cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

ZACHARY RICHARD Lumière dans le noir 
I’M NOT THERE – Original Soundtrack 
E.S.T. Live In Hamburg
CECILIA BARTOLI Maria

ZACHARY RICHARD Lumière dans le noir Musicor

Czasami chce się posłuchać czegoś naprawdę innego, tylko coraz trudniej to znaleźć. Zachary Richard to artysta uznany w dwóch miejscach – Nowym Orleanie i Quebeku. Wyjaśnia to jego etniczne korzenie, wokalista, gitarzysta i autor jest Akadyjczykiem i gra muzykę akadyjską. Czyli jaką? Zawieszoną pomiędzy dwoma światami, jak sami Akadyjczycy – francuscy koloniści, deportowanie przez Anglików w połowie XVIII w. Jest to muzyka o rytmice rodem z Nowego Orleanu (bo tam, według potwierdzonej legendy, osiedlili się uciekinierzy), ale – poza bogactwem wpływów lokalnych (blues, cajun, zydeco), zakorzeniona jednak w tradycji ballady francuskiej. Zachary śpiewa chropawym, męskim głosem, towarzyszą mu instrumenty akustyczne, partie solowe często wykonują skrzypce. Richard jest ciekawym, zaangażowanym autorem. Jego „La Ballade de DL-8-153”, to ostry komentarz ekologiczny na temat wielorybów w Zatoce Św. Wawrzyńca, ale swinguje w niej jak Georges Brassens. Śpiewa w kilku językach – ten zupełnie niezrozumiały to akadyjski, o którego ocalenie zabiega od lat.

I’M NOT THERE – Original Soundtrack Columbia

Powstał właśnie kolejny film o Wielkim Artyście i ta płyta zawiera jego piosenki w wykonaniu oddających hołd artystów mniejszych. Co nie znaczy nie interesujących, przeciwnie. Wielki Artysta jest postacią tak złożoną, że w nowym filmie wciela się w niego aż sześć osób, w tym jedna kobieta i jeden Murzyn (Wielki Artysta jest białym mężczyzną). Zróżnicowanie interpretacji jest imponujące, choć solistom akompaniuje ten sam zespół – Million Dollar Bashers, złożony po części z Sonic Youth, po części z Wilco i zasilony dodatkowo przez takie gwiazdy, jak John Medeski na klawiszach oraz Tony Garnier, basista samego Dylana. Słuchamy przeróżnych gatunków. Jest tu rock – Eddie Vedder („All Along The Watchtower”); folk – Ramblin’ Jack Elliott („Just Like Tom Thumb’s Blues”); alternatywa – Anthony („Knockin’ On Heaven’s Door”). Jest nawet Francuzka, Charlotte Gainsbourg („Just Like A Woman”). Osobne zjawisko to Sufjan Stevens („Ring Them Bells”), ale tacy mistrzowie jak Los Lobos czy Calexico to też osobne zjawiska. Jest i sam Wielki Artysta – w jednej, białej i męskiej postaci.

E.S.T. Live In Hamburg ACT Music

Coraz trudniej jest zagrać coś nowego w ramach nawet szeroko pojmowanego jazzu. Na przykład w dziedzinie tria fortepianowego, którego formułę ustanowił – jak mogło się wydawać raz na zawsze – wielki Bill Evans. Tymczasem co jakiś czas zdarzają się niespodzianki i Esbjörn Svensson Trio (bo tak wygląda rozszyfrowanie nazwy grupy) jest jedną z nich. Bo mamy tu jednocześnie do czynienia z pełną integracją – każdy z muzyków rozszerza granice instrumentu i każdy jest jedynie częścią potrójnej całości – i zupełnie otwartymi formami. Muzycy wykonują interesujące kompozycje własne w sposób pozornie nieskrępowany, ale wiele części zostało precyzyjnie zaaranżowanych na całe trio. Perkusista pracuje niemal mechanicznie, ale to tylko pozory. Basista gra klasycznie, także smykiem. Obaj chętnie sięgają po efekty elektroniczne wytwarzając nieziemskie brzmienia. Pianista często zapuszcza się w głąb instrumentu, preparując fortepian na różne sposoby. Ale najważniejsza jest ich wyobraźnia melodyczna – to już nie zawsze jazz, ale odnosi się wrażenie, że muzyka e.s.t. to jazz i... coś więcej.

CECILIA BARTOLI Maria Decca

Choć to nieelegancko sięgać po język wyścigów konnych pisząc o muzyce (zwłaszcza w kobiecym wydaniu), nie zmienia to faktu, że trwa światowy „wyścig diw”, gonitwy sopranów. Magdalena Kozena nagrała Haendla. Anna Netrebko – Mozarta. A że obie zrobiły to znakomicie, Cecylia Bartoli pokusiła się o nie lada sensację. Nagrała płytę z repertuarem Marii Malibran, legendarnej śpiewaczki z początku XIX w., której bujne życie trwało zaledwie 28 lat (piękna gwiazda została ciężko ranna spadając z konia w Londynie). Zdumiewa skala Bartoli – jej rozwój wokalny to cud współczesnej sceny operowej (Malibran była teoretyczne mezzo, lecz sama słynęła z imponującej skali). Repertuar jest przedziwny, bo – właśnie – XIX wieczny. Mamy tutaj popisowe arie bel canto, często zupełnie już zapomniane, jak zabawna (ale obłędnie trudna), „Aria w stylu tyrolskim” Hummela. Są także fragmenty oper ojca śpiewaczki, Manuela Garcii. Pięknie wydany album wieńczy „Casta diva”, nieśmiertelna aria z „Normy” Belliniego, przed laty wizytówka Marii Callas. Ale Cecilia Bartoli dojrzała już do takich porównań.

[ZWIERCIADŁO, 2008]

Muzyka łagodzi - Słuchając

Naszą witrynę przegląda teraz 66 gości