cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

agazaryan100
AGA ZARYAN – ROZSYPUJĘ SIĘ I ZBIERAM

Jej pseudonim to pamiątka po egzotycznej miłości. Jej płyta, „Picking Up The Pieces”, to nieoczekiwany sukces artystyczny i komercyjny. Czy Agnieszka Skrzypek to pierwsza prawdziwa wokalistka jazzowa z Polski?

Nagrałaś bodaj najpopularniejszą płytę wokalną w polskiej fonografii jazzowej, a teraz co?

Nowy projekt nie jest stricte jazzowy, chociaż muzykę skomponował Michał Tokaj [pianista na stałe współpracujący z Agą Zaryan – DW]. Płyta ukazuje się w kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego. Wybrałam poezję z okresu II wojny światowej i późniejszą, pisaną głównie przez kobiety, ale nie tylko – znalazł się wśród wybranych utworów wiersz Jana Twardowskiego, napisany zanim jeszcze został księdzem. Gra trio Michała Tokaja, ale jest też 13 instrumentów smyczkowych, pojawia się harfa i obój. Słychać tu więc słowiańską, romantyczną i klasyczną nutę. Nie jest to jednak „poezja śpiewana”, bo nie interpretuję tekstów w sposób teatralny. Największym przełomem było dla mnie samo śpiewanie po polsku. Do tej pory nagrywałam tylko po angielsku, czyli w języku bardzo „muzycznym”. Polski wydaje mi się trudniejszy, ale przełamałam się i bardzo się z tego cieszę. Okazało się, że zupełnie inaczej śpiewam po polsku, co otwiera przede mną nowe możliwości, rozszerza horyzonty.

Jaka jest twoja osobista perspektywa tamtych tragicznych wydarzeń?

Skupiliśmy się na człowieku. Na życiu normalnego człowieka w ekstremalnych warunkach. Chcieliśmy pokazać, że wtedy też było życie – ludzie brali śluby, zdawali matury, rodziły się dzieci, kobiety czekały na ukochanych wracających z wojny. Ludzie walczyli o przetrwanie z dnia na dzień i niektórym się udało. Chcieliśmy zdjąć z tego tematu cały patos i nie mówić jedynie o walce. Przekopałam się przez setki wierszy, wybór nie był łatwy, bo w większości z nich strumieniami leje się krew i bieleje czaszka. Ta podróż w czasie wyzwoliła we mnie mnóstwo emocji. Okazało się, że jestem bardzo związana z Polską, moi dziadkowie walczyli w AK w powstaniu, czuję się patriotką, ale taką otwartą na świat, bo słowo patriotyzm różnie się ostatnio kojarzy… Mimo tego, że zajmuję się muzyką amerykańską, jestem związana z naszym miejscem na ziemi. Kiedy śpiewam utwór „Żoliborz”, gdzie zresztą mieszkam, wyobrażam sobie życie ludzi w czasie powstania z sąsiednich, tak dobrze znanych mi ulic. Tych ludzi już nie ma, ale są ulice, zaułki, po których chodzili. To wzrusza.

Zdradź przy okazji, skąd się wziął twój znakomity angielski.

Mój ojciec jest klasycznym pianistą i dostał pod koniec lat 70. stypendium na wyjazd na studia do Anglii, gdzie wychowywałam się jako mała dziewczynka przez kilka lat. To dlatego nasiąkłam tym językiem tak wcześnie. Potem, kiedy zakochałam się w jazzie, zaczęłam jeździć do Stanów. Nigdy jednak nie przebywałam tam szczególnie długo, ostatnio przez pół roku, ale zwykle krócej. Angielski to język jazzu, a ja mam to szczęście, że go znam.

A jak i kiedy odkryłaś jazz?

