cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

LND-1-100h
The Really Useful Group 
presents:
Andrew Lloyd Webber's LOVE NEVER DIES

Libretto: Andrew Lloyd Webber i Ben Elton
oraz Glenn Slater i Frederick Forsyth
Słowa piosenek: Glenn Slater
 

Muzyka: Andrew Lloyd Webber
Słowa piosenek: Glenn Slater
Libretto: Andrew Lloyd Webber i Ben Elton
oraz Glenn Slater i Frederick Forsyth
Aranżacje: David Cullen i Andrew Lloyd Webber
Scenografia i kostiumy: Bob Crowley
Choreografia: Jerry Mithcell
Reżyseria: Jack O’Brien

Produkcja: André Ptaszynski

Prapremiera:
ADELPHI THEATRE
Strand, London WC2
9 marca 2010


LOVE NEVER DIES –

UPIÓR KONTRATAKUJE!

Świat musicalu wstrzymał oddech: 9 marca 2010 Andrew Lloyd Webber prezentuje w Londynie kontynuację „Upiora w operze”. Miałem szczęście obejrzeć ten niezwykły spektakl na pokazie przedpremierowym.

W całej historii musicalu nie było do tej pory projektu, który wzbudzał podobne kontrowersje. I to na całe lata przed powstaniem! Lord Lloyd Webber postanowił uszczęśliwić swoich fanów, ale takie próby mają często nieprzewidywalny skutek. Na początek nieco statystyki. Oryginalny musical „Upiór w operze” odniósł spektakularny sukces. Blisko ćwierć wieku po londyńskiej premierze spektakl nadal wystawiany jest codziennie w Londynie i w Nowym Jorku. Po obu stronach Atlantyku przekroczył już liczbę 9000 przedstawień. Na Broadwayu nadal jest hitem numer jeden w historii, w Londynie ustąpił jedynie „Les Misérables” – musical według powieści „Nędznicy” Hugo w styczniu 2010 przekroczył magiczną liczbę 10 000 spektakli. Oryginalny „Upiór” zapisał się w historii nawet w Polsce – warszawski Teatr Muzyczny ROMA wystawił w lutym 500. przedstawienie, a spektakl obejrzało rekordowe pół miliona widzów!

Fantastycznie. Ale to właśnie tutaj leży problem. Czy można porywać się na klasykę, zajmująca tak utrwaloną pozycję w światowej kulturze popularnej? I czy publiczność naprawdę chce obejrzeć „dalsze losy” Upiora? Sequel do książki sprzed niemal wieku? Zbiorowa świadomość może się okazać materiałem wybuchowym, kiedy potrząsa się nią zbyt silnie. A z drugiej strony: przecież miliony ludzi od lat pytają od sequel…

Odpowiedź na te pytania przyniosą najbliższe miesiące i lata. Mówi się w Londynie, że krytycy „ostrzą ołówki”. Część fanów bez ogródek oprotestowała inicjatywę Lloyda Webbera – zaroiło się w sieci od wezwań do porzucenia tego „chorego pomysłu”. To zrozumiałe, że część wielbicieli oryginalnego musicalu chce, żeby wszystko zostało tak jak jest. A zarazem ciekawość publiczności jest olbrzymia. Bo co właściwie mogło się stać z Upiorem po finale, w którym podążał jego tropem mściwy tłum? Jak przeżył? Jakim cudem trafił do Ameryki? I co się stało z miłością, która „nigdy nie umiera”?

Uwaga. W tych dwóch akapitach zdradzam fabułę drugiej części. Tak, Upiór przeżył. Madame Giry i jej córka Meg pomogły mu w przedostaniu się do Anglii i dalej. Nowy Świat nie okazał się bardziej przyjazny dla przerażającego odmieńca, który w końcu znalazł swoje miejsce w wesołym miasteczku w Coney Island. Pośród dziwolągów i szarlatanów prowadzi tam wielki show. Jego gwiazdą jest tancerka, Meg Giry, która porzuciła balet, bo kocha się w tajemniczym szefie. Rzecz jasna bez wzajemności – Upiór nadal ma w swoich komnatach manekina o rysach i o figurze Christine. Nie mogąc znieść odrzucenia – chociaż minęło dziesięć lat – Upiór zastawia pułapkę na ukochaną śpiewaczkę, której głos „ożywiał jego muzykę”. Zwabiona horrendalną sumą honorarium gwiazda światowej opery przyjmuje zaproszenie nieznanego impresaria i przybywa do Nowego Jorku z mężem Raoulem i synem Gustavem.

Od początku widać, że w tej rodzinie nie dzieje się dobrze. Wicehrabia Raoul nie ma serca dla syna i topi w alkoholu swoje życiowe porażki, nałogowo trwoni bowiem w kasynach fortunę żony, słynnej primadonny. Kiedy zaś syn Christine objawia przed gospodarzem wyjątkowe zdolności muzyczne nie mamy wątpliwości: Gustav jest… dzieckiem Upiora. Raoul staje przed trudnym ultimatum i gra z Upiorem o rodzinę, co ostatecznie pogrąża go we własnych (i w naszych) oczach. Jednak największy cios uderza w wierną Madame Giry i jej córkę. Matka liczyła na fortunę po Upiorze, córka – na jego miłość. Kiedy pomiędzy Christine i Upiorem rozpala się dawna namiętność, Meg Giry porywa chłopca i zamierza go zabić. W finale ginie jednak ktoś inny…

