cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

tomasz_stanko-small
TOMASZ STAŃKO - WSZYSTKO JEST KREACJĄ

Przypadek decyduje nie tylko o improwizacji, ale o większości naszych wyborów. Artysta potrzebuje więc specjalnych środków by zaistnieć w świadomości odbiorców.

Słynny polski trębacz dzieli się z nami własną filozofią sztuki, ale nie zapomina, że artysta musi się sprzedawać.

Zdarzało się panu zastanawiać, jak będzie wyglądała muzyka przyszłości?

Zdarzało mi się zastanawiać. Skończyły się czasy wielkich twórców, geniuszy, takich jak Mozart. Nastąpiły zbyt duże zmiany. Za szybko się wszystko rozwija. Często zdarzają się rzeczy, które maja doskonałą jakość, ale krótki żywot. Pojawia się coraz więcej wspaniałej muzyki. Dochodzą do głosu stare kultury. Na przykład muzyka arabska i inne stare kultury wykonawcze, które cechują się wyjątkowym wyrafinowaniem.

Sztuka może się skończyć?

Ona się nie kończy, ona zmienia swoją formę. Może przestać być kreatywna. Pamiętam – bardzo ważną dla mnie – wypowiedź jednego z nieżyjących już francuskich krytyków starszego pokolenia. Ktoś go zapytał o rolę sztuki w XX wieku. Odpowiedział: „Nie wiem, co powiedzieć. Jak mogę postawić dokonania Marcela Duchampa obok zdobyczy fizyki molekularnej?” I w tym momencie mnie oświeciło! Jak można postawić ten sedes obok ludzi, którzy wymyślają zakrzywione przestrzenie albo myślą o kolorach kwarków? Oni przecież zaczynają być twórcami!

A zasięg tego wszystkiego?

Ja czytam już – jako literaturę – książki popularno-naukowe pisane przez fizyków. Coraz więcej jest naukowców, którzy mają jednocześnie talent literacki. Świetnie mi się czyta, np. Smolina o ewolucji wszechświatów. Nic z tego nie rozumiem, ale nie szkodzi, nie muszę rozumieć. Zamiast tego wyobrażam sobie, domyślam się. Moja wyobraźnia zaczyna pracować, budzić się w taki sam sposób, jak przy lekturze Balzaca. Wolę to, niż dzisiejszą literaturę typu American Psycho. Mam może czytać Paulo Coehlo? To już wolę poczytać Hawkinga. On spopularyzował naukę i to też jest twórczość.

A dlaczego pan to woli? Bo tam jest większa niewiadoma?

Bo to sięga głębiej. Bo mnie to porusza.

To tak, jak z pięknem, które też jest subiektywnym kryterium oceny sztuki.

Zgadza się. Piękno jest nie tylko subiektywne, ale nieodgadnione, bo często jest nowe - nowa sztuka, nowe rzeczy, które nie istniały do tej pory w przyrodzie, nowy typ porządku. Weźmy choćby twórczość Bartoka. To był zupełnie nowy rodzaj poukładania i porządku, pewnego typu następstw dźwięków o określonej wysokości, określonej harmonii czyli określonych fizycznych parametrów. Jest w tym ewolucyjna konsekwencja i łączność.

Dokąd nas ta ewolucja zaprowadzi?

Tego nie wiem. Chyba nikt tego nie wie. I niespecjalnie mnie to interesuje, powiem szczerze.

Sztuka była zawsze związana z jednostką. To ulega obecnie zakłóceniu, jest coraz mniej wybitnych indywidualności...

Bo nie może być. Świat jest za duży. Wszyscy mają prawo mówić.

A do czego zmierza ten proces?

Do tego, że będzie wielu artystów i będą powstawały takie rzeczy, jak kultura podglądactwa, kultura Big Brother. Jest niejaka Sophie Cole, która rejestruje i pozwala podglądać swoje życie. I robi wystawę za wystawą. Nie umie robić zdjęć. To, co pokazuje, to tylko rejestracje. Właściwie im bardziej przeciętnie to wszystko robi, tym lepiej. Bo tu nie chodzi o jakość, tylko o to, że ona ma na tyle silną osobowość, że potrafi się pokazać. Pytanie, czy to jest dobre? Czy to jest złe? Ja tego nie wiem.

Według nowych teorii w świadomości odbiorców zaistnieją tylko artyści, którzy wygenerują odpowiednio silny i agresywny przekaz. Podobny w swej istocie do aktu terroru.

Ale dlaczego nie? To jest sprzedawanie siebie. Technika kupiecka. Zastanawiałem się nad tym i to naprawdę trudno wytłumaczyć. Mnie się zdaje, że to jest wynikiem złożoności życia. Wszystko się coraz bardziej komplikuje. Kiedyś czytałem wywiad z menelem ulicznym, strzępem człowieka. Dziennikarka spytała go o świerszcze, które w tej jego norze mieszkają i słychać jak śpiewają. A on na to: „Wie pani, jak on tam zaśpiewa, ja się położę i zamknę oczy, to jakbym na łące leżał”. W tym momencie doznałem olśnienia. On czuł tak głęboko, jak ja, kiedy pisałem swoje najwznioślejsze kompozycje. Waga jego wzruszenia była taka sama. To tylko kwestia kontaktu. Stąd ten cały Big Brother. W czym oni są gorsi?

Czy pan może pogodzić się z tym, że osoba niemuzykalna tworzy muzykę?

Ja mogę się pogodzić ze wszystkim. Ja musze sobie tylko sam dać radę. I daję sobie radę.

Zgoda, ale musimy sobie wyznaczyć jakieś granice pomiędzy sztuką, a nie-sztuką.

Moim zdaniem to się sprowadza do pewnego typu żywotności. Tak jak w plemieniu małp był jeden król, czy przewodnik stada. Najbardziej żywotni promują siebie. Stąd ta Sophie Cole. Nie ma żadnego talentu, ale znalazła pewien typ działania, dzięki któremu zmusiła innych, żeby zwrócili na nią uwagę.

Co się staje w takim razie wartością nadrzędną? Żeby zaistnieć w świadomości społecznej?

Tu nie chodzi o wartość. Nam się wydaje, że rzeczy wartościowe są ważne. Nieprawda. Ważne jest życie. Ważna jest tylko jedna rzecz – przetrwać i żyć.

A rola sztuki w tym wszystkim?

Pomaga przetrwać. Nic więcej. My od wewnątrz szukamy wartości. Musimy to robić. Jesteśmy ssakami, a chcemy być ludźmi. W związku z tym wyobrażamy sobie, że robimy coś dla jakiejś wartości. Dla piękna na przykład. A to wszystko służy ssaczemu przetrwaniu.

Ta „ssaczość” jest nam dana, ale jednak niektórzy wybijają się ponad nią.

Właśnie przez tę swoją żywotność. Przez prowokację, przez sztuki ekstremalne.

I sztuka pomaga człowiekowi?

Sztuka nam bardzo pomaga. Od siebie mogę powiedzieć, że miałem w życiu wiele dołków, z których wychodziłem dzięki sztuce. Zdarzyło mi się, że szedłem coś załatwić do telewizji, już wtedy byłem czysty i nie używałem środków „dopingujących”. Chciałem złapać energię, więc kiedy rano wstałem, perwersyjnie i z wyrachowaniem puściłem sobie Milesa Daviesa, żeby mnie wprowadził w miły nastrój. Potem sobie puściłem Planety Holsta, posłuchałem Marsa, żeby złapać trochę „kokainy”. A na koniec, kiedy już wychodziłem, puściłem na pełen regulator Jamesa Browna, który mnie kompletnie doładował.

W takim znaczeniu sztuka ma przede wszystkim walor użytkowy.

I to bardzo poważny. Dla mnie na przykład Faulkner ma walor użytkowy. Każdy mógłby wymienić coś innego. Dlatego nie za bardzo chciałbym wartościować. Ja nie oceniam Disco Polo ani Wiśniewskiego. Ja mam guzik – mogę włączyć i wyłączyć. Często łapię się na tym, że się na nich patrzę jak na małpy w klatce, ale i oni mogą się na mnie tak patrzeć. Akceptuję to. Nie ważę tego. Ktoś mi kiedyś powiedział o Wiśniewskim: „Czy ty wiesz, co on mówi o Baudelairze? Wierzę w to. Na dodatek wcale nie musiał czytać tego Baudelaire’a. Ostatnio słuchałem wywiadu z aktorem, Ethanem Hawkiem. Opowiadał o swoim koledze, Riverze Phoenixie. Pewnego razu usłyszał w wywiadzie, jak tamten pewnym głosem mówi, że dla niego najbardziej inspirującą lekturą był Buszujący w zbożu. „Sukinsyn! Ja sam dałem mu tę książkę i jak znam życie to nawet połowy nie przeczytał!” – powiedział Hawk. Zrozumiałem, że wszystko jest trochę blefem. Przypomniało mi się przy okazji, co mówił Himilsbach – „Udzieliłem ponad 600 wywiadów. Zawsze kłamałem”. Wszystko jest względne.

Wywiad staje się więc kreacją.

Wszystko jest kreacją. Na to wszystko nie ma prostej odpowiedzi, bo każda odpowiedź jest inna. Właściwie można tu powrócić do tego trywialnego stwierdzenia, że najważniejsze jest życie i że robimy to wszystko, żeby żyć. Ja po to gram, żeby żyć. Nie robię tego dla czystej muzyki, choć muzyka mnie wzrusza. Tak samo jak wzruszają mnie różne rzeczy Faulknera, ale nie lubię czytać książek od deski do deski. Lubię czytać fragmentami. Rozumiem tego Phoenixa - jestem taki sam.

Jak pogodzić ze sobą wartości artystyczne z walorem użytkowym i z wymaganiami rynku?

Dla mnie niesłychanie cenną osobą był pod tym względem Niemen, bo on połączył w sobie dwie rzeczy – napisał jednakowo poważnie wszystkie hity, które pozwoliły zachować mu status. On jest symbolem epoki, w której żyjemy i czasów komercyjnych. To samo jest ze mną. Gram ciężką muzykę i proszę mi wierzyć, że jest mi trudno przekonać do niej ludzi. Ja się do tej pory dziwię, jak mi się to udaje. Mam swoje tricki. Dziennikarze pytają o narkotyki, a ja opowiadam o tym z lubością. Bo co mi to szkodzi? Chodzi mi o to, żeby nazwisko Stańko było kojarzone. Bo jak dużo ludzi je zna, to zawsze mam kilka procent więcej sprzedanych płyt. Mam świadomość, że rzeczy nowe i ciężkie trzeba swoją charyzmą i, przede wszystkim, żywotnością wepchnąć publiczności, sama ich nie kupi. Obojętnie jakimi środkami. Ludzie sami nie zwrócą uwagi na artystę. Van Gogh obciął sobie ucho. To jest sposób, żeby pokazać swój produkt.

A to już jest cyniczne.

To jest bardzo poważne i uczciwe. To nie jest tak, że będę sobie siedział, a potem mnie dobrze ocenią. Kiedy ktoś stworzy nowy produkt – tak jak Van Gogh stworzył nowy rodzaj malarstwa – a nie umie się przebić, bo jest niezaradny, to musi czymkolwiek to wypchnąć do ludzi. Tak samo jak Gaugin i inni wielcy twórcy. To była ich rola. To był ich obowiązek. To mój obowiązek, skoro chcę być zauważony. To jest odwrotność cynizmu. To jest głębokie i poważne podejście do tego, co się robi i szacunek dla publiczności. Nie można czekać na pochwały i uważać, że jak inni nie chwalą, to są głupi i mnie nie rozumieją. Tak sądzą miernoty, a nie artyści.

Czy już tylko szok i prowokacja decydują o tym, że ludzie zaczynają się czymś interesować?

W jazzie, technika improwizacji polega na tym, że błąd albo przypadek decydują o kierunku. To jak w życiu, gdzie przypadek decyduje o tym, że ktoś się zainteresuje daną rzeczą, która zdominuje jego życie. Bardzo sobie cenię wiedzę gazetową. Nie czytam wszystkiego. Sięgam po Wprost, Newsweeka, Politykę i raczej je przeglądam niż czytam, ale z tego przeglądania można wyłowić ciekawe wiadomości, które pozwolą się potem zainteresować czymś głębiej. Na przykład o muzyce fado dowiedziałem się ze słupa ogłoszeniowego. To są właśnie takie przypadki. Nikt nie siada w fotelu i nie mówi sobie nagle: „Dzisiaj będę się interesował muzyką indonezyjską”.

Niegdyś mistrzowie wskazywali kierunki i byli inspiracją. Zamazuje się obecnie rola mistrza.

Ja mam wielu mistrzów. Sięgam po co chcę, w zależności od tego co jest mi potrzebne i jaka wiedza może mi się przydać. Przykładowo, ja nie mam takiej łatwości instrumentalnej, jaką mają najwięksi wirtuozi – Coltrane czy Shorter. Szukam zatem dla siebie takich rozwiązań, takiej wiedzy, która mi pewne rzeczy wyjaśni i pozwoli wzbudzać w sobie określone stany. Nie mogę mieć mistrza. Powiem szczerze: nie wierzę w mistrza. Nie wiem, czy mam rację. To jest podobnie jak z jogą. Od pięciu lat ją uprawiam. I to głęboko, bo zapadło mi w pamięci co powiedział Yehudi Menuhin o pięknie jogi, o pięknie dyscypliny duchowej. W połączeniu z głębią jego muzyki, wywarło to na mnie wielkie wrażenie. Parę asanów robię i pewnie to nic specjalnego w sensie bezwzględnym, jednak dla mnie ma to wysokie znaczenie. Zanim się obejrzałem, zaczęli do mnie dzwonić z różnych gazet i proszą o wypowiedź jako „specjalisty od jogi”. Ja szukam nauczyciela, żeby mnie pchnął dalej o parę asanów, a tu sam zaczynam być guru. A ja nie lubię idei guru. I nie musze mieć guru. Mam książki. Kiedy czegoś nie wiem, mogę się spytać.

Gdybyśmy chcieli pana podrażnić, moglibyśmy powiedzieć, że dla pana guru był Komeda.

Był, a nie był. Widziałem się z nim parę razy, zagraliśmy wspólnie kilka koncertów. Przy Astigmatic spędziliśmy dwa dni w filharmonii. On przecież nigdy nic nie mówił. Nie musiał mówić skoro napisał takie kompozycje. Ja miałem dwadzieścia lat, a on mnie zaangażował –  po co miał mówić? Wprowadzał mnie w ekscytację, kiedy go słuchałem, wiedziałem, że najlepszym polskim muzykiem jest Krzysztof Komeda i lubiłem jego płyty, ale wiedziałem już jak ich słuchać. On mi nic nie mówił, bo ja wiedziałem jak mam grać. Całą wiedzę czerpałem z jego kompozycji.

A czy za sto lat będzie jazz?

Niekoniecznie musi być. Już teraz to wszystko zaczyna się zmieniać. Dla mnie to jest piękna muzyka, ale widzę również, że jest w niej dużo mielizn. Niszczące dla jazzu jest to, że proces grania tej muzyki jest niewiarygodnie przyjemnym procesem. Jest zbyt przyjemny. Klasyczni muzycy mają jednak bicz nad głową – nuty i niemożliwość popełnienia pomyłki. Obowiązuje ich dyscyplina. My mamy kompletną wolność. Gramy według schematów, ale ta przyjemność grania dezinformuje nas i sprawia, że kontakt z publicznością staje się zakłócony. Publiczność dostaje czasami papkę, której nie jest w stanie strawić, bo jest to nudne i nie ma dramaturgii. Kiedy ja czuję się „high”, to jakbym wziął heroinę i plamka na obrusie jest dla mnie dziełem sztuki, jak mawiał Witkacy. Ale to ja to tak odbieram od środka, bo proces grania daje mi przyjemność, a słuchacz siedzi i się nudzi. Nie mamy kontroli nad dramaturgią koncertów. Nawet tacy mistrzowie jak Hancock. Widziałem jego koncert w Warszawie i był genialny. Potem kolejny na zakończenie trasy w Oslo. Trwał trzy godziny, nie dało się tego słuchać.

[ZWIERCIADŁO, 2004]

staNKO-big

Foto: Andrzej Tyszko/ECM

Popkulturystyka - Wywiady z artystami

Naszą witrynę przegląda teraz 28 gości