Właściwie dopiero w szkole muzycznej. Borykałam się, szukając własnej drogi muzycznej, myślałam o zdawaniu do szkoły teatralnej, aż dostałam od kolegi płytę Elli Fitzgerald. Twierdził, że pasuję do tej muzyki, że mam w sobie swing. Moja miłość do jazzu zaczęła się od pierwszych zaśpiewanych przez Ellę nut, od pierwszych akordów zagranych przez jej trio. Słuchałam wielu wokalistek i wokalistów, potem zanurzyłam się w jazzie instrumentalnym – dęciaki, tria fortepianowe – Monk, Evans. Obecnie uważam, że największy wpływ wywarły na mnie moja ukochana Carmen McRae, Shirley Horn, późne płyty Joni Mitchell. A więc niekoniecznie „wygibasy” wokalne. Prócz tego saksofoniści: Webster, Rollins, Shorter.

Jak wyobrażasz sobie w jazzie własną drogę? Po spłaceniu długów klasyce.

Otwiera się przede mną nowy etap. Pierwszą płytę wydałam kilka lat temu w małej wytwórni i, choć zdobyła nominację do Fryderyka, moje życie nie zmieniło się wtedy diametralnie [chodzi o album „My Lullaby”, wznowiony teraz jako remaster przez Cosmopolis – DW]. Miała nawet dystrybucję i dobre recenzje w Japonii, lecz przebić się szerzej na nasz rynek nie udało mi się. Cały czas występowałam, głównie jednak uczyłam dzieci angielskiego w filii szkoły językowej mojej mamy. A w wakacje uciekałam do Nowego Jorku i chodziłam na jamy, poznawałam tamtejszych muzyków i śpiewałam z nimi, wtapiałam się w ten niesamowity tygiel i czerpałam z niego. Mam tam obecnie świetne trio, występujemy razem w klubach, ostatnio m.in. w Nowym Jorku w Joe’s Pub, a to genialne miejsce ze znakomitą publicznością. Latałam tam ładować baterie, ale musiałam mieć drugą pracę. Teraz jednak, po albumie „Picking Up The Pieces” [polecaliśmy tę płytę w styczniowym Zwierciadle – DW] wszystko się zmieniło. Platyna dla jazzowej płyty w Polsce to, jak wiemy, naprawdę ewenement. Mój debiut, „My Lullaby”, po wznowieniu uzyskał już niemal status złotej płyty. Mogę więc, po latach, poświęcić się wyłącznie muzyce. A to bardzo dodaje mi skrzydeł.

Faktem jest, że wypełniłaś wielką lukę na naszej muzycznej scenie.

Nie lubię tego określenia, ale coś w nim jest – ewidentnie jest zapotrzebowanie na taką twórczość. Nasze muzyczne podwórko jest bardzo małe i szybko robi się na nim ciasno i duszno. Teraz jest wspaniale, nie muszę już mieć drugiej pracy, mogę skupić energię na muzyce. Jestem jednak Koziorożcem i już planuję następne projekty. Zamiast cieszyć się dniem dzisiejszym, myślę często o przyszłości. Publiczność w Polsce jest wspaniała, bardzo ciepło odbiera naszą muzykę, brakuje natomiast klubów jazzowych. Dlatego uwielbiam Nowy Jork, bo jest tam masa małych miejsc, gdzie można zajrzeć w środku nocy i gdzie zawsze grają świetną muzykę. A zarazem bardzo trudno jest z tego żyć i pod tym względem Nowy Jork nauczył mnie pokory. Wybitni muzycy mają często tzw. dzienną pracę. Ja gram obecnie kilka koncertów w miesiącu i utrzymanie się przestało być problemem. Nosi mnie po świecie, żeby poznać coś nowego, uczyć się. Niedawno grałam w St. Petersburgu, gdzie jest... Filharmonia Jazzowa. Prowadziłam koncert po angielsku, a poproszono mnie – z widowni – żebym zapowiadała po polsku. I poczuliśmy się bliżej. Jazz nie zna granic.

Wracając zaś do twojej dalszej drogi – w aspekcie artystycznym...

Piszę własne teksty. Po angielsku. Muzyka do nich powstaje na moją specjalną prośbę. Mam to szczęście, że tworzą ją moi przyjaciele, którzy są wybitnymi światowymi muzykami. U mnie wszystko idzie powolutku. Teraz jestem na etapie pisania tekstów na następną płytę. Dojrzewam do tego, żeby pisać własną muzykę, ale się z tym nie spieszę. Mam wielki dystans do tego, co sama robię i wolę śpiewać czyjeś świetne piosenki, niż własne przeciętne. Zmierzam małymi krokami w stronę repertuaru autorskiego. Chcę wyjść poza standardy, ale nie dlatego, że to neguję – uważam, że można to robić całe życie i być spełnionym. Będę się nadal uczyć nowych tematów, to niesłychanie rozwija, ale chcę też tworzyć coś bardziej osobistego.