Wystarczy. Andrew Lloyd Webber dokładnie opisał swoje zmagania z fabułą tego dzieła – zajęło mu ono ponad 20 lat (w tym czasie stworzył oczywiście wiele innych przedstawień). Teraz najważniejsza jest muzyka, ta zaś nie zawodzi. Eklektyczna i czasami zupełnie „od czapy” (od wodewilu po rock), nie tyle towarzyszy opowieści, co jest jej motorem napędowym. Są w niej miejsca przepiękne, takie jak aria tytułowa, czy solowy popis Upiora „Til I Hear You Sing”. Są zabawne – kapitalny kwartet „Dear Old Friend” (kiedy bohaterowie oryginalnej opowieści spotykają się po latach). Na mnie największe wrażenie wywarł porywający „pojedynek” słowny Upiora i Raoula z początku drugiego aktu, „Devil Take The Hindmost”. Lecz fantastyczne wrażenie wywołują także sekwencje „jarmarczne” z Coney Island („Heaven By The Sea”).

Tematem „tajemniczym”, niejako przypisanym do opowieści o Upiorze, jest tym razem „Beautiful” – piosenka małego Gustava. Warto podkreślić, że poza jednym, nieznacznym wyjątkiem, kompozytor zdecydował się nie ulegać pokusie cytowania tematów z UPIORA W OPERZE. Jest to więc wyłącznie muzyka premierowa. Lloyd Webber twierdzi, że pisał ją przez ostatnie 18 miesięcy [z dwoma wyjątkami, ale kompozytor sam tłumaczy to dokładnie w tekście do programu]. Oczywiście jego wielbiciele nie zapomnieli, że przymierzał się kilkakrotnie do napisania musicalu według „Mistrza i Małgorzaty”, a część muzyki z LOVE NEVER DIES ma wyraźnie słowiański charakter (via Rachmaninow przede wszystkim, ale i Szostakowicz z pewnością nie jest Lloydowi Webberowi obcy). Grunt, że jest to muzyka nowa.

Bo muzyka ze spektaklu robi tak powalające wrażenie, że dosłownie nie mogę się doczekać edycji płytowej. A ta jest już gotowa i czeka jedynie na premierę musicalu. LOVE NEVER DIES to w specjalnym wydaniu 2CD i DVD z materiałami dodatkowymi. Album ukazuje się w tym tygodniu w Wielkiej Brytanii, w przyszłym zaś – za granicą. Atrakcje przedstawienia LOVE NEVER DIES zaczynają się od muzyki, ale bynajmniej się na niej nie kończą. Inscenizacja to autonomiczny walor tego przedstawienia.

Reżyserował je Jack O’Brien, amerykański mistrz, którego bogaty dorobek obejmuje przedstawienia tak różne, jak dramaty Szekspira, „Porgy And Bess” czy… „Hairspray”. Ostatnio zdobył kilka prestiżowych nagród za „Wybrzeże Utopii” Toma Stopparda, jest także doświadczonym reżyserem operowym związanym z Metropolitan Opera.

Scenografia, dzieło Boba Crowleya, zapiera dech w piersiach. Teatr muzyczny zrobił wielki krok naprzód od czasu premiery „Upiora w operze” w 1986 roku. A są w LOVE NEVER DIES sceny, w których widać nie tylko teraźniejszość, ale przyszłość musicalu. Dyrektor warszawskiej ROMY, Wojciech Kępczyński, nawiązał w rozmowie z twórcami przedstawienia właśnie do jego walorów inscenizacyjnych, kiedy powiedział: Musical is born. LOVE NEVER DIES wyznacza standardy, o jakich się dotychczas nie śniło.

Pozostaje w pamięci kalejdoskop scen. Projekcje Coney Island z początków wieku. Wyjście pasażerów z transatlantyku i wjazd kryształowej karocy. Oczywiście komnata Upiora. Tym razem – zgodnie z intencjami twórców – żyje on ponad swoją domeną, a nie pod nią, jak miało to miejsce w Paryżu. Nadal jest to jednak istny gabinet osobliwości, a cyrkowe sztuczki potęgują atmosferę niesamowitości i tajemnicy.

W musicalu najważniejsze są jednak głosy i to aktorzy Andrew Lloyda Webbera zbierali owacje na stojąco – Ramin Karimloo (Upiór) i Sierra Boggess (Christine). Doskonali głosowo, doskonali aktorsko – po prostu: doskonali. A magnetyzm i zmysłowe wibracje, jakie we dwoje wyzwalali, udzielały się całej publiczności. Dodatkowym walorem obojga aktorów jest ich niezaprzeczalna atrakcyjność.

Byłem także pod wrażeniem wspaniałej Summer Strallen w roli Meg Giry. To ważna i trudna rola. Dziewczyna zaczyna od tego, że jest wielką gwiazdą wielkiej rewii (i tutaj faktycznie pokazuje cuda, śpiewając i tańcząc „Bathing Beauty”). W trakcie spektaklu jej rola nabiera dramatyzmu i wielowymiarowości. Aż po tragiczny finał. Ale Summer Strallen ma wszystko – talent, urodę, wdzięk. Oni tam wszyscy mają… wszystko.

