cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

lc_4
LEONARD COHEN - KOBIETY, WINO, ZEN

Leonard Cohen jest człowiekiem bardzo mi bliskim. Wiedzieli o tym inni bliscy mi ludzie, ale nie mógł o tym wiedzieć on sam.
Do niedawna.

Organizatorzy spotkania, które dla mnie miało być kulminacją już nie tylko pasji, ale wręcz studiów nad jego twórczością, przeznaczyli dla mnie 20 minut. Czego można się dowiedzieć w takim czasie od poety, piosenkarza, powieściopisarza, światowca, bawidamka i mnicha, bo przecież Cohen jest jednakowo wiarygodny i jednakowo głęboki w każdym z tych wcieleń? Jak miało się okazać, więcej niż myślałem.

Hotel „Four Seasons” to najlepszy hotel w Berlinie. Leonard Cohen to najciekawszy rozmówca, z jakim kiedykolwiek zasiadłem do „zawodowej” konwersacji. Do pełni szczęścia brakowało więc już tylko whisky, ale nie czekałem długo – kilka cytatów ze starych wierszy, przywołanych w odpowiednich chwilach, wywarło wrażenie. Cohen zamówił kolejkę i kryształowa karafka wjechała po chwili do jego apartamentu.

Na miesiąc przed tym spotkaniem byłem w Bieszczadach, gdzie w chacie bez prądu śpiewałem i grałem Cohena przez całą noc z nieznanym mi mężczyzną, który zresztą przyjechał tam z Berlina i znikł nazajutrz. Cohen uwielbia takie historie. W tekście na okładce starej płyty chwali się, że słyszał swoją Suzanne śpiewaną przez żeglarzy na Morzu Kaspijskim. Moja opowieść o nocy w Bieszczadach wyraźnie mu „pasuje”.

Musiałem się też pochwalić. „Dokładnie opanowałem twoje palcówki” – powiadam. „I potem już nigdy nie grałem na gitarze, tak jak trzeba”. „Fakt” – śmieje się Leonard. „To mogło cię załatwić na dobre!” Zrobiło się miło. Popijamy pierwszorzędną whisky i wspominamy jego koncert w Warszawie. Wtedy, a był rok 1985, było to wydarzenie pierwszej rangi. Wpadłem na pomysł transparentu, który zaprzyjaźnione żony uszyły z prześcieradeł. Litery były znacznych rozmiarów, nie miałem więc wątpliwości, że Cohen zauważy nasze sygnały – zajmowaliśmy z przyjaciółmi najlepsze miejsca w Sali Kongresowej. Napis był krótki: WELCOME BACK. Niby nic, a jednak…

Kiedy wszedł na scenę BACK było zagięte do tyłu i machaliśmy entuzjastycznym WELCOME (witaj). Kiedy schodził na przerwę wystarczyło zgiąć WEL i rozkwitło błagalne COME BACK (wróć). Kiedy wrócił po przerwie – słowo daję, że widziałem zdziwienie na jego twarzy – machaliśmy radośnie pełną wersją: WELCOME BACK (witaj z powrotem). Przy bisach szło po kolei: COME BACK, WELCOME BACK... Teraz on sam dał mi słowo, że pamięta nasz transparent. Wierzę mu, bo rzucaliśmy się wtedy w oczy. Ale nawet nie marzyłem o spotkaniu z nim oko w oko.

Cohen nie mógł wiedzieć, ile dla nas wtedy znaczył. Śpiewający poeci byli ważni – on, Dylan, Moustaki, Brel, Okudżawa czy Wysocki. „Śpiewający poeta” to znaczyło więcej niż śpiewający i więcej niż poeta. Mieli coś ważnego do powiedzenia, a fakt, że ubierali swoje słowa w muzykę sprawiał, że trafiali i dalej i głębiej. A co ważnego mówił Cohen? Chociażby to, że miłości nie da się zatrzymać. Że my wszyscy, każdy mężczyzna i każda kobieta, jesteśmy skazani na porażkę. Że pomiędzy najwyższym uniesieniem cielesnym i uduchowionym przeżyciem religijnym można postawić znak równości. I wreszcie, że kiedy zaśnie już nasza ostatnia kochanka, zawsze zostajemy absolutnie sami. Dla młodego człowieka była to niewesoła, ale – paradoksalnie – bardzo pociągająca wizja świata. Rodzaj poetyckiego „wtajemniczenia”.

Ale teraz w Berlinie nie ograniczyliśmy się do wspomnień. Cohen, jak to on, musiał mi powiedzieć kilka rzeczy istotnych: „Seks i zabijanie to nasze podstawowe popędy. Wygląda na to, że nie istnieje nic, co mogłoby pohamować nasz nienasycony apetyt na rozkosz. I na krew”. Powiedział to ze smutkiem. Smutkiem napawa go też absurd tymczasowości, z którym zmagają się w związkach i mężczyźni i kobiety. „Stopień rozwodów w USA osiągnął już 50 procent...” – zwrócił mi uwagę.  „Rokowania są więc raczej beznadziejne. I nie można winić tą sytuacją ani kobiet, ani mężczyzn.”

Zapytany wprost, czy jesteśmy monogamiczni, jako gatunek, czy nie, odpowiedział, cytując piosenkę z ostatniej płyty, By The Rivers Dark [Nad mrocznymi rzekami] : „Zajrzałem do swego wnętrza i zobaczyłem rozwiązłe serce i ślubną obrączkę. Przez cały czas poruszamy się pomiędzy dwiema potrzebami – z jednej strony rozwiązłość, z drugiej ograniczenia. Społeczeństwa opierają się na połączeniu jednej skrajności z drugą. Bez narzuconych ograniczeń pewnie już dawno zjadalibyśmy się nawzajem... Ale też rozwiązłość jest nam przypisana równie trwale. Nie sposób wyobrazić sobie człowieka bez tej permanentnej sprzeczności.” Sprzeczność ta określa też i jego życie. Leży u podstaw głębokiej depresji, z której uleczył go dopiero... klasztor zen.

„Kobiety, whisky, wszystkiego już próbowałem. Niestety, nic mi nie pomogło” – nieoczekiwanie wyznał mi artysta. „Nic nie było w stanie wydobyć mnie z depresji. Depresja to poważna rzecz, a ludzie nie zdają sobie z tego sprawy. Nie mówię o tym, że kogoś ogarnął blues. I nie mówię o zmarnowanym weekendzie. Mówię o sytuacji, w której zupełnie rozpada się wszelkie oparcie dla codziennego funkcjonowania. Nie uzurpuję sobie prawa do szczególnego statusu w cierpieniu. Moje cierpienie to nic, w porównaniu z cierpieniem, które widzimy w tym świecie na każdym kroku. Ale też w moim prywatnym świecie cierpiałem na depresję i poważna część mojej aktywności poświęcona była walce z nią, próbie pokonania depresji. Próbowałem wielu rzeczy – wielu filozofii, wielu narkotyków, wielu kobiet. Szukałem ratunku w piciu i w sztuce. I nic mi nie pomagało. Do czasu, kiedy zostałem mnichem w klasztorze i zamknąłem się przed światem na kilka lat. Nie wiem, co się stało, ale znalazłem rozwiązanie.”

Na szczęście. Zresztą pośród poważnych tematów bez przerwy pojawiały się żarty. Najpierw Cohen powiedział swoim ludziom, żeby mu nie przeszkadzali (minęło już 20 minut), bo przecież rozmawia z Danielem. Potem, podpisując mi swój książkowy wybór poezji, zapytał, jak piszę po polsku moje imię. Daniel – odparłem. No doubles. Oznaczało to, że nie ma w moim imieniu podwójnych liter, ale też – dwuznacznik – że jestem niepowtarzalny, nie mam sobowtóra. Bardzo mu się to spodobało. Cohen pozował ze mną do zdjęć na hotelowym łożu, dał mi domowy adres, żeby przesłać mu odbitki i zaprosił mnie do klasztoru (ale obaj byliśmy już nienajgorzej „znieczuleni”). Kiedy poprosiłem go o założenie ciemnych okularów (i on i ja), powiedział: „Zgoda, będziemy wyglądać cool”. A ja na to: Dla odmiany! Cohen uśmiał się do łez...

Teraz ukazuje się składanka The Essential Leonard Cohen – piosenki do tej kolekcji  wybrał sam twórca – i jest to niejako „Cohen dla tych, którzy pierwszy raz...” Ale, jak głosi sensowna nota na płycie, Cohen sprowadzony do postaci „esencjonalnej”, czyli tej najbardziej istotnej, nie traci poetyckiego sensu. Po części dlatego, że nieustannie był tak „esencjonalny”, tak istotny dla nas wszystkich (bacznie śledząc nasze czasy, nie spuszczał oka z tego, co ponadczasowe). Ale przede wszystkim dlatego, że on przecież nie zajmuje się praktycznie niczym innym, jak właśnie... istotą rzeczy.

To było spotkanie, które będę pamiętał, póki żyję. Bardzo intensywna rozmowa o sprawach ważnych, przetykana żartami, aluzjami, tematami osobistymi i zakrapiana znakomitą whisky. Wspólne zdjęcia na hotelowym łóżku. Ale też fotografowałem się z człowiekiem, który sam powiedział o sobie „Jestem hotelem”, który spędził w łóżku większość najlepszych (seks) i najgorszych (depresja) chwil w życiu. Autograf, adres domowy, zaproszenie do klasztoru na Mount Boldy. Nasza rozmowa przeciągnęła się do trzykrotnej długości przewidywanego czasu, co dowodzi, że nie ja jeden czerpałem z niej przyjemność. Cohen śmiał się z moich słownych gierek na temat „sobowtóra” i ubawiła go do łez sugestia, że „dla odmiany” będzie teraz... cool. On, żywe wcielenie postawy cool! I tylko jednej rzeczy nie powiedziałem swojemu ulubionemu artyście: nie powiedziałem mu, jak bardzo był mi bliski. I całe szczęście. Dlatego, że siedząc z nim twarzą w twarz w berlińskim hotelu, zrozumiałem, że mówią mu to wszyscy, którzy – jak ja – dostąpili tego przywileju. Absolutnie wszyscy.

[GALA, 2002]

Leonard Cohen - Archiwum

Naszą witrynę przegląda teraz 103 gości