cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

LCLW-100-lead
ARTYSTA I PREZYDENT

Chyba moje najlepsze wspomnienie. A przy okazji niespodziewany udział w spotkaniu barda z Lechem Wałęsą na Torwarze. Moje unikatowe fotografie do nabycia w EAST NEWS

LCDW-01Foto: Dominique Issermann


Na koncertach Leonarda Cohena – mojego ulubionego artysty – bywam od 25 lat i wielokrotnie o nich pisałem. Każdy z nich jest wyjątkowy, magia tego człowieka to powoduje, każdy jest inny. Lecz warszawski koncert na Torwarze 10 października tego roku zapisuje się w pamięci w sposób wyjątkowy. Byłem świadkiem historii.

Zanim jednak dzień nabrał charakteru historycznego, byłem świadkiem czegoś więcej niż historia – magicznej chwili. Godzina 15:00, na scenę pustego Torwaru wchodzi z gitarą Leonard Cohen. Rozpoczyna się próba dźwięku (soundcheck). On jest sam na scenie, ja zasiadam sam na widowni, przygotowanej do przyjęcia za kilka godzin pięciu tysięcy widzów. Leonard palcuje na gitarze kilka hiszpańskich akordów – gitarzyści wiedzą, o czym mówię. E-dur, F-dur, G-dur. Niespodziewany a-moll i charakterystyczna palcówka na złamanie karku. Co to będzie, „Avalanche”?

Nie. Cohen zaczyna śpiewać i ku mojemu zdumieniu jest to jego mało popularna i nieczęsto wykonywana piosenka „The Night Comes On”. A co więcej, wykonanie nie ma konca. Akustyk już dawno ustawił „wokal”, przestały brzęczeć struny basowe w gitarze, a Cohen śpiewa – w kółko to samo, nota bene kilkakrotnie gubiąc słowa. Tymczasem zaczynaj się schodzić muzycy. I dołączają do niego po kolei. A gdy przy mikrofonie stają dwie niebiańskie Siostry Webb, piosenka nabiera pełnego rozmachu. Nie tylko jestem jedynym widzem „prywatnego” koncertu Cohena, ale ta wersja trwa ponad 50 minut! Rozegrali się i brzmią fantastycznie,. Ale to bynajmniej nie koniec rozgrzewki. Za chwilę słucham mojego ulubionego utworu „The Future”, potem – pierwszy raz w życiu – premierowej piosenki „Feels So Good”. Wykonują nawet „Dance Me To The End Of Love”, od której zawsze rozpoczynają koncerty.

Półtorej godziny nieoficjalnego występu artysty w pustej sali. Bosko. Ale po pewnym czasie nie jestem sam. Pojawił się sam profesor Robert Faggen, literaturoznawca, popularyzator twórczości Czesława Miłosza w USA. Poznałem go na koncercie Cohena w 2008 roku – w życiu codziennym profesor jest sąsiadem poety.

A ta imponująca kaskada jasnych włosów? Czy mnie wzrok nie myli? Przecież minęło tyle lat… A jednak. Oto Dominique Issermann, francuska fotografik, legendarna muza Cohena w latach 70. Co robi w Warszawie? Nieważne. Za chwilę top właśnie ona fotografuje mnie z Leonardem w jego garderobie. Wydaje mi się, że to jest chwila historyczna – artystka zrobiła miedzy innymi zdjęcie na okładkę najnowszej płyty pieśniarza, „Songs From The Road” (2010). Lecz to dopiero początek sensacji – dowiadujemy się, że na rozmowę a artystą zapowiedział się sam Lech Wałęsa.

Leonard-CohenLech-Walesa-05-printFoto: Daniel Wyszogrodzki

Tymczasem pijemy czerwone wino w „Zielonym pokoju” (Green Room), który w Warszawie, na zapleczu trybuny Torwaru, nie jest zielony ani trochę. Jest Leonard, jest Dominique, kręcą się muzycy z zespołu. Pogrążony w rozmowie z poetą cały czas rozglądam się za boskimi siostrami Webb. Czy też pamiętają nasze spotkanie sprzed dwóch lat? Hattie i Charley. A zwłaszcza Charley. Mam nadzieję. Tymczasem staram się uzyskać od Leonarda Cohena kilka istotnych odpowiedzi na kilka istotnych pytań:

- To kiedy nowa płyta? Słyszałem, że na wiosnę?
- Jak Bóg da. Jak Bóg da…
- Bóg czeka!

- A co z przyszłością? Odnalazłeś światełko w tunelu?
- Niestety. Obawiam się, że światełka w tunelu nie widać.
- Czyli co? Przyszłość to zbrodnia? Jak w twojej piosence?
- Obawiam się, że tak. Ludzie schodzą do podziemia.