A jakie są mankamenty tego projektu? Ja sam miałem z nim od początku problem natury podstawowej. Nie podobał mi się pomysł „kontynuowania historii Upiora”. Ale nie z przyczyn sentymentalnych, choć przywiązałem się niebywale do „warszawskich” realiów Opera Garnier w Paryżu, prezentowanych tak pięknie na scenie Teatru ROMA. Obawiałem się najbardziej „degradacji Upiora”. Bo jak to? Z Paryża do Coney Island? Doskonale znam Coney Island, jak każdy, kto mieszka na Brooklynie. Dzisiaj jest to miejsce upadłe, smutny relikt minionej epoki, której pamiętać nie mogę, ale której świetność wydaje się dziś niepojęta. Oczywiście świetność Coney Island to fakt, niestety faktem pozostaje także radykalność przemiany: z opery do lunaparku?...

Upiór w oryginalnym przedstawieniu – tak jak w powieści Gastona Leroux i w jej licznych ekranizacjach – jest Duchem Opery, księciem nocy, artystą-arystokratą. Tu, jako impresario wesołego miasteczka, traci wiele z aury tajemniczości. W jednej ze scen – uwaga, zdradzam zaskakujący moment – podszywa się pod… barmana w spelunce dla straceńców położonej pod Mostem Brooklyńskim.

LOVE NEVER DIES ma wszelkie walory wspaniałego dzieła teatru muzycznego i byłbym tym musicalem zachwycony bez zastrzeżeń, gdyby nie to, co z postacią Upiora zrobili twórcy sequelu. Spotkana po latach Christine jest żoną i matką, ale przede wszystkim primadonną światowej sławy. Takiego rozwoju wypadków można się było spodziewać po zakończeniu UPIORA W OPERZE. Jej mąż Raoul, romantyczny kochanek, stał się romantycznym nieudacznikiem, ale to postać z głębią, a ojcostwo Gustava tłumaczy – na poziomie podświadomości – rozgoryczenie wicehrabiego. Losy obu pań Giry, matki i córki, związane są z Upiorem na dobre, ale czy także na złe?...

Nowe wątki wszystkich tych postaci poprowadzone są w interesujący i wiarygodny sposób. Uważny widz na upartego doszuka się w akcji UPIORA W OPERZE momentu poczęcia Gustava – niech im będzie. Problematyczny pozostaje jedynie sam Upiór, bo tak mało w nim zostało… z Upiora. Czepiam się? Obawiam się, że nie jestem w tych zastrzeżeniach odosobniony. A reasumując: dla mnie nie musiał to być Upiór. Lecz najnowszy musical Lloyda Webbera zachwyca dzięki temu i pomimo tego. Musical LOVE NEVER DIES jest porywającym widowiskiem o imponującej inscenizacji.

Spodziewam się ocen skrajnych – potępienia i zachwytu. Krytycy ostrzą ołówki? Szykują się na bal, bo czekali na taką okazję od lat. Nowe dzieło Lloyda Webbera nietrudno będzie sprowadzić do absurdu i zganić. Oby znaleźli się wśród niech ludzie na tyle bezstronni, by nie przeoczyć licznych i niewątpliwych atutów tego musicalu. A publiczność? I tutaj można się spodziewać dość radykalnej polaryzacji ocen. Przyjdzie tłumnie wiedziona ciekawością. I albo tę nowa opowiastkę kupi, albo nie. Ale nie wyjdzie obojętna. Bo tylko miłość fanów do Lloyda Webbera nie umiera nigdy.

Czy narażę się nowojorskim Czytelnikom wypominając… zmierzch Broadwayu? Musical amerykański wyznaczał standardy przez niemal sto lat – od Gershwina po Bernsteina. Były to jednak często standardy czysto rozrywkowe. Z czasem przy całym profesjonalizmie śpiewu, tańca i aktorstwa – tych trzech komponentów, bez których nie ma musicalu – Broadway zaczął zjadać własny ogon. Oznaką końca amerykańskiej supremacji było bijące rekordy przedstawienie „A Chorus Line” – musicalu o robieniu musicalu, ostatniego wielkiego amerykańskiego sukcesu na Broadwayu. Potem zaś przyszli twórcy europejscy, Andrew Lloyd Webber i Claude-Michel Schönberg. Czyli „Jesus Christ Superstar” i „Koty”. Czyli „Miss Saigon” i „Les Misérables”. Czyli teatr muzyczny w odróżnieniu od „czystego” musicalu z Broadwayu. Literackie spektakle z muzyką. Przedstawienia teatralne, w których najważniejszy jest tekst, a wszystko inne – śpiew i taniec – musi być podporządkowane fabule dramatycznej. Albo – jak w przypadku „Kotów” – jej absolutnemu brakowi. Dzisiaj Broadway to drugie światowe centrum musicalu, gdzie największe sukcesy odnoszą repliki spektakli z londyńskiego West Endu. Trzy największe tytuły w całej historii (!) Broadwayu, to dzisiaj „Upiór w operze”, „Koty” i „Les Misérables”. Dzieła Anglika i Francuza. Największy zaś ostatnio sukces amerykańskiego twórcy, czyli „Producenci” Mela Brooksa, to musical będący pastiszem formy musicalu i całej tradycji Broadwayu. Kolejny przejaw schyłku.

A czemu służy ta dygresja? Nadziei. Nadziei, że najnowsze dzieło Lloyda Webbera odniesie w Nowym Jorku spektakularny sukces. Oryginalny „Upiór w oprze” jest nadal grany na Broadwayu. Akcja nowej części dzieje się w Coney Island i realia (umowne, ale jednak) można określić jako amerykańskie. Upiór przyjechał do Ameryki i tutaj znajdują rozwiązanie wszystkie wątki tej wielowarstwowej opowieści. Może więc amerykańska publiczność pokocha ten kontrowersyjny sequel, tak jak pokochała kontynuacje licznych filmowych hitów? Mam nadzieję, że tak się stanie.

