cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

BruceSpringsteen-small
BRUCE SPRINGSTEEN NA PREZYDENTA!

Najpopularniejszy dziś album rockowy na świecie nie „opowiada o 11 września”, jak chcą tego fachowcy od marketingu.

Tworząc The Rising, Bruce Springsteen ukazał stan świadomości i emocje rannego społeczeństwa, a to ogromna różnica.

Tryumfalny powrót artysty, który już kilka razy miał za sobą „dzieło życia” stał się obecnie przedmiotem licznych kontrowersji. Pierwsze miejsce na listach przebojów, jednoczesny zachwyt krytyki i fanów. Brawo! Ale czy piosenkarz miał prawo tak wcześnie rozdrapywać nie zagojone rany? I czy nie ma w tym oportunizmu?

Nowy album Bruce’a Springsteena, zatytułowany The Rising (Powstawanie), jest płytą tematyczną, to prawda. Opowiada o nowojorskiej tragedii, ale – po pierwsze – czyni to w kategoriach uniwersalnych, po drugie, jego właściwym głównym tematem jest... nadzieja. Sam fakt, że w piętnastu nowych utworach Springsteen był w stanie całkowicie uwolnić się od – naturalnej – potrzeby odwetu, zasługuje na podziw.

Bohaterami piosenek Springsteena zawsze byli zwykli ludzie, tym razem ci zwykli ludzie to polegli strażacy i rodziny ofiar. Pośród wielu darów, jakimi natura obdarzyła tego wszechstronnie utalentowanego człowieka, być może największym jest empatia – zdolność wczuwania się w emocje innych tak głęboko, że ich przeżywanie staje się własnym. Dlatego tak łatwo utożsamić się z bohaterami artysty zwanego „Bossem”.

I zwykli ludzie naprawdę się z nimi utożsamiali. Sam „Szef” wiedział o tym od lat, ale nie mógł się spodziewać, że znajdzie kiedykolwiek równie wstrząsające dowody popularności, jak nekrologi strażaków i policjantów, którzy oddali życie w ruinach World Trade Center. „Był fanem Bossa”, powtarzało się na wielu z nich, jakby było to legitymacją człowieczeństwa codziennych bohaterów, jakby „fan Springsteena” oznaczało tyle, co równy facet. Na nekrologach powtarzały się też cytaty z piosenek, podczas nabożeństw żałobnych wykonywano Born In The USA albo  Thunder Road. Czy ktoś miał większe prawo niż Bruce Springsteen, żeby napisać o tych ludziach?

Zaczął od tego, że zadzwonił do kilku wdów. Nigdy wcześniej nie był „reporterem” zbierającym materiał do swojej pracy, ale teraz poczuł, że powinien to zrobić. Wdowa po strażaku, pani Farrely, była zaskoczona telefonem od ulubionego artysty tragicznie zmarłego męża. Rozmawiali przez 40 minut i efektem tego zbliżenia dwojga obcych ludzi, połączonych wspólnym wstrząsającym przeżyciem, stała się jedna z najbardziej przejmujących piosenek na płycie, You’re Missing („Nie ma cię”) – proste przedmioty mówią w niej o braku osoby, do której należały i efekt jest doprawdy wstrząsający.

Inna nowojorska wdowa, pani Berger, straciła męża, któremu The New York Times poświęcił artykuł zatytułowany „Fan Bossa”. Czy mógł się z nią nie skontaktować? Dowiedział się, że jej mąż wyprowadził z płonącej wieży dziesiątki osób, zanim sam poległ w jej ruinach. Te wrażenia wpisały się bezpośrednio w treść takich utworów, jak Lonesome Day („Samotny dzień”), Empty Sky („Puste niebo”) czy singlowy The Rising. Kolejne piosenki poruszają temat powrotu do normalności (Mary’s Place), nawet, jeżeli nie ma już żadnych dobrych zakończeń (Countin’ On A Miracle).

Osobne miejsce zajmują – zasługujące na szczególną uwagę – piosenki o potrzebie pojednania „ponad granicami”. Nie tylko symbolicznymi (Let’s Be Friends), ale także tymi nazwanymi po imieniu, jak w utworze Worlds Apart („Dwa inne światy”), gdzie wśród akompaniamentu arabskiej orkiestry i chóru artysta wypowiada imię Allacha.

Najważniejszą piosenką na płycie jest jednak Into The Fire („Prosto w ogień”), gdzie chóralny refren zawiera największą dawkę nadziei i podnosi na duchu słowami: Niech wasza siła da nam siłę, niech wasza wiara da nam wiarę, niech wasza nadzieja da nam nadzieję, niech wasza miłość da nam miłość”. To przesłanie jest kwintesencją płyty.

Springsteen wracał z plaży w pewien czas po tragedii 11 września, kiedy podjechał do niego samochodem nieznajomy mężczyzna i zawołał: „Stary! Potrzebujemy cię!” Odpowiedział w tak satysfakcjonujący sposób, że nawet najwięksi sceptycy muszą pogodzić się z wielkością jego dzieła. Płyta „The Rising” otrzymała w recenzji prestiżowego magazynu Rolling Stone maksymalną ocenę pięciu gwiazdek.

„Słuchając tej płyty otrzymujemy większy ładunek odkupienia, niż przez miesiąc siedzenia w kościele” – możemy przeczytać w sierpniowym numerze magazynu Time ze Springsteenem na okładce. Warto przypomnieć, że podobizna artysty ozdobiła (i to jednocześnie) okładki magazynów Time i Newsweek już w 1975 roku, kiedy wydał przełomową płytę „Born To Run” i zrzucił z siebie przydomek „drugiego Dylana”. Nigdy nie był drugim nikim – zawsze był sobą i tylko sobą. I teraz to procentuje.

„Powodem, dla którego ludzie nadal mnie słuchają, jest to, że przez wszystkie lata byłem autentyczny i uczciwy. Dzięki temu wiedzą, że nie ma to nic wspólnego z wykorzystywaniem sytuacji” – odpiera ataki sam twórca, zaś jego autorytet jest faktycznie niebywały. W końcu jest jedynym artystą o przydomku „Szef”.

Ciekawostką ostatnich miesięcy – niewątpliwie potwierdzającą wyjątkowy status „Bossa” w opinii Amerykanów – jest wysunięcie jego kandydatury na senatora stanu New Jersey, z którego pochodzi. Motorem tej niecodziennej inicjatywy jest grupa zapaleńców, określająca się „Wolne New Jersey”. Przystąpiono już do zbierania wymaganej liczby podpisów wśród wyborców. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że na jej czele stanął Doug Friedline, konsultant polityczny, który cztery lata temu zgotował wstrząs całej Ameryce, prowadząc do zwycięskich wyborów w stanie Minnesota gwiazdę „wolnej amerykanki” (wrestling) Jessego „Asa” Venturę.

Zabawne, że Doug Friedline nie zainteresował się nawet poglądami Springsteena... „Jego płyty dowodzą, że jeżeli w coś naprawdę wierzy, zaangażuje się w to” – taki był komentarz konsultanta politycznego. Jedyny problem w tym, że sam „kandydat” musi złożyć podpis na deklaracji, tymczasem „Boss” nawet nie chce o tym słyszeć. Polityki ma absolutnie dość od czasu, kiedy republikanin Ronald Reagan próbował wykorzystać jego piosenkę Born In The USA („Urodzony w USA”), do celów swojej kampanii. Artysta kategorycznie zaprotestował, tłumacząc, że nie tylko poglądy ma demokratyczne, ale nie popiera nawet demokratycznych kandydatów – jedynie ich słuszną sprawę. Ameryka czeka jednak z zapartym tchem. Zasada „nigdy nie mów nigdy” znana jest w tym kraju lepiej, niż w innych miejscach. Po wydaniu albumu „Born In The USA” slogany BOSS NA PREZYDENTA były tylko sympatycznym żartem. Czy popularność płyty „The Rising” może sprawić, że koszulki i znaczki z napisem BOSS NA SENATORA nabiorą realnego znaczenia? Kariera polityczna byłaby niewątpliwie kresem artysty, więc starty nie wynagrodziłyby zysków.

Ale o zyski wyborcy mogliby być spokojni. Bruce Springsteen jest bardzo oddany sprawie New Jersey, zwłaszcza małemu miasteczku swojej młodości, Asbury Park. Ta zapomniana dziś i pustawa dziura była przed pół wiekiem plażową stolicą stanu... Występuje często na koncertach charytatywnych, z których dochód przeznaczony jest na – dosyć rozpaczliwe i raczej skazane na niepowodzenie – odrodzenie miasteczka. Młody Springsteen zaczynał tam grać w kultowym klubie The Stone Pony. Obecny właściciel tego miejsca, pan Domenic Santana, opowiada, że środki na wykupienie upadłego przybytku rock’n’rolla, pożyczył od własnego ojca, kiedy pokazał mu wysypujących się pod zamkniętą ruderą z autobusu... japońskich turystów.

Pierwsza płyta Springsteena nosi tytuł „Pozdrowienia z Asbury Park, New Jersey”. Nadmorskie miasteczko stanowiło centrum świata młodego człowieka, dla którego światła pobliskiego Manhattanu mogły się wydawać mirażem innego życia. To tutaj dzisiejszy „Boss” postanowił zostać muzykiem, tutaj oglądał na żywo pierwsze w życiu koncerty: The Who, The Doors, Janis Joplin. Tu złapał bakcyl rock’n’rolla. Trudno się dziwić, że zachował sentyment. A potrafi być sentymentalny – do tej pory może dostać się do klubu tylnym wejściem (zna kod zamka) i wystąpić na scenie! Potencjalna możliwość takiego wydarzenia przyciąga do The Stone Pony tłumy.

Ale poza tym w Asbury Park straszy zapadające się w Atlantyk molo, straszą ruiny zamkniętego kasyna. Jest tu także historyczna sala widowiskowa, gdzie za młodości Springsteena odbywały się pamiętane przez niego do dziś koncerty rockowe: Asbury Park Convention Hall. Budynek wygląda żałośnie, ale nadal trzyma się w posadach, więc reaktywowany zespół „Bossa” odbywa tu próby przed występami. Jego kapela –nazwana The E Street Band, jako że jej członkowie nie tylko chodzili do tej samej szkoły, ale mieszkali w większości na tej samej ulicy – zeszła się na dobre, żeby wystąpić na koncertach w ubiegłym roku. Ale płytę nagrała po długiej przerwie.

Kilku z „muzyków Springsteena” zrobiło kariery solowe – na niewielką skalę. Takie nazwiska jak Nils Lofgren, Clarence Clemons (czarnoskóry saksofonista zespołu) czy  „Little Stevie” Van Zandt znane są w Ameryce dość dobrze. Ale najbardziej znanym członkiem The E Street Band jest dzisiaj niewątpliwie perkusista, Max Weinberg, od kilku lat prowadzący orkiestrę w popularnym programie telewizyjnym „Late Night With Conan O’Brien”. Niemniej wszyscy oni byli „byłymi chłopcami Bossa” i teraz –ponownie pod tym zaszczytnym szyldem – debiutowali na nowo premierowym wykonaniem „The Rising” właśnie w Asbury Park Convention Hall. Na żywo oglądało koncert 10 tysięcy widzów, przed telewizorami ponad 6 milionów.

Boss rozstał się ze swoim zespołem po spektakularnych sukcesach 1984 roku, kiedy album „Born In The USA” był najlepiej sprzedającą się płytą na świecie, a radio grało na okrągło single Springsteena: Dancing In The Dark, Glory Days i numer tytułowy.

Widziałem go wtedy na żywo i to w dodatku w samym sercu „springsteenomanii” – właśnie w New Jersey, w sportowej hali Meadowlands, gdzie śpiewał przez dziesięć wieczorów z rzędu, sprzedając łącznie ponad 200 tysięcy biletów! Grał trwający pełne trzy godziny koncert, po czym padał, pozwalał się znieść ze sceny i pozwalał fanom pozostawać w miejscach przez kolejne pół godziny i domagać się bisów po bisach. Powracał, żeby zagrać klasyczne rock’n’rolle, przeboje swojej młodości. To wtedy pojawiło się hasło BOSS NA PREZYDENTA. I brzmiało całkiem wiarygodnie.

Wtedy, w 1984 roku w New Jersey, Bruce Springsteen mógł zostać wyniesiony na każdy urząd – na ramionach wielbicieli, którzy uwielbiali go z zapałem wyznawców zapatrzonych w duchowego przywódcę. Wtedy stał się „Bossem” dla całej Ameryki. Ale nie chciał, albo nie potrafił, zebrać plonów popularności. Osiągnął szczyt i nagle zmienił w swoim życiu wszystko: muzykę, muzyków, żonę i – co najgorsze – adres.

Ten argument zabrzmi zabawnie dla kogoś, kto nie zna lokalnych amerykańskich nacjonalizmów. Jednak opuszczenie rodzinnych stron mogło zaważyć i – pośrednio – zaważyło na dalszej karierze artysty. Stąd pochodził, tutaj wyrastał. Dalekie światła Manhattanu były mirażem Ziemi Obiecanej i często sięgał do tej metafory w swych piosenkach. Mówiło się, że z samych tytułów utworów Springsteena można ułożyć mapę stanu. Chłopak z New Jersey, taki sam jak inni, trochę jak Elvis z tego samego podwórka, jednak „zdradził”. Wyjechał. Porzucił zaklęte rewiry młodości. Stał się bogaty i zrobił to, co na jego miejscu zrobiliby w Ameryce wszyscy: kupił rezydencję w Kalifornii i odizolował się od świata. Ale inni mogli to robić nie narażając się na niechęć. W przypadku człowieka zwanego „Bossem” był to krok zbyt trywialny.

Popełnił przy tym dwa kardynalne błędy gwiazdy rocka: rozwiązał zespół, z którym osiągnął szczyty i pozwolił żonie śpiewać chórki. Chociaż tak naprawdę, Patti Scialfa śpiewała w jego zespole zanim w 1991 roku została żoną „Szefa” – Bruce Springsteen musiał przeprowadzić rozwód z Julianne Phillips, modelką, z którą raczej stracił, niż spędził kilka nieudanych lat, bo też w owym czasie nigdy prawie nie bywał w domu.

Przed pamiętną przeprowadzką grał ponad trzysta koncertów rocznie. Uzależnił się od występowania, od kontaktu z publicznością. Nigdy właściwie nie robił nic innego. Już w Kalifornii powiedział, że dwa najważniejsze dni w jego życiu, to ten, w którym po raz pierwszy wziął do ręki gitarę i ten, w którym nauczył się ją odkładać. Lecz nawet dzisiaj gitara pozostaje jego dobrym amuletem – mówi, że „kilka akordów w nowym hotelu” sprawia, że może przetrwać w trasie trudne warunki oddalenia od domu.

Drugi raz widziałem „Bossa” na żywo, kiedy powrócił do New Jersey w osiem lat po sukcesie albumu „Born In The USA”, czyli w 1992 roku. Był to dla Springsteena trudny powrót. Atmosfera w jego „rodzimej” hali Meadowlands – podobnie jak przed laty wyprzedanej na kilka dni do ostatniego miejsca – była raczej napięta. Pierwszego wieczoru oliwy do ognia dolał konferansjer, wołając: A teraz – prosto z Hollywood – Bruce Springsteen! „Boss” wyrzucił dowcipnisia jeszcze tej nocy. Mała zemsta New Jersey najwyraźniej nie przypadła mu do gustu. Choć przez cały czas nie przestał być wiarygodny. Przestał jedynie być młodym ulicznikiem z przedmieścia. Nadal śpiewał o sobie tak, jakby śpiewał o każdym z nas, tylko teraz czynił to z pozycji męża i ojca. Nie zatracił też na „rajskich wzgórzach Hollywood” ostrego, krytycznego spojrzenia na amerykańską rzeczywistość. Dowodziła tego popularna w owym czasie piosenka 57 Channels (And Nothin’ On), czyli... „57 kanałów, a nie ma czego oglądać”.

Jednak największym potwierdzeniem nieustającej wiarygodności „Bossa” okazał się jego spektakularny sukces... filmowy. Springsteen napisał poruszający utwór, Streets Of Philadelphia ­– bardzo dobrą piosenkę do bardzo niedobrego filmu, „Filadelfia”.  Krytyk New York Timesa napisał, że „artysta w ciągu dwóch minut mówi więcej o tym, czym jest umieranie na AIDS, niż cały film w ciągu dwóch godzin”. W pełni zasłużonego Oscara w 1995 roku „Boss” odebrał z sarkastycznym komentarzem: „Rozumiem, że od tej pory będzie z górki...”. Wszak był to jego filmowy debiut.

Po tym „ostatecznym sukcesie” definitywnie pożegnał się z Kalifornią i wrócił... dokąd? Rzecz jasna do New Jersey. Szczęśliwa rodzina artysty przeniosła się – tym razem już na dobre – do rodzinnego stanu. Żona „Bossa”, Patti Scialfa, podobnie jak on sam jest włosko-irlandzkiego pochodzenia i wyrastała w tej samej okolicy. Oboje dopiero niedawno przekonali się, że bywali – nie znając się jeszcze – na tych samych koncertach rockowych w Asbury Park. Artyście udało się kupić fantastyczną farmę, leżącą blisko Nowego Jorku – nabył teren przeznaczony pod budowę pola golfowego, co najlepiej świadczy o walorach tej posiadłości o powierzchni 160 hektarów. Taka ziemia z Manhattanem na horyzoncie to fortuna, do której nawet „Boss” nie zamierza się przyznawać i koszt inwestycji pozostaje tajemnicą. Ale to już dom na całe życie.

Kiedy odwiedził Polskę – występując dwukrotnie w Sali Kongresowej w 1996 roku – Springsteen przybył do naszego kraju jako ambasador amerykańskiej kultury, ale nie zostało to powszechnie zrozumiane. Po pierwsze, ten niestrudzony rock’n’rollowiec występował sam. Po drugie – grał wyłącznie na instrumentach akustycznych (i trzeba przyznać, że robił to rewelacyjnie, demonstrując imponującą łatwość w rozmaitych technikach ludowych). Po trzecie wreszcie, był to koncert muzyki... folk, nie szkodzi, że „Boss” wykonywał takie utwory, jak Born In The USA. Zyskały one nową formę. Natomiast sam Springsteen – choć podczas obu warszawskich wieczorów wbił mnie w fotel i wprowadził w stan najgłębszego skupienia – wydawał się na końcu drogi. Promował solowy album nawiązujący tematycznie do czasów Wielkiej Depresji i powieści Steinbecka „Grona gniewu”. To wspaniała tradycja i Springsteen był jej godnym spadkobiercą, ale powracało pytanie: co artysta zamierza zrobić dalej?

Wtedy chyba on sam jeszcze tego nie wiedział. Wrócił na swoją farmę i zajął się doprowadzaniem gleby do absolutnej czystości ekologicznej, co trwa do dzisiaj i jest regularnie badane przez inspektorów. Na razie rosną tam głównie słoneczniki, które zdobią jego dom i oddalony budynek, w którym urządził swoje studio nagraniowe.

Mają dzisiaj z Patti troje dzieci w wieku 9, 11 i 13 lat. Do tej pory wszystkie jeździły z nimi w trasę, ale teraz zaczynają się buntować: kto by chciał oglądać codziennie śpiewających rodziców? Tymczasem rodzice szykowali się właśnie do kolejnej trasy koncertowej. Po zatoczeniu „pełnego kręgu” (od New Jersey po Kalifornię i od rocka po muzykę folk), „Boss” zdecydował się na najlepszy możliwy krok: reaktywował swój legendarny oktet (The E Street Band to aż ośmioro muzyków). Napisał kilka nowych piosenek i ruszył na entuzjastycznie przyjmowane tournee, którego owocem jest znakomity album koncertowy wydany przed rokiem, „Live In New York City”. Naturalnym następnym etapem była praca nad oczekiwanym nowym materiałem.

W dniu 11 września, podobnie jak miliony ludzi na całym świecie, przygwoździł go nagle telewizor. Ale w odróżnieniu od odległych milionów, on mieszkał w zasięgu wzroku od miejsca tragedii. Wskoczył w swą zabytkową niebieską corvettę i pognał na pobliski most. Zatrzymał samochód na jego środku i zobaczył dwie dymiące wieże – jeszcze dymiące... Kilka dni później wystąpił w transmitowanym przez dziesiątki krajów, także Polskę, koncercie na rzecz rodzin poległych strażaków. Ku zdumieniu telewidzów wykonał nieznaną piosenkę, My City In Ruins, „Moje miasto w ruinach”. Napisał ją przed rokiem, o tak sobie bliskim Asbury Park, którego upadek głęboko przeżywa. Ale na tych, którzy o tym nie wiedzieli, piosenka sprawiała wrażenie napisanej na gorąco po nowojorskiej tragedii. Teraz zamyka najnowszy album.

Nowojorska autorka i piosenkarka, Suzanne Vega, powiedziała mi w kilka miesięcy po zamachu, że tragedia Amerykanów znajdzie odbicie w całej współczesnej kulturze, że to tylko kwestia czasu. Mija rok od tragicznych wydarzeń. Świadkowie i rodziny ofiar, zwykli obywatele i artyści, nabierają powoli dystansu do niedawnej przeszłości. Tragedia Amerykanów zaczyna znajdować artystyczny wyraz, zaczyna „przenikać”. Twórca zwany „Szefem” zareagował najszybciej i – kto wie – czy nie najtrafniej.

Bruce Springsteen jest najbardziej uniwersalnym amerykańskim artystą, jednakowo czytelnym na krańcach tego rozległego kontynentu, dobrze znanym w świecie. Zapis jego emocji i refleksji zawarty na płycie „The Rising” – tak bezpośredni i odważny –  stworzył natychmiastowy kanon. Od tej pory każdy, kto spróbuje zapisać, wyśpiewać czy ukazać stan świadomości rannego społeczeństwa, będzie się odnosił do wizji „Bossa”: bezpośredniej, szczerej i bardzo ludzkiej. A pytanie, czy Bruce Springsteen nie skorzystał przypadkiem z „koniunktury na tragedię”, jest tyleż niesmaczne co nieuzasadnione. Odwracając prośbę zawartą w przejmującym refrenie Into The Fire: oby jego wiara dodała wiary tym, co jej potrzebują, oby jego siła dodała im sił.

[GALA, 2002]

bruce-OK

Satysfakcja - Varia

Naszą witrynę przegląda teraz 68 gości