Rozmawiamy o relacjach rodzice-dzieci. To dla Leonarda ważny temat. Mówi mi, ile czasu potrzebował, żeby nauczyć się akceptować ich życie. Córka towarzyszy mu w trasie i robi zdjęcia, syn Adam nagrał kilka płyt, ale jabłko padło daleko od jabłoni. Opowiada, jak trudno jest się pogodzić z faktem, że dzieci żyją własnym życiem. Wiem coś o tym...

- Mój ojciec zaakceptował mnie dopiero niedawno. Ma Alzheimera.
- To mogło mu pomóc. Pozdrów go ode mnie.

Leonard Cohen interesuje się tym, co robię. Kontaktowaliśmy się regularnie, kiedy tłumaczyłem jego najnowszy tom poetycki „Księga tęsknoty” (The Book Of Longing). Pamięta, że tłumaczę musicale, największe wrażenie zrobiło na nim to, że przełożyłem „Koty” według wierszy T.S. Eliota. Pyta, co wystawiamy ostatnio. Opowiadam o premierze „Les Misérables”, która odbyła się dwa tygodnie wcześniej. Inscenizacja musicalu według powieści Wiktora Hugo w Teatrze Muzycznym ROMA stała się w Warszawie sensacją.

- Teraz najchętniej powróciłbym do tłumaczenia piosenek.
- Wiktor Hugo musi być trudniejszy, niż moje piosenki.
- Przeciwnie. Proza mówi zwykle o tym, o czym mówi.
- Dziękuję. To ciekawe spojrzenie na moją poezję.

The-Webb-SistersDW-01-printFoto: Dominique Issermann

I tak sobie żartowaliśmy, aż boskie siostry Webb weszły do „Zielonego pokoju” i… rozpoznały mnie natychmiast. Hattie i Charley. Zwłaszcza Charley. Urocze powitanie. Leonard dawał ostatnie wskazówki muzykom. Zamienił kolejność dwóch piosenek: „Ain’t No Cure For Love” stało się ostatnim bisem zamiast „Hey, That’s No Way To Say Goodbye”, która to piosenka pojawiła się już w pierwszej części koncertu. Leonard tłumaczył: „Oni tu lubią stare rzeczy i dobrze je pamiętają. Prawda?”

Prawda, prawda. Ale też Polska – kraj poetów – traktuje Leonarda Cohena jako kogoś więcej, niż „wykonawcę starych hitów”. Dla nas jest i będzie przede wszystkim poetą. Przekonuję się o tym ponownie, gdy na kilka dni przed koncertem kontaktuje się ze mną pan Jerzy Illg, redaktor naczelny wydawnictwa ZNAK. Organizatorzy Festiwalu Miłosza (Kraków, maj 2011) chcieliby zaprosić Cohena jako poetę i tylko jako poetę – bez zespołu, nawet bez gitary. Mam więc misję przekonania artysty, chociaż rokowania nie są dobre. Cohen jest w trasie i dostaje wiele zaproszeń.

Oczywiście wie, kim jest Miłosz. Podczas pobytu z Anjani w Warszawie w 2007 roku, na koncercie w Trójce odczytał wiersz Miłosza po angielsku. Może to Robert Faggen powinien go przekonać? Leonard jest uprzejmy jak zawsze i mówi, żeby skierować zaproszenie do jego menażera. Ale zaznacza, że w przyszłym roku nadal będzie w trasie. Menażer Cohena, Robert Kory, postać jakby wyjęta z filmu „Rodzina Soprano” – mafijny garnitur, kapelusz, ciemne okulary – to nawet zabawny facet. Odpowiada równie zdawkowo, co jego klient, ale idzie w dobrą stronę: „W całej naszej pracy” – powiada – „staram się podążać za intuicją Leonarda. Daję mu swobodę wyboru, a ponieważ Leonard ma doskonałą intuicję doskonale na tym wychodzimy”. A co z Krakowem? Jak powiedział mi Jerzy Illg – cytując „Lot nad kukułczym gniazdem” – przynajmniej nikt nam nie powie, że nie próbowaliśmy”. Wariacki pomysł?...

Aktywność towarzyska w „Zielonym pokoju” nasila się z każdą chwilą. Obserwuję jednak, że większość muzyków pije zwykłą wodę, większość zajada wegetariańskie przekąski. Trzeci rok w trasie, to nie są naturalne warunki. Inne miasta i państwa i tylko entuzjazm publiczności taki sam, gdziekolwiek się nie pojawią. „Podobno w Moskwie było ciężko?” – pytam Cohena. Tak słyszałem w kuluarach. „Nieprawda, było dobrze, tylko przy koncertach na Kremlu mają bardzo szczelną ochronę. Wpuszczanie publiczności zajęło im więc półtorej godziny, ale poza tym było dobrze. Mówili mi, że na widowni siedzieli głównie bardzo bogaci ludzie. Tak słyszałem”. Odpowiadam: „Jestem pewien, że bogaci Rosjanie kochają twoje piosenki tam samo jak biedni”. Czasami myślę, że powinienem pracować w dyplomacji. Albo przynajmniej w PR.