Daniel Wyszogrodzki
NOWY DZIENNIK (Nowy Jork) – wydanie weekendowe, 6-7 marca 2010


LOVE NEVER DIES –
dyrektor Wojciech Kępczyński dzieli się wrażeniami po spektaklu

Jestem wielbicielem muzyki Andrew Lloyda Webbera i każde jego dzieło robi na mnie ogromne wrażenie. Temu musicalowi dodają smaku delikatne nawiązania do UPIORA W OPERZE. Muzyka była cudowna, a do tego zagrana przez świetną orkiestrę. Artyści prezentowali fantastyczny poziom. Oczywiście miałem pewne wątpliwości po lekturze książki Forsytha „Upiór Manhattanu”, która najlepsza nie jest. Na szczęście pracują nad takimi projektami specjaliści od librett musicalowych – w tym przypadku świetny Ben Elton – i dalszy ciąg UPIORA okazał się bardzo interesujący. Nie wiem, czy mogę zdradzać treść, bo zaskoczenie jest duże na samym końcu, ale wiadomo, że Christine z Raoulem i synem przybywają do Ameryki na zaproszenie tajemniczego impresaria…

Jest w tej inscenizacji kilka przepięknych plastycznie scen. Scenograf umieścił tego nowego UPIORA w secesji – doszukałem się elementów przypominających Mehoffera czy Wyspiańskiego. Przenosi to spektakl w inną epokę i bardzo dobrze wygląda na scenie. Jesteśmy w Nowym Jorku na początku XX wieku, co narzuca wyraźny styl. Osobny atut to piękne połączenie scenografii teatralnej i projekcji – animacji i filmu. Obecnie jest to dominujący trend, a w tym musicalu zrobione zostało perfekcyjnie.

Największe zastrzeżenia mam do finału spektaklu. Powiedziałem to zresztą po przedstawieniu producentom musicalu. Warto chyba pomyśleć nad nieco innym rozwiązaniem, bo finał jest zbyt długi, a zakończenie – nie do końca czytelne. Niewykluczone, że zostanie to jeszcze dopracowane – po to w końcu urządza się prezentacje przedpremierowe. Po kilku takich drobnych poprawkach, LOVE NEVER DIES może stać się kolejnym wielkim przebojem na West Endzie, na Broadwayu, a może także na ulicy Nowogrodzkiej. Jak zwykle przy naszych polskich produkcjach pewne rzeczy bym pozmieniał, być może przyspieszył nieco tempo. Tymczasem jednak wielkie chapeau bas dla twórców i wykonawców LOVE NEVER DIES.

Jest rzecz jasna teoria, że sequele się nie sprawdzają – kto na przykład pamięta drugą część DIRTY DANCING? Bardzo trudno jest mi dzisiaj przewidzieć, jakie będą losy tego musicalu. Ale w rozmowie po przedstawieniu powiedziałem producentom, że musical is born. Bo mówimy tyle o „kryzysie musicalu”, zwłaszcza na Broadwayu. O tym, że nie powstają ostatnio wielkie, nowe dzieła, na miarę UPIORA właśnie. Mam nadzieję, że LOVE NEVER DIES otworzy nową drogę dla gatunku i pokaże, że musical nie umarł, że ma się dobrze. I że – co najważniejsze – widzowie będą chodzić na ten i na inne musicale. Myślę, że ten spektakl ma szanse wskazać drogę, co trzeba zrobić, aby przywrócić musicalowi niezwykłą popularność, jaką cieszył się ten gatunek w latach 70. i 80. Chciałbym, aby cały światowy teatr muzyczny rozkwitał.

Jestem przekonany, że nasza rekordowa publiczność UPIORA W OPERZE – polską inscenizację obejrzało już ponad pół miliona widzów – przyszłaby chętnie na drugą część, jaką jest LOVE NEVER DIES. Choćby dla samego porównania obu części. Mogę się spodziewać, że porównania wypadałyby na korzyść części pierwszej, ale to nie znaczy, że druga część nie zasługuje na obejrzenie. Przeciwnie. I w moim odczuciu, tysiące widzów odwiedzających teatr przy Nowogrodzkiej, powróciłyby do nas zwabione aurą jednego i drugiego dzieła. Gorzej, że – wbrew tytułowi – w kontynuacji UPIORA W OPERZE, love niestety dies. Ale jest pięknie.

[teatrroma.pl]


LOVE NEVER DIES –
Andrew Lloyd Webber opowiada o powstaniu najnowszego musicalu

Musical LOVE NEVER DIES powstawał – z przerwami – przez 20 lat. Około 1990 roku wpadłem na pomysł, aby kontynuować opowieść o Upiorze i Christine i umiejscowić ją w Nowym Jorku na początku XX wieku. Pamiętam gorącą dyskusję z nieżyjącą już Marią Björnson, która stworzyła fantastyczną scenografię do oryginalnego UPIORA –  rozmawialiśmy w dziwnej restauracji na terenie klubu piłkarskiego Chelsea. Bardzo ją ekscytowało przeniesienie historii do Nowego Świata. Wydawało nam się, że kluczem do całej historii będzie umiejscowienie akcji w Nowym Jorku i że tym razem Upiór zamieszka ponad swoim królestwem, na przykład w luksusowym apartamencie na ostatnim piętrze wieżowca. Byłby to więc pierwszy penthouse na Manhattanie. Ale dokąd Upiór skierowałby pierwsze kroki w Ameryce? Gdzie mógłby pozostać nierozpoznany, stając się jednak częścią nowego otoczenia?

