Caravan”, „Black Orpheus” czy „Till There Was You”. Jak zawsze, nadała im niepowtarzalny, własny kształt, nawiązując do tradycji rytmicznych muzyki Afryki Zachodniej i wzbogacając jazz akcentami muzyki świata.

 

wilson

Foto: EMI

Popkulturystyka - Wywiady z artystami

Naszą witrynę przegląda teraz 93 gości