Rysuje się w twoim repertuarze wyraźna „kobieca perspektywa”.

Nie jestem zdeklarowaną feministką, choć zgadzam się z nimi w wielu kwestiach. Wiersz „Woman’s Work” znalazłam najpierw w antologii „101 wierszy, które mogą uratować twoje życie” – dostałam ją od mamy, gdy miałam ciężki czas. Darek Oleszkiewicz napisał do słów muzykę. Potem trafiłam na ten wiersz jeszcze raz w antologii poezji feministycznej. Uważam, że kobiety powinny być silniejsze. A często nie są... Nie umieją dbać o swoje interesy, poddają się presji społecznej, czasami są niedoceniane i jest im trudniej. Czyli jest u mnie wątek Girl Power. Świetne są kobiety z wizją, pomysłem na siebie, poszukujące. Uwielbiam mężczyzn, którzy takie kobiety wspierają w ich drodze. To podejście nie wyklucza kobiecości. A świata bez mężczyzn sobie nie wyobrażam. Flirt jest cudowną częścią naszej ludzkiej natury.

Twoje „Picking Up The Pieces” to tekst o „zbieraniu się”. Czyli musiałaś się rozsypać.

Ja nawet nie wiem, czy się pozbierałam. Cały czas zbieram się i rozsypuję i tak w koło Macieju. Moja droga życia osobistego jest raczej wyboista. Czy może być za słodko, kiedy się śpiewa jazz?... Wierzę jednak, że muzyka ma moc terapeutyczną i nie ma to nic wspólnego z tym, że studiowałam muzykoterapię. Czułam to od dziecka. Wiemy, że muzyka potrafi człowiekowi zmienić nastrój i że wyzwala w ludziach emocje. Ale jest coś więcej. Jest cudowna wymiana energii pomiędzy ludźmi, którzy muzykę tworzą, a tymi, którzy jej słuchają. Tworzy się pewna aura, pewnego rodzaju oczyszczenie, doświadczenie katharsis, kiedy robi się lżej na sercu. To nie są momenty częste, ale właśnie dla nich warto to wszystko robić i pokonywać chwile zwątpienia. Rozsypywać się i zbierać.

Aga Zaryan (wł. Agnieszka Skrzypek) – wokalistka jazzowa i autorka tekstów

Ukończyła z wyróżnieniem Państwową Szkołę Muzyczną II st. im. Fryderyka Chopina oraz Policealne Studium Jazzu przy ul. Bednarskiej w Warszawie (w klasie Ewy Bem). W 1998 została laureatką Międzynarodowego Konkursu Wokalistów Jazzowych w Zamościu. Dwukrotnie była stypendystką międzynarodowych warsztatów jazzowych: Stanford Jazz Workshop i Jazz Camp West w USA, gdzie kształciła się pod kierunkiem cenionych wokalistek, m.in. Rebeki Parris i Madeline Eastman. W 2000 występowała z Michałem Tokajem w USA. W 2002 ukazała się jej debiutancka płyta „My Lullaby” i została nominowana do Fryderyka w kategorii Jazzowy Album Roku. Od tego czasu Aga występowała w klubach i na festiwalach w Polsce, USA, Izraelu, Czechach i Rosji. Czytelnicy magazynu Jazz Forum, uznali ją za jedną z najlepszych polskich wokalistek jazzowych. Jej drugi album, nagrany w Los Angeles „Picking Up The Pieces” w ciągu dwóch miesięcy od premiery stał się Platynową Płytą. Najnowsza płyta Agi Zaryan powstała z okazji rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego i jest niespodzianką.

[ZWIERCIADŁO, 2007]

ZARYAN

Popkulturystyka - Wywiady z artystami

Naszą witrynę przegląda teraz 47 gości