Obejrzałem film dokumentalny o Coney Island. Oto nowy dom dla Upiora – pomiędzy dziwolągami i tajemniczymi atrakcjami, które stały się częścią tej dzielnicy Brooklynu. Przyszło mi też na myśl, że Christine mogłaby przyjechać do Ameryki ze swoim synem. I wydawało mi się, że wiem, jak historia powinna się zakończyć.

Jeszcze przed przedwczesnym odejściem Marii rozmawiałem o moich pomysłach z powieściopisarzem, Frederickiem Forsythem, który rozwinął je i opublikował własną wersję tej historii w książce „Upiór Manhattanu” (The Phantom of Manhattan). Ja sam zająłem się wówczas innymi projektami. Czułem, że ziarna przyszłego musicalu zostały posiane, chociaż nie było to wystarczające tworzywo dla kompozytora. A jednak nie porzuciłem zupełnie planów związanych z nową opowieścią.

W roku 2006 postanowiłem wrócić do tematu i rozmawiałem z wieloma autorami i reżyserami. Lecz i tym razem nic z tego nie wynikło, dopóki nie przedstawiłem problemu mojemu staremu przyjacielowi i koledze, Benowi Eltonowi.

To on pomógł mi przełamać blokadę. Zwrócił uwagę, że niepotrzebnie wprowadziłem do historii nowych bohaterów. Ben nalegał, że kontynuacja powinna się opierać na protagonistach oryginalnego musicalu. A więc zrezygnowaliśmy z nowych bohaterów i poznajemy właściwie tylko Gustava, syna Christine, jedyną z głównych nowych postaci. Jesienią 2007 roku Ben miał historię, do której mogłem pisać muzykę.

Sam proces powstawania libretta musicalu, takiego jak ten, polega na współpracy. Dokąd sięga librecista, w którym miejscu wkracza autor piosenek? Na ile ja sam, jako kompozytor, nadaję kształt całemu musicalowi? Oczywiście nasze domeny pokrywają się, wspieramy się nawzajem. Libretto jest więc owocem współpracy Bena, mojej, autora tekstów Glenna Slatera i naszego reżysera, którym jest Jack O’Brien.

Kiedy miałem już wreszcie historię, podjąłem ważną decyzję. Byłoby nieuzasadnione nie nawiązać okazjonalnie do oryginalnego przedstawienia. Lecz tylko okazjonalnie. Postanowiłem, że żadna z głównych melodii UPIORA Z OPERZE nie pojawi się w LOVE NEVER DIES. Jakby nie było, przenosimy się w czasie o około dziesięć lat, więc – poza jednym krótkim wyjątkiem – wytrwałem w swoim postanowieniu.

Jest jednak nowa melodia, której historię powinienem wyjaśnić, zanim uczyni to ktoś inny – tytułowa „Love Never Dies”. Jest to bowiem jedyny utwór, jaki stworzyłem, gdy po raz pierwszy pomyślałem o kontynuowaniu opowieści o Upiorze i Christine.

Kiri Te Kanawa nagrała tę kompozycję pod tytułem „The Heart Is Slow To Learn”. A chociaż porzuciłem wtedy myśl o „nowym UPIORZE”, wewnętrzny głos podszepnął mi, aby nie wydawać tego nagrania. Ukazało się ono jedynie na limitowanej edycji antologii z różnymi utworami z repertuaru Kiri Te Kanawy.

A jednak – całkowicie porzuciwszy (w swoim przekonaniu) projekt „dalszego ciągu UPIORA” – zastosowałem refren tej melodii w musicalu THE BEAUTIFUL GAME, napisanym wspólnie z Benem Eltonem. Niestety, czułem, że zupełnie nie pasuje do całej partytury i został wyjęty i zastąpiony utworem „The Boys In The Photograph”, który dał zresztą nowy tytuł całemu musicalowi w postaci, w jakiej jest wznawiany. Dramatyczny kontekst sytuacji w LOVE NEVER DIES jest dokładnie taki sam, jak ten, do jakiego powstała melodia, z której zawsze byłem dumny. Kiedy narodziła się więc nowa opowieść przywróciłem ją na właściwie – mam nadzieję – miejsce.

Wszystkie pozostałe melodie skomponowałem w ciągu ostatnich dwóch lat do opowieści, którą Ben tak skutecznie odblokował.

Andrew Lloyd Webber, 2010
[Adelphi Theatre – premierowy program teatralny]


LOVE NEVER DIES –
Andrew Lloyd Webber odpowiada na pytania na temat nowego musicalu

Jak rozwija się historia bohaterów UPIORA W OPERZE?

Muszę być bardzo uważny odpowiadając na to pytanie. Sporo się dzieje, a nie chcę zdradzać całej fabuły. Mogę powiedzieć, że akcja dzieje się po około dziesięciu latach od czasu oryginalnego UPIORA i że rozgrywa się w Coney Island. A to fantastyczne miejsce – Zygmunt Freud powiedział nawet, że to „jedyny powód, dla którego warto odwiedzić Stany Zjednoczone”. W owym czasie przekraczało wyobrażenia zwykłych ludzi, było ósmym cudem świata. Stało się skupiskiem wszelkich dziwolągów i bez wątpienia Upiór znalazłby tam swoje miejsce i mógłby się stopić z otoczeniem. W naszej nowej opowieści znajdujemy go właśnie w Coney Island po 10 latach. Jest z nim Madame Giry i jej córka Meg, a on sam stał się wielkim impresariem i włada całym Coney Island. To właśnie w tym momencie rozpoczyna się nasza historia.

Dlaczego postanowił pan kontynuować UPIORA W OPERZE i dlaczego teraz?

Zawsze uważałem, że oryginalny UPIÓR kończy się ekscytującym niedopowiedzeniem i dosłownie prosi się o kontynuację. Zastanawiałem się więc już dawno nad sequelem, ale pomysł rodził się bardzo długo. Dosłownie. Myślałem o tym już 15 lat temu, może nawet wcześniej. Przyszło mi do głowy, że Upiór powinien wyjechać do Ameryki i rozmawiałem na ten temat z Freddym Forsythem, pisarzem, który miał w dorobku tak udane książki, jak choćby „Dzień Szakala”. Był bardzo dobrym i uznanym pisarzem. Na kanwie naszych rozmów napisał i opublikował książkę „Upiór Manhattanu” (The Phantom of Manhattan). Ale jej fabuła nie przemówiła do mnie, nie przekonywała mnie dostatecznie jako kanwa musicalu. I na tym się skończyło. Jedyne, co warte było dla mnie ocalenia z tej książki, to pomysł, żeby Upiór żył teraz ponad swym królestwem, a nie pod nim – jak było to w przypadku opery. Zarzuciłem jednak pomysł kontynuacji UPIORA i na jakiś czas zupełnie o nim zapomniałem.

Mniej więcej trzy lata temu pomysł powrócił do mnie i zdałem sobie sprawę, że jest w nim jednak zalążek czegoś dobrego. Pochyliłem się nad nim z kilkoma autorami, ale ponownie nic z tego nie wyszło. Lecz później pracowałem z Benem (Eltonem) nad innym projektem, a Ben to znakomity opowiadacz. I powiedział mi tak: „To wszystko jest do niczego. Masz kapitalną bazę do historii, w której Upiór jedzie do Ameryki, załóżmy, że ląduje w Coney Island. Wszystko bardzo ładnie, ale brakuje bohaterów z oryginalnej opowieści, dlaczego ich też nie zabrałeś? Powymyślałeś nowe postacie, ja natomiast zaproponowałbym historię, w której oni wszyscy by się tam znaleźli.

I tak mamy tu całą piątkę: Christine i Raoula, Madame Giry i Meg oraz Upiora. Jest tylko jeden nowy bohater, dziesięcioletni syn Christine i Raoula o imieniu Gustave. Nie będę zdradzać całej fabuły, ale to Ben odblokował ten projekt. Opowieść jest dla mnie najważniejsza, piszę muzykę do opowieści i uważam, że tak właśnie powinno się tworzyć dla teatru muzycznego. Nie mogłem więc komponować, dopóki historia nie nabrała odpowiedniego kształtu. Stało się to nieco więcej niż osiemnaście miesięcy temu i od razu zacząłem się zastanawiać nad autorem tekstów. Kto byłby najlepszym twórca piosenek? Wszyscy wymieniali Glenna Slatera, który pracował przy MAŁEJ SYRENCE (The Little Mermaid) i napisał SISTER ACT. Od razu zaskoczyliśmy.

A jak pan obsadził dwie główne role w nowym musicalu?

Główną rolę gra nasz obecny Upiór z londyńskiej inscenizacji UPIORA W OPERZE. Występuje w tej roli dosyć długo, jest bardzo popularny, jego Upiór jest bardzo seksy. Nazywa się Ramin Karimloo i naprawdę jest wspaniały. Właśnie ukończyliśmy nagrywanie albumu z całą muzyką ze spektaklu – to raczej nietypowe, aby pełne wydanie powstało tak szybko. Drugą główna rolę gra Sierra Boggess, która dała się poznać w roli Małej Syrenki w Nowym Jorku. Znamy się od pewnego czasu. Była bardzo młoda – oczywiście nadal jest młoda – miała zaledwie 21 lat, kiedy zagrała Christine w wersji UPIORA W OPERZE wystawianej w Las Vegas. Jest znakomitą aktorką i teraz, po nagraniu całego materiału, wiem, że zostali oboje doskonale dobrani. Wyzwala się między nimi niewiarygodna namiętność, bardzo silna.

A jak wyglądają międzynarodowe plany dotyczące LOVE NEVER DIES?

Początkowo chcieliśmy wypuścić LOVE NEVER DIES bardzo szybko, do tego stopnia, że rozważaliśmy przygotowanie trzech produkcji jednocześnie. Wycofałem się z tego pomysłu z obawy na to, czy uda nam się odpowiednio obsadzić tyle inscenizacji. Na początek chciałem się upewnić, że nasza premierowa obsada będzie idealna – do tego stopnia, że nagraliśmy z nią cały album jeszcze przed premierą, co jak sądzę zdarzyło się po raz pierwszy. Otwieramy w Londynie w marcu i w listopadzie w Nowym Jorku. Poważnie zaawansowane są także plany dotyczące Dalekiego Wschodu i Kanady. Mam nadzieję, że LOVE NEVER DIES zostanie wystawione w innych krajach szybciej niż to zwykle miało miejsce. Ale wszystko zależeć będzie od obsady.

Czy bardzo się pan denerwuje tym, jak LOVE NEVER DIES zostanie przyjęte?

To jasne, że bardzo się denerwuję. Stworzyłem kontynuację mojego największego sukcesu i napięcie jest olbrzymie. W końcu UPIÓR W OPERZE to największa rzecz, jaką kiedykolwiek skomponowałem, przerosła nawet KOTY, a nie przypuszczałem, że kiedykolwiek będzie to w ogóle możliwe. Ale musze powiedzieć, że jestem bardzo dumny z nowego musicalu. Uważam, że jest głębszy, bardziej wielowymiarowy niż oryginał, który był wariacją na temat „Pięknej i Bestii”. Zakręconą, ale jednak. Tu jednak główne postaci rozwijają się w sposób, który nie był możliwy w starym wydaniu. Bardzo mnie to inspirowało muzycznie. Tak więc denerwuję się, ale też jestem bardzo dumny i nie mogę się doczekać obejrzenia gotowej inscenizacji.

A więc nie spodziewał się pan, że oryginalny UPIÓR odniesie aż taki sukces?

Muszę przyznać, że kiedy napisałem KOTY i stały się one najdłużej granym musicalem w historii Broadwayu, nie przypuszczałem, że zdołam się w ogóle zbliżyć do takiego wyniku. Nikt zresztą nie wróżył UPIOROWI aż takiego powodzenia. Pamiętam, że kiedy UPIÓR miał premierę w Londynie, nie był nawet przebojem sezonu – prym wiodło CHESS i wszyscy byli przekonani, że to jest wielki, ponadczasowy hit. Nasz UPIÓR nie był więc faworytem. Oglądając spektakle przedpremierowe mieliśmy wrażenie, że to jednak coś wyjątkowego, ale dalszych sukcesów nikt nawet nie przeczuwał. Tymczasem rodziło się coś w rodzaju kultu, kobiety oficjalnie zmieniały imiona na Christine Daaé. Nie było jeszcze Internetu, tymczasem na całym świecie powstawały fankluby UPIORA – jak to w ogóle było możliwe? Ci ludzie recenzowali każde przedstawienie, trudno sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby mieli wtedy dostęp do sieci. Z pewnością więc jest to bardzo trudny temat do kontynuowania, szczególnie, kiedy dotyczy to takiego sukcesu, jakim był oryginalny UPIÓR.

Jakie są plany wydawnicze związane z albumem ze spektaklu?

Album jest gotowy, całkowicie ukończony. Zamierzamy wypuścić kilka piosenek przed premierą, ale z całością wstrzymam się do chwili, kiedy przedstawienie będzie grane. Płyty powinny znaleźć się w sprzedaży wkrótce po premierze musicalu, a chociaż nie jest to zwykłą praktyką, nie widzę też powodu, by z tym zwlekać. Album już czeka.

Na koniec kilka słów o międzynarodowej ekipie realizatorów LOVE NEVER DIES.

Jak już powiedziałem, to Ben Elton „odblokował” temat i napisał cudowne synopsis – gdyby nie on, nie rozmawialibyśmy dzisiaj. Glenn Slater to młody autor tekstów i jak sądzę najzdolniejszy ze wszystkich. Niedługo znowu będziemy razem pracować – nad „Czarnoksiężnikiem z krainy Oz” (The Wizard of Oz), ale to osobna historia. Naszym reżyserem jest Jack O’Brien, jedyny w swoim rodzaju twórca-legenda z Broadwayu. Byłem pod ogromnym wrażeniem jego inscenizacji musicalu HAIRSPRAY, jak również wersji TRYPTYKU („Il trittico”) Pucciniego w Metropolitan Opera w jego reżyserii, bo jest to niesłychanie trudne do wystawienia. Reżyserował też WYBRZEŻE UTOPII (The Coast of Utopia) Toma Stopparda. Tak naprawdę, to poznaliśmy się przez przyjaciela Toma, który był bardzo zadowolony z jego pracy reżyserskiej. Jack O’Brien wniósł wiele entuzjazmu i humoru i stał się bazą, na której wsparliśmy całą produkcję. Nasz scenograf, Bob Crowley, jest dziś – jak sądzę – najlepszym brytyjskim scenografem. Smutkiem napawa mnie tylko fakt, że Maria Björnson, która stworzyła scenografię oryginalnego UPIORA, zmarła nieoczekiwanie kilka lat temu. Oczywiście z nią także rozmawiałem o nowym UPIORZE, a Bob był jej bardzo bliskim przyjacielem – nawet kimś w rodzaju mentora. Nowa produkcja dedykowana jest więc jej pamięci.

[Universal Music, 2010]


RAMIN KARIMLOO - nowy Upiór odpowiada na pytania

Urodzony w Iranie, wychował się w Toronto, gdzie zaczynał śpiewać w zespołach rockowych. Zanim wcielił się w Upiora w premierowej produkcji LOVE NEVER DIES, zdążył wydać solowy album, grać „Upiora w operze” i śpiewać przed królową w specjalnej inscenizacji „Les Misérables”.

Pierwsze przesłuchanie:

Jay Kumitz w „Zagubionych w Yonkers” (Lost In Yonkers).

Pierwsza zawodowa rola aktorska:

Król Piratów w Theatre Royal w Bath.

Przełomowy krok w karierze:

„Piraci z Penzance” (The Pirates Of Penzance) w amfiteatrze Regent’s Park Open Air Theatre.

Pierwszy spektakl jaki pamiętasz:

„Upiór w operze” (The Phantom Of The Opera).

Pierwszy film:

Wydaje mi się, że była to „Niekończąca się opowieść” (The NeverEnding Story). Ale mój ulubiony film, to „Życie Carlita” (Carlito’s Way).

Najważniejszy występ na scenie:

Śpiewałem partię Enjolrasa w „Les Misérables” przed królową na zamku Windsor. Bardzo ważne było też dla mnie osiągnięcie celu, jakim było zaśpiewanie „Upiora w operze”.

Największa wpadka sceniczna:

Kiedy grałem Upiora w teatrze Her Majesty’s, podczas ostatniej sceny w lochu rozpiął mi się mikroport. Kiedy wchodziłem na scenę od strony kulisy zaczął mi zjeżdżać po plecach. Przez całą scenę osuwał się coraz niżej, aż jakimś cudem znalazł się w nogawce spodni. Przeraziłem się, że całe urządzenie z okablowaniem wypadnie mi na scenę. To przecież bardzo emocjonalna sekwencja i publiczność jest wtedy głęboko zaangażowana. Myślałem tylko o tym i byłem przerażony. A jednak mikroport się osuwał. Musiałem przytrzymywać go ręką przez nogawkę spodni. Zaczynało to wyglądać, jakbym się zranił. Im niżej się zsuwał, tym bardziej „rannego” grałem. Kiedy opadł mi do stawu skokowego nadal miałem przed sobą część sceny, więc kuśtykałem, jakbym sobie skręcił stopę. W tym czasie ludzie myśleli już, że wymagam pomocy medycznej, bo nie zacząłem spektaklu w tym stanie. Obsługa sceny czaiła się w kulisach. Najbardziej zawstydzające było to, że postanowiłem nadal utykać na ukłonach, aby publiczność nie pomyślała, że udaję, albo że się wygłupiałem. Żenujące.

Czy uznajesz jakieś przesądy teatralne?

Nie. Staram się przygotować jak najlepiej i być gotowy na wszystko, co się zdarzy.

Jaką książkę kupiłeś ostatnio? I jakie CD?

Ostatnio kupiłem książkę „Hell’s Angels” Huntera S. Thompsona i dwie płyty: „We Are The Same” zespołu The Tragically Hip” i EP z muzyką z serialu „Sons Of Anarchy”.

Wymień pięć osób – żywych lub wskrzeszonych – które zaprosiłbyś na obiad:

Al Pacino, Gordon Downie (wokalista grupy The Tragically Hip), Jamie Murray, Robert Downey Jr i… Jezusa. Z pewnością miałby co opowiadać.

Co cię ostatnio zaskoczyło:

To, że zostałem Upiorem w LOVE NEVER DIES. Choć wierzę w siebie i ciężko pracuję nad doskonaleniem swojej sztuki, otrzymanie tej roli było dość zaskakujące. Uważam, że jest to wielka szansa na stworzenie czegoś wartościowego i podtrzymanie – mam nadzieję – wspaniałej tradycji. Zawsze będę za to wdzięczny. Zaskakujące było także wielkie wsparcie, jakie otrzymałem porzucając rolę Upiora w oryginalnym spektaklu. Niespodzianką było dla mnie również i to, że David Haye wygrał walkę z Nikołajem Wałujewem [boks wagi ciężkiej] – to bardzo radosna niespodzianka.

Kto wywarł największy wpływ na twoje życie:

W zasadzie to Colm Wilkinson [oryginalny odtwórca roli Valjeana w „Les Misérables”] wyznaczył drogę, którą poszedłem i która doprowadziła mnie tu, gdzie teraz jestem. Miałem potem inne inspiracje, jak Daniel Day-Lewis, Heath Ledger czy Al Pacino, ale to Colm był na początku moją najważniejszą inspiracją. Spoglądając z dzisiejszej perspektywy, widzę, że kilku nauczycieli ze szkoły średniej także wywarło wpływ na moje życie. Niestety, kiedy byłem uczniem nie zdawałem sobie z tego sprawy.

Jak byś siebie opisał w ogłoszeniu osobistym:

Ambitny, pracowity, szczery i z poczuciem humoru.

[Adelphi Theatre – premierowy program teatralny]


ANDREW LLOYD WEBBER
Phantom: Love Never Dies
Universal (2CD/DVD)

Pozostawmy na boku sam pomysł: musicalowy sequel do „Upiora w operze”. Płyta zawiera bowiem muzykę, na którą miliony miłośników Lloyda Webbera czekały od lat. Ta natomiast nigdy nie zawodzi. Są w niej elementy nostalgiczne („The Coney Island Waltz”), zabawne („Dear Old Friend”), retro („Heaven By The Sea”), rockowe („The Beauty Underneath”). Jest prawdziwie porywająca (i bardzo teatralna) konfrontacja rywali „Devil Take The Hindmost”. I nie zabrakło natychmiastowych przebojów, jak solowe popisy Upiora („Til I Hear You Sing”) i Christine (tytułowe „Love Never Dies”) – w tych rolach rewelacyjnie śpiewający aktorzy, Ramin Karimloo i Sierra Boggess. Autor tych słów miał szczęście obejrzeć nowy musical Lloyda Webbera jeszcze przed oficjalną premierą – widowisko jest doprawdy… imponujące. Upiór kontratakuje.

[ZWIERCIADŁO, 2010]

Uwaga!
Materiał dotyczący albumu będzie uzupełniany po oficjalnej premierze płyty.
Więcej szczegółów na temat albumu > Original Cast LOVE NEVER DIES

LND-plakat-500w

Musicale I - Love Never Dies

Naszą witrynę przegląda teraz 70 gości