cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

Tom_Jones_twarz_small
TOM JONES – SEKS, GŁOS I TYTUŁ SZLACHECKI

Doktor Faust mógłby się uczyć od Toma Jonesa. Brytyjski piosenkarz posiadł życiową mądrość godną Walijczyka i lekceważy upływający czas. Nagrywa wyłącznie z młodymi – w styczniu wydal album „24 Hours”.

Co dziś znaczy „być Walijczykiem”? Sean Connery podkreśla, że jest Szkotem.

To ważne i w moim przypadku jest podobnie. Tym bardziej, że pochodzę z regionu górniczego, z robotniczej rodziny. Mój ojciec i jego bracia, a także bracia mojej matki, wszyscy byli górnikami. Wychowałem się więc w środowisku ludzi ciężko pracujących, co niewątpliwie miało dobry wpływ na moje dorastanie. U takich ludzi obowiązywały pewne zasady, przestrzegało się pewnych wartości. Nasiąkałem więc nimi. I przez całe dorosłe życie myślę o młodych latach bardzo ciepło. Walia nadal kojarzy mi się z kolebką, choć miałem 24 lata, kiedy z niej wyjechałem. Mam niewielką posiadłość w rodzinnych stronach, ale bywam tam rzadko. Kiedy koncertuję i jestem w okolicy Cardiff zatrzymuję się tam i spotykam z rodziną, piję piwo z przyjaciółmi.

A jak w takim razie czuje się uszlachcony „chłopak z Walii” – Sir Tom Jones?

Bardzo się wystraszyłem, kiedy mi powiedziano, że zostanę uszlachcony. Naprawdę. Na szczęście nie byłem pierwszy w mojej branży – pierwszy był Sir Cliff Richard, ale teraz jest także Sir Elton John i Sir Paul McCartney. Znalazłem się więc w doborowym towarzystwie. Ale gdybym to ja był pierwszy, trząsłbym się jak listek – daję słowo! Oczywiście jestem z tego bardzo dumny, a Walia jest dumna ze swojego syna.

Zaczynasz płytę mocną deklaracją „I’m Alive”. Na długo ci wystarczy tej żywotności?

Oby jak najdłużej. Należę do szczęśliwców, którzy żyją z tego, co lubią najbardziej. Trudno więc sobie wyobrazić, żebym czekał na rychły koniec. Kocham śpiewać, to chyba widać, co? A najbardziej przed publicznością – płyta i koncert to dwie różne rzeczy. Entuzjazm publiczności dodaje mi skrzydeł. Tyle się mówi o mojej energii, tymczasem ja sam też ją chłonę. Niektórzy śmieją się, że na scenę fruwają staniki, ale to tylko dowód na to, że mamy dobry kontakt. I że nadal jest dobra energia.

Młodzi producenci twoich ostatnich płyt dali ci też kopa muzycznego. To słychać.

Kiedy spotykam młodych ludzi z głowami pełnymi pomysłów, motywuje mnie to. Zabawne, ale na najnowszej płycie mieliśmy gotowe niektóre podkłady, jeszcze nim powstały piosenki. Teraz pracuje się inaczej, ale odpowiada mi to. Tym bardziej, że oni podchodzą z szacunkiem do przeszłości, nawet do mojej – nowa piosenka „If He Should Ever Leave You” ma sample z mojego nagrania z lat 60. To był numer „I’ll Never Let You Go”. Mam więc pełne poczucie kontynuacji pracując z młodymi.

Jest obecnie wielu młodych, zdolnych producentów, natomiast gorzej z głosami...

I Bogu dzięki! Przynajmniej zostało trochę miejsca dla mnie! A mówiąc całkiem serio – potrafimy obecnie imitować brzmienie każdego niemal instrumentu. Są klawisze, z których można wydobyć całą orkiestrę. Ale nadal nie mamy sposobu, by wykreować ludzki głos. Imitować – tak. Chóry, chórki. Pieśni bez słów. Ale cały przekaz słowny, całe emocje – emocje przede wszystkim – pozostają domeną człowieka. Wokalisty, artysty, jest mi obojętne, jak go nazwiemy. Zawszę będzie to Pan Niepowtarzalny.

Co cię skłoniło do nagrania piosenki „The Hitter”? Mówi o człowieku przegranym.

Urzekła mnie właśnie historia, która opowiada. Wiemy, że Bruce Springsteen to mistrz w opowiadaniu historii. A ta opowieść jest tak sugestywna, że – dosłownie – rozwija się przed nami, jak sceny z filmu. Facet puka do drzwi swojej matki i prosi, żeby go wpuściła. A potem opowiada o ty, kim był, co robił. W tej piosence czuje się błaganie, prośbą o wybaczenie – życia źle przeżytego, porażek i błędów. A jaki jest mój punkt odniesienia? Po prostu mogłem się znaleźć w podobnej sytuacji. Tutaj jest to bokser, a nie piosenkarz, ale to nie ma znaczenia. Ja też opuściłem dom wiele lat temu. Gdyby wszystko potoczyło się inaczej, mogłem kajać się w ten sposób przed swoją matką. Gdyby mi się nie powiodło wiele lat temu, gdyby później podwinęła mi się noga. Nagrałem tę piosenkę, żeby sobie uzmysłowić, jakim jestem szczęściarzem. Jak bliski byłem zguby. Takie terapeutyczne doświadczenie czasami przydaje się każdemu. Warto pamiętać, skąd pochodzimy. I wiedzieć, że mogło być inaczej.

Miałeś szczęście, że masz głos. Ale czy sam głos wystarczy, żeby zrobić karierę?

Głos to dopiero początek. Głos to warunek, kiedy ktoś chce być piosenkarzem. Trzeba mieć głos na tyle – nazwijmy to – przyjemny, żeby ludzie chcieli go słuchać. Może niekoniecznie przyjemny – charakterystyczny, wyrazisty, przemawiający do ludzi. Ja miałem to szczęście, że ludziom podoba się moje brzmienie. To jednak nie wszystko. Na samym głosie daleko się nie zajedzie, przynajmniej w mojej branży. Tu trzeba być showmanem. Trzeba mieć osobowość. Trzeba mieć charyzmę. Chyba nie wyobrażasz sobie, żeby ktoś mnie słuchał, gdybym stał przy mikrofonie jak pomnik. Kiedy się nad tym zastanowić, to osobowość może być nawet ważniejsza niż głos.

A słynna męska seksualność, której pionierem byłeś już w epoce rock’n’rolla?

A, te sprawy... Wiesz, Elvis zaczął to robić już w latach 50. Byłem więc w pewnym sensie kontynuatorem tradycji, nawet jeżeli w Wielkiej Brytanii nadal stanowiła coś nowego. Uważam, że moje płyty były zupełnie inne, moje brzmienie było inne, ale w pewnych sprawach podjąłem wyzwanie, które rzucił właśnie Elvis Presley. Bardzo się z nim zaprzyjaźniłem podczas naszych lat w Las Vegas i często o tym rozmawialiśmy. On nie przepadał za zespołami „Brytyjskiej Inwazji”, mówił, że nie są seksy. To jego słowa: Jak chcesz sprzedawać płyty, kiedy nie jesteś seksy? Zabawne, ale dotyczyło to Beatlesów i Rolling Stonesów! Elvis uważał, że ich muzyka i wizerunek nie są dość seksy. Oczywiście był tam jeszcze kontekst muzyczny – Beatlesi wykonywali wtedy piosenki Chucka Berry’ego, wszyscy Anglicy grali amerykańską muzykę. Ale też sam B.B. King powiedział, że gdyby nie brytyjskie grupy, R&B mogło po prostu zginąć. Oczywiście nie zginęło. I oczywiście nawet Anglicy w końcu okazali się seksy.

Ale to ciebie nazywano „Dynamitem”. Czy szał ciał nadal cieszy, po tylu latach?

Jasne. To nie może przestać cieszyć. Publiczność dodaje skrzydeł. A piski kobiet to najlepszy dopalacz. To nie tylko się nie nudzi. Mam nadzieję, że się nie skończy!

Wszystko wskazuje na to, że staniki nadal będą fruwać...

I niech nie przestają. Niech nigdy nie przestają!

[ZWIERCIADŁO, 2009]


Tom Jones (wł. Thomas John Woodward) , ur. 1940 – piosenkarz brytyjski. Pochodzi z robotniczej rodziny walijskich górników, więc artystyczny przydomek Tom Jones doskonale pasuje do jego drogi życiowej (literacki bohater powieści Henry’ego Fieldinga „Historia życia Toma Jonesa” zatacza w życiu pełny krąg – od podrzutka do dziedzica). Uszlachcony w 2006 roku, był już od kilku dekad ikoną sceny popularnej. Potężny głos zapewnił powodzenie jego wczesnym singlom (m.in. „It’s Not Unusual”, „Delilah”, „She’s A Lady”). Pozycję piosenkarza umocniły przeboje filmowe: tytułowe utwory z takich kinowych hitów jak „Thunderball” (z serii James Bond 007) i „What’s New, Pussycat?” (popularna komedia). Tom Jones nie ukończył żadnej szkoły, ożenił się i został ojcem w wieku 16 lat. Jego syn – Mark – okazał się po latach najlepszym menażerem ojca i to on namówił wokalistę do współpracy z młodymi producentami. Małżeństwo gwiazdora przetrwało już ponad 50 lat, pomimo jego nadzwyczajnego powodzenia u kobiet i licznych romansów, nieustannie nagłaśnianych przez prasę. Od 1965 roku sprzedał w sumie ponad 100 milionów płyt, ale największym hitem w długiej karierze piosenkarza okazał się album „Reload”, nagrany w 1999 z udziałem producentów młodej sceny brytyjskiej (pochodzi z niego wielki przebój „Sex Bomb”). Jego najnowszy album – „24 Hours” (2009) – to kontynuacja udanej formuły: młodzi producenci i niepowtarzalny głos. Obok ciekawego materiału premierowego na płycie znalazła się wersja utworu Bruce’a Sprinsteena „The Hitter” („Devils & Dust”, 2005). Płytę zwiastuje pierwszy singiel – soulowa ballada, „If He Should Ever Leave You”.

TomJones500w

Foto: EMI

Popkulturystyka - Wywiady z artystami

Naszą witrynę przegląda teraz 39 gości