Leonard-CohenLech-Walesa-02-printFoto: Daniel Wyszogrodzki

Ekipa Cohena to zapaleni kapelusznicy. On sam nosi kapelusz, który uchodzi za „Fedorę”, ale jest to w gruncie rzeczy zwykły trilby (po litewsku trilbis), najbardziej popularne nakrycie głowy wśród północnoamerykańskich Żydów. Wałęsając się – nomen omen – po zakamarkach dla muzyków, odkrywam cały pokój ze stołami zastawionymi kapeluszami. Modystka przychodzi do „Zielonego pokoju” i bierze rozmiar z głowy Javiera Masa, wirtuoza z Barcelony. „Ona mierzy inteligencję” – mówię. „Oj, to moja jest bardzo malutka” – odpowiada z uśmiechem. Nadal z silnym hiszpańskim akcentem. Ale nie jest tak źle – ma 56 cm obwodu głowy. Rozmawiam tez z Dino Soldo, sensacyjnym multiinstrumentalistą i ulubieńcem publiczności. To, że gra na harmonijkach, saksofonach, klarnecie elektrycznym, fagocie (!), na gitarach i na klawiszach, to widzę. Ale czym jest to dmuchane monstrum ze światełkami i gryfem przypominającym gitarowy? „To jest harfa eolska” – tłumaczy Dino. „Bardzo stary instrument” – zauważam. „Ma ponad dwa tysiące lat”. Śmiejemy się, że to „harfa eolska XXI wieku”. Lecz najprzyjemniej rozmawia się z boskimi siostrami Webb, Hattie i Charley. A zwłaszcza z Charley. Boże, jak one chcą się wyrwać – przebywanie z tymi samymi facetami co dzień od ponad dwóch lat, to całkiem poważna próba kobiecej cierpliwości. Kiedy wracam do „Zielonego pokoju” na przerwę, kokietka Charley Webb wali prosto z mostu: „Doskonałe miejsca. No i piękna kobieta, gratuluję.” Mówię, że to moja żona i że miała wczoraj urodziny. Charley na to: „Ja też! Ja tez miałam wczoraj urodziny!”. Składam jej życzenia. „Wyjątkowy dzień był wczoraj” – mówię. „Urodziny Johna Lennona, i twoje”. Oczywiście natychmiast odpowiada: „I twojej żony”. Kokietka Charley…

Wizyta prezydenta wisi w powietrzu przez całe to urocze popołudnie, ale kiedy Wałęsa w końcu się pojawia, Cohena nie ma jak raz w „Zielonym pokoju”. Poszedł się zrelaksować do garderoby i teraz prezydent czeka, aż artysta założy buty. Ja w tym czasie biorę na siebie obowiązki gospodarza i rozlewam czerwone wino. Kiedy obaj słynni ludzie zostają sobie wreszcie przedstawieni, Lecz Wałęsa od razu przejmuje inicjatywę. Cohen jest bardzo stonowanym rozmówcą, wypowiada się pięknie, ale zawsze w wielkim skupieniu. Tymczasem Wałęsa nawija jak nakręcony…

„Proszę pana, artyści mają lepiej, niż politycy. Weźmy pan i ja. Ja już byłem na szczycie i spadałem na dół i dźwigałem się do góry. Teraz znów jestem na dole, a pan zawsze na szczycie. Artyści mają lepiej, chyba sam pan widzi. Albo weźmy taką Unię Europejską. Co to właściwie jest? Wiele państw, które stają się jednym organizmem, jednym państwem. Bardzo proszę, to jest właściwa droga. Ale na jakim fundamencie ma się opierać to jedno wielkie państwo? Tylko na wolności i na wolnym rynku? Na wartościach musi się opierać, proszę pana. Tylko na jakich? To są różne kraje i mają różne wartości. Normalna sprawa, tylko które z nich wybrać? Które są wspólne, co? My tu mamy takie kraje, proszę pana, że samolot nie mógłby wystartować, bo już by wylądował za granicą. Ale każdy kraj ma swoje wartości. Globalizacja, mówią. Jestem za globalizacją, bardzo proszę. Ale co takiego mamy globalizować? Wszystko? Sam pan widzi, to są takie dylematy, które człowiek stara się rozwiązać. Trudna rzecz.”

Ale był jeden moment wyjątkowo wesoły, rzekłbym że wart całego spotkania. Lech Wałęsa zaczął się w pewnym momencie dopytywać, jak długo będzie trwał koncert. Bo musi być rano w Opolu, gdzie odbiera tytuł honorowego obywatela miasta. Cohen z typową dla siebie uprzejmością odpowiedział, że nie poczuje się urażony, jeżeli pan prezydent opuści występ w trakcie. „Ale ile pan będzie grał?” – dopytywał się Wałęsa. „Kilka godzin” – odparł Cohen. „Trzy, może nawet cztery”. Na te słowa prezydentowi opadła szczęka i nagle wskazał Cohena palcem i zawołał: „Fidel Castro!”. Oczywiście porównanie wywołało u artysty wybuch śmiechu. A rozśmieszyć Cohena do rozpuku, to nie byle jaki wyczyn. Polski noblista stanął na wysokości zadania. Byłem dumny.

Lech-WalesaThe-Webb-Sisters-printFoto: Daniel Wyszogrodzki

A sam koncert był po prostu świetny. Trwał niemal cztery godziny! Zespół Cohena to dziewięciu wirtuozów, a ponad dwa lata w trasie sprawiły, że zgrali się fenomenalnie. Brakowało tylko Sharon Robinson, która ma kłopoty zdrowotne (ale wkrótce wraca na scenę). Nieobecność świetnej wokalistki kompensowały ciekawostki repertuarowe: Cohen zaprezentował aż trzy premierowe utwory z przygotowywanej na wiosnę płyty: „Darkness”, „Born In Chains” i „Feels So Good”. W tym ostatnim śpiewa:

Cudowne uczucie
Nie kochać cię już, tak jak cię kochałem
Tak jakby zdarto mi opaskę z oczu i powiedziano:
Ten więzień będzie żyć

Na koniec rozmawiam z panią Agnieszką Klorygą, szefową impresariatu Jazzrazporaz, organizatorką tegorocznych koncertów Cohena. Specjalnością jej firmy były koncerty jazzowe, zwłaszcza muzyków skandynawskich. Bywam na nich od lat i cenię sobie wyszukaną propozycję repertuarową tej agencji. Niedawno wysłuchałem koncertu Jana Garbarka i The Hilliard Ensemble w bazylice na warszawskiej Pradze.

„Było mi bardzo miło, kiedy Leonard Cohen i jego ludzi pogratulowali organizacji polskich koncertów i chwalili nasz profesjonalizm. Mam bardzo osobisty stosunek do sprowadzanych artystów, więc taka ocena jest dla mnie bardzo ważna. Ale najlepsze jest to, że rozmawiamy już o koncertach w przyszłym roku. Tym razem chciałabym, żeby to były inne miasta Polski, jak Poznań, Szczecin, Gdańsk. Wszystkim nam się marzy koncert w Krakowie i połączenie pobytu artysty z Festiwalem Miłosza, lecz tam po prostu nie ma go gdzie zorganizować. Nawet opera ma zaledwie tysiąc miejsc”.

Czy koncerty Cohena w przyszłym roku przyciągną podobne tłumy, jak teraz? Nie mam wątpliwości, że tak będzie. A czy wybiorę się do dalekiego Szczecina, dokąd jedzie się dłużej, niż leci do USA? Myślę, że tak. Lampka wina z poetą Leonardem Cohenem to jedna z najrzadszych życiowych przyjemności. I najcenniejszych. A to, czy wpadnie przypadkiem jakiś prezydent, to już doprawdy rzecz prozaiczna.

LC-Torwar-2010-printFoto: Daniel Wyszogrodzki



LEONARD COHEN LIVE
10 października 2010 – Warszawa, Torwar 


Dance Me To The End Of Love
The Future
Bird On The Wire
Everybody Knows
Who By Fire
Hey, That’s No Way To Say Goodbye
Darkness *
Born In Chains *
Chelsea Hotel
Waiting For The Miracle
Anthem

Tower Of Song
Suzanne
Avalanche
Sisters Of Mercy
The Gypsy’s Wife
Feels So Good *
The Partisan
Hallelujah
I’m Your Man
Take This Waltz

So Long, Marianne
First We Take Manhattan
Famous Blue Raincoat
If It Be Your Will
Closing Time
I Tried To Leave You
Ain’t No Cure For Love

* utwory premierowe

Leonard Cohen – śpiew, gitara, instrumenty klawiszowe

Roscoe Beck – kierownik muzyczny, gitara basowa, kontrabas, śpiew
Rafael Bernardo Gayol – perkusja, instrumenty perkusyjne
Neil Larsen – Hammond B3, instrumenty klawiszowe
Javier Mas –banduria, lutnia, gitara 12-strunowa
Bob Metzger – gitara solowa, steel gitar, śpiew
Dino Soldo – multiinstrumentalista, śpiew
Charley Webb – śpiew, gitara
Hattie Webb – śpiew, harfa

[Nowy Dziennik, 2010]

Leonard Cohen - Moje wywiady

Naszą witrynę przegląda teraz 43 gości