cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

wMB
MEL BROOKS, JEGO MUSICAL WEDŁUG FILMU O MUSICALU I WIELE INNYCH ŻARTÓW W RÓWNIE ZŁYM STYLU

Tylko jeden twórca mógł wrzucić do tego samego worka Żydów, Hitlera i gejów, połączyć w piosence i nie tylko wyjść z tego obronną ręką, lecz dostać więcej nagród, niż geniusze kina, teatru i musicalu razem wzięci.

PROD-2

Mel Brooks – mistrz filmowej parodii, lecz nie tylko – dokonał rzeczy niemożliwej. Choć zajmuje się sprawami najmniej poważnymi (z pozoru), choć bywa arbitrem złego smaku (ale to tylko kwestia smaku), choć uwielbia strugać wariata i nigdy się nie zamyka… wszedł do najbardziej ekskluzywnego panteonu amerykańskiej sceny i ekranu: jest zdobywcą czterech trofeów składających się na legendarne GATE. Co to takiego? Cztery główne nagrody show businessu: Grammy (muzyka), Academy (czyli Oscar – film), Tony (teatr/musical) i Emmy (telewizja). Jest dziewięć takich osób w historii. Słownie: dziewięć! M.in. Audrey Hepburn, John Gielgud i Mike Nichols.

Ale też wszechstronność tego artysty jest powalająca. Nie tylko reżyseruje filmy i występuje w nich jako aktor. Jest również autorem scenariuszy, pisze piosenki i komponuje muzykę, a nawet… gra na perkusji. Jest też producentem filmowym i to nie tylko własnych obrazów. Niechętnie ujawniał się z takimi pomysłami (zaburzały najwyraźniej jego emploi wiecznego zgrywusa), ale był – na przykład – „cichym” współproducentem ambitnego dzieła Davida Lyncha, „Człowiek słoń” (1980).

A jakie osiągnięcia doprowadziły Mela Brooksa do panteonu, jeżeli niekoniecznie największych, to najbardziej wszechstronnych z wielkich artystów amerykańskiego show-businessu? Oscara dostał już za debiutancki film fabularny, za „Producentów” właśnie (1968, najlepszy scenariusz oryginalny). Emmy zdobywał wielokrotnie – za gościnne występy aktorskie w popularnym sitcomie „Mad About You” aż trzy razy (1997, 1998, 1999). A znacznie wcześniej, jako scenarzysta telewizyjny w programie „The Sid Ceasar Show” (1967). Mel Brooks ma na koncie aż trzy nagrody Grammy. Za płytę z legendarnym kabaretem telewizyjnym „2000 Years Old Man” (1999), za film dokumentalny o powstaniu musicalu „Producenci” (kategoria DVD), wreszcie za płytę z „Producentów” (obie najnowsze: 2002). I to właśnie ten musical przyniósł mu ostatnią z czterech wielkich nagród amerykańskiej rozrywki, Tony. A właściwie trzy – za libretto, za muzykę (!) oraz nagrodę główną, za najlepszy musical. „Producenci” zebrali w sumie 12 nagród Tony, co jest absolutnym rekordem w historii Broadwayu. Artysta z innego – jak mogło by się wydawać – świata, pokonał na „obcym terenie” takich twórców musicalu, jak Stephen Sondheim czy Andrew Lloyd Webber.

Trzy filmy Mela Brooksa znalazły się w pierwszej dwudziestce (a właściwie w pierwszej trzynastce) amerykańskich komedii wszech czasów w prestiżowym rankingu Amerykańskiego Instytutu Filmowego. Listę najzabawniejszych filmów ostatnich stu lat wzbogacają „Płonące siodła” (#6), „Producenci” (#11) oraz „Młody Frankenstein” (#13). Tylko bracia Marx i Woody Allen mają w tym rankingu po pięć filmów, wielki Charlie Chaplin pozostawił po sobie cztery. Mel Brooks aż trzy, albo… tylko trzy. Z europejskiej perspektywy razi bowiem nieobecność jego znakomitej „Historii świata, cz. 1”. To jednak osobna historia, a i film najwyraźniej „nie dla Amerykanów”…

Mel Brooks urodził się w 1926 roku na Brooklynie, jako Melvin Kaminsky. „Byliśmy tak biedni, że matki nie było na mnie stać” – wspominał w swoim charakterystycznym stylu. „Urodziła mnie więc sąsiadka”. Żydowska rodzina miała korzenie ukraińskie ze strony matki i polskie ze strony ojca. Melvin był najmłodszym z czterech synów. Osierocony przez ojca w wieku dwóch lat, był niedużym i chorowitym chłopcem, co nie ułatwiało mu dorastania na Brooklynie. Odznaczał się jednak poczuciem humoru i silną, ekstrawertyczną osobowością. Od najmłodszych lat pracował w kabaretach jako chłopiec rozgrzewający publiczność tzw. tummler (w jidysz „robić zamieszanie”). Kiedy po szkole trafił na front, nie zajęło mu wiele czasu, by dostać awans na kaprala i przydział na… perkusistę wojskowej kapeli w powojennych Niemczech („Grałem na bębnach, bo są najgłośniejsze” – wyznał szczerze po latach). A gdy już raz zastąpił przypadkiem zawodowego komedianta, okazało się, że zawód ma w kieszeni.

Można powiedzieć, że Mel Brooks (matka była z domu Brookman – stąd pseudonim), zaliczył na drodze do sławy wszystkie szczeble kariery. Od chłopca-naganiacza, przez krótki epizod komika wojskowego, dojrzał do samodzielnej kariery w kabaretach, gdzie występował parodiując znanych artystów i wygłaszając autorskie monologi. Szybko zasłynął jako błyskotliwy improwizator, równolegle poświęcił się jednak pisaniu tekstów do telewizji – i to dla takich gwiazd, jak Sid Caesar oraz Carl Reiner.

Nazwisko wyrobił sobie dopiero na początku lat 60. jako współautor serii kabaretowych dialogów „2000 Year Old Man” („Człowiek, który ma dwa tysiące lat”). Autor i aktor Carl Reiner (ojciec reżysera Roba Reinera) przepytywał Mela Brooksa, jak wyglądało życie w czasie ostatnich dwóch tysięcy lat. Improwizowane w dużej części odpowiedzi robiły furorę. „Jezus? Wciąż przychodził do sklepu, ale nigdy nic nie kupował. Zawsze było z nim dwunastu facetów. Joanna D’Arc? A znał pan ją? Chodziliśmy ze sobą”. I tak dalej. Człowiek, który ma dwa tysiące lat, twierdził, że był karmiony piersią przez lat dwieście! Dzieci? Miał ich co najmniej półtora tysiąca, ale i tak żadne nie wpadnie na niedzielny obiad. Miał około dwustu żon, ale pamiętał tylko jedną, bo mówiła do niego „Kochanie”. Niestety, mówiła tak do wszystkich…

Wielu amerykańskich twórców rozpoczynało kariery pracując w cieniu dla innych sław – podobnie zaczynał przecież Woody Allen (a z czasem trójkę artystów o podobnym rodowodzie i porównywalnych osiągnięciach uzupełnił Billy Crystal – komik, autor, aktor i reżyser filmowy, który także podbił Broadway). Ciekawe, że Mel Brooks otarł się o Oscara już jako filmowy debiutant. Napisał scenariusz i wystąpił jako narrator filmu „Krytyk” (1963), nagrodzonego przez Akademię w kategorii „najlepszy krótki film animowany”. Choć statuetka wylądowała na biurku reżysera kreskówki (a był nim Ernest Pintoff), to Brooks nie czekał długo na własną. Bo otrzymał Oscara już za fabularny debiut. Za własny scenariusz, zaliczany do najlepszych w dziejach komedii.

Na początek zburzył kilka tabu jednocześnie. Wymyślił absurdalną intrygę (na Broadwayu łatwiej zarobić na klęsce, niż na sukcesie), ukazał dwóch Żydów w roli hochsztaplerów (inicjator przekrętu nazywa się Max Białystok), pokazał odpowiednio przerysowane środowisko artystów gejów. Gej, że hej! Mało? Mało. Dorzucił więc do tygla neofaszystowskiego oszołoma i musical, którego pozytywnym bohaterem był Hitler. To znaczy Adolf Elżbieta Hitler. Kultowy dziś numer musicalowy nosi tytuł „Wiosna Hitlera”. Debiutujący twórca chciał tak zatytułować cały film, ale to już było przegięcie. Dzisiaj, 40 lat później, „Wiosna Hitlera” zajmuje 80 miejsce na liście „100 największych piosenek filmowych” Amerykańskiego Instytutu Filmowego – pomiędzy nagrodzonymi Oscarami utworami z filmów „Arthur” i „Nashville”. W 2009 roku filmowy remake „Producentów” powstał w Bollywood pod wdzięcznym tytułem „Dhoondte Reh Jaaoge”. Takie odzywki z filmu jak „Achtung Baby” (płyta grupy U2) albo „To jest nasz Hitler!” (m.in. serial telewizyjny „Dr House”) weszły do języka codziennego i zajęły trwałe miejsce w kulturze popularnej. Niechlubną karierę zrobiło w latach 90. pojęcie „kreatywnej księgowości” wymyślone przez… Mela Brooksa.

Drugi film Mela Brooksa – „12 krzeseł” (1970) – był nakręconą po bożemu adaptacją słynnej radzieckiej powieści satyrycznej Ila i Pietrowa (jej bohater, Ostap Bender, to oszust o wielu cechach producenta Maxa Białystoka). Trzeci – „Płonące siodła” (1974) – zapowiadał się na dość konwencjonalną parodię westernu… Oczywiście nikt jeszcze nie wiedział, czym jest parodia dla Brooksa. Dziki Zachód z czarnym szeryfem? To się nie mieściło w głowie. A co powiemy o wodzu indiańskim mówiącym w jidysz? Albo o prokuratorze krajowym, który ciosem w szczękę powala konia? Wszystko to jednak przyćmiła kultowa (dla niektórych…) scena przy ognisku. Efekty trawienia fasoli składają się na skatologiczną symfonię, jakiej świat nie widział. Tzn. nie słyszