cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

MUSICAL ROZWIJA SKRZYDŁA

Nowoczesny teatr muzyczny sięga po nowe źródła inspiracji – pierwowzory literackie musicali zaczynają ustępować dziełom filmowym. Ciągle świeżym trendem są „jukebox musicals”, czyli rewie znanych przebojów. Sensacją z ostatnich miesięcy jest nagły kompromis pomiędzy musicalem a telewizją. Tematem otwartym pozostaje istota musicalu, bo ewolucja gatunku trwa.

1. Broadway-Hollywood, Hollywood-Broadway

Filmowe tempo akcji sprawia, że fabuła musicalu ma precyzyjną, czytelną konstrukcję. Twórcy teatralni poruszają się więc na skróty i omijają liczne pułapki adaptacji literackiej. Spektakl „dzieje się”, a nie jest opowiadany. Najważniejsze jednak, że widz wie na co idzie. Bo to zmniejsza ryzyko. 

Odwrócenie wektora Broadway-Hollywood następowało stopniowo. Początkowo to scena teatralna zasilała produkcje filmowe. Złote lata Hollywoodu obfitowały w setki realizacji musicalowych, a opozycja Los Angeles-Nowy Jork oznaczała „film contra teatr”. Wyjątki pojawiły się wcześnie, jednym z głośniejszych była musicalowa wersja „Zorby” (1968) – książka Kazantakisa została najpierw sfilmowana z muzyką Theodorakisa, wersja teatralna zawdzięczała więc sukces głównie światowemu powodzeniu filmu.

Oczywiście nie byłoby musicalu bez wielkiej literatury. Czasami sam tytuł jest w stanie sprzedać dzieło teatralne – tak było z musicalem wszech czasów, „Upiorem w operze”. Podobnie z „Nędznikami” (oczywiście w obu przypadkach muzyka jest fenomenalna). Zastanawiające, że książki te były wcześniej wielokrotnie ekranizowane. Doskonale też sprzedają się unowocześnione wątki operowe, jak „Miss Saigon” (czyli „Madame Butterfly” w Wietnamie) oraz „Rent” (ponownie Puccini, tym razem „La Boheme” na Manhattanie). „Aida” – musical Eltona Johna – to dobry przykład kooperacji sceny teatralnej z filmową machiną Disneya. Według filmów powstały musicale „Piękna i bestia” czy „Król lew”.

Nieoczekiwane powodzenie musicalu „Producenci”, opartego na filmie Mela Brooksa pod tym samym tytułem, dowodzi, że nawet film o robieniu musicalu (do tego niedobrego), może stać się kanwą udanej produkcji teatralnej. Kolejna musicalowa sensacja z kina rodem to „Taniec wampirów” według filmu Romana Polańskiego (wystawiany także w Polsce). Charakterystyczne, że – sięgając do Hollywood – Broadway i West End nie obawia się tematów kontrowersyjnych, wręcz groteskowych. Musical „Spamelot” zaskoczył publiczność odważnym humorem trupy komediowej Monty Python (i absurdalnym scenariuszem według popularnego filmu o „Świętym Graalu”).

Nawet Andrew Lloyd Webber sięgnął do klasyki kina, o czym nie zawsze się pamięta – jego musical „Sunset Boulevard” (1993) jest bezpośrednią adaptacją legendarnego filmu „Bulwar zachodzącego słońca” (1950) w reż. Billa Wildera. Planowana jest od kilku lat ekranizacja tego musicalu. Film – za pośrednictwem teatru – powróci więc do kina. 

Niestety, przegląd tzw. kultowych polskich filmów uzmysławia, jak niewielki jest w nich potencjał musicalowy. Powód jest prosty – słabość wątków romantycznych, niezbędnych w prawdziwie porywającym musicalu. Co nie znaczy, że w naszej kinematografii zupełnie brakuje inspiracji. Podobnie jak z literaturą polską, jest w czym szukać. A sukcesy na drodze książka-film-musical, odniesione przez adaptacje „Akademii Pana Kleksa”, napawają optymizmem. Czas jednak na wielki polski musical dla dorosłych. 

2. Szafa gra: wiązanki złotych przebojów

Zasada, że najbardziej lubimy to, co już lubimy, znalazła zastosowanie w teatrze muzycznym. Powstaje coraz więcej widowisk nie będących niczym więcej, niż wiązanką znanych hitów połączonych wątłym spoiwem fikcji. Oczywiście nie mają one zbyt wiele wspólnego z musicalową... muzyką. 

Drugą wyraźną tendencją w światowym teatrze muzycznym stały się – w latach 90. – spektakle wykorzystujące znane hity popularnych artystów. Nazwano je adekwatnie jukebox musical, czyli „musicalami z szafy grającej”. Największy sukces na tym polu odniosło widowisko „Mamma Mia!” oparte na przebojach grupy ABBA. W 2001 roku spektakl debiutował w Winter Garden Theater na Brodwayu, gdzie przez blisko 20 lat królowały „Koty”. Grany jest tam do dzisiaj, zaś jego światową widownię ocenia się obecnie na ponad 30 milionów. Z innymi „jukebox musicals” nie było tak dobrze.

Kluczem do wiązanek tego typu – a zarazem ich piętą achillesową – jest spajająca je fabuła. W przypadku „Mamma Mia!” był to strzał w dziesiątkę: córka dawnej hippiski zaprasza na swój ślub trzech byłych kochanków mamy, żeby zidentyfikować ojca (fabułę charakteryzuje jedność czasu i miejsca akcji, rzecz rozgrywa się na greckiej wyspie). Oczekiwana w 2008 troku ekranizacja musicalu „Mamma Mia!” ma szansę podbić światową publiczność na nowo (grają m.in. Meryl Streep i Pierce Brosman).

Niestety, zabrakło równie chwytliwych (i prostych) pomysłów przy realizacji spektakli opartych na utworach artystów tak wybitnych jak Billie Joel („Movin’ Out”), John Lennon („Lennon”) czy Bob Dylan („The Times They Are A-Changin”). Przy wiązance przebojów Elvisa Presleya („All Shook Up”), sięgnięto po Szekspira – nota bene niezawodny skarbiec musicalowych librecistów. Brytyjski zespół Queen doczekał się musicalu science fiction w produkcji „We Will Rock You”. Nie bacząc na porażki rewii z przebojami tak znanych wykonawców, jak Rod Stewart czy The Beach Boys, realizowano ostatnio „musicale” oparte na hitach – między innymi – Boney M, Earth, Wind & Fire oraz Blondie. 

Próbą przeniesienia tego pomysłu na polski grunt było widowisko „Kwiaty we włosach”, oparte na przebojach Czerwonych Gitar (reż. Andrzej Strzelecki). Realizacja podobnego projektu z piosenkami Marka Grechuty nie doszła do skutku – „Szalona lokomotywa” z muzyką Grechuty i Pawluśkiewicza pozostaje przykładem polskiego „antymusicalu” (a tymczasem idealny potencjał widowiskowy wydają się zawierać piosenki Skaldów).

3. Jurorzy i telefony od telewidzów – casting przed kamerami

Castingi – fundament teatru muzycznego – odbywały się do niedawna jedynie za zamkniętymi drzwiami. Co za marnotrawstwo! „Real TV” karmi się ludzkimi emocjami i zachowaniami, z których najlepiej sprzedają się strach i odwaga, nieśmiałość i tupet. Castingi do musicalu to Big Brother pod mikroskopem. 

Dyrektor TM ROMA, Wojciech Kępczyński, powiedział niedawno w wywiadzie: „Musical to najpopularniejszy gatunek dramatyczny XXI wieku. Obecnie szacuje się, że aż 80 procent widowni teatralnej na świecie to widownia musicali. Jest to wyjątkowy fenomen, bo rzuca wyzwanie mediom i odciąga tysiące ludzi od telewizorów.” To prawda. Jednakże konflikt musicalowej sceny i ekranu telewizyjnego wcale nie musi być stały. W brawurowym stylu dowiodły tego programy brytyjskiej telewizji BBC 1 z udziałem Andrew Lloyda Webbera. Znakomitym widowiskiem telewizyjnym okazały się same castingi do znanych musicali.

Formuła jest prosta, oparta na podstawowym schemacie „Idola” (albo „Jak oni śpiewają tańcząc na lodzie”). Jest prowadzący (Graham Norton), jest też autorytet (Lloyd Webber) i grono ekspertów (fachowcy z West Endu). Są tysiące kandydatów i miliony telewidzów. Jedynie wygrana jest inna – zamiast nagrania płyty, główna rola w klasycznym musicalu. Zaczęło się od programu „Any Dream Will Do”. Lloyd Webber szukał odtwórcy tytułowej roli do nowej inscenizacji swojego wczesnego musicalu „Józef i niezwykły płaszcz snów w Technikolorze”. Nadzwyczajne powodzenie programu doprowadziło do kontynuacji – w „How Do You Solve A Problem Like Maria” wyłoniono artystkę do roli guwernantki w „Dźwiękach muzyki”. Rok 2008 przyniósł eliminacje do ról w musicalu „Oliver!”.

Nagła symbioza teatru z musicalem wywołała zrozumiałą falę krytyki, a to dlatego, że doszło do niej na antenie telewizji publicznej. Jak się okazuje w Wielkiej Brytanii także trwa dyskusja na temat jej roli i kształtu. Burzę wywołał popularny aktor Kevin Spacey, dyrektor artystyczny teatru Old Vic, jednej z najstarszych scen w Londynie. W wywiadzie dla Radio 4 mówił: „W mojej opinii nie było niczym innym, jak 13-tygodniową promocją musicalu na koszt abonentów BBC”. Laureat dwóch Oscarów dodał, że ma prawo oczekiwać podobnego programu promującego jego realizacje dramatyczne. Nieuchronnie pojawiło się pytanie: czy ktoś chciałby to oglądać?

Dziwi brak zainteresowania polskiej telewizji – zwłaszcza komercyjnej – castingami do takiego musicalowego przeboju jak np. „Upiór w operze”. Przesłuchania około tysiąca (!) kandydatów w TM ROMA przebiegały w kilku etapach i zajęły wiele miesięcy. Napięcia sięgały zenitu, dramaturgia widowiska pisała się sama. Może więc kolejna produkcja musicalowa, powstająca specjalnie dla tego teatru, przyciągnie wreszcie telewizję i przykuje do ekranów miliony widzów, podobnie jak castingi Lloyda Webbera? 

Warunków wystarczających do powodzenia musicalu nie zna nikt. Lista warunków koniecznych wydaje się nie mieć końca. Wspólnym mianownikiem wszystkich trzech tendencji zasygnalizowanych powyżej jest – jak się wydaje – promocja. Znany film, znane przeboje, znany program telewizyjny, to wszystko może pomóc w przyciągnięciu widzów do teatru. Pomóc zminimalizować ogromne ryzyko finansowe, bezprecedensowe w całej branży. Pozostaje pytanie: gdzie tu miejsce na sztukę? Pocieszające, że dopóki ludzie przychodzą do teatru, teatr żyje. Dopóki żyje – rozwija się. A dopóki się rozwija, nie przestanie zaskakiwać. I niech czerpie z czego chce, byle nie przestawał. A sztuka współczesnego musicalu to złożony konglomerat godny wyzwań XXI wieku.

wTheLionKing1

[TEATR, 2008]

Musicale I - Upiór w operze

Naszą witrynę przegląda teraz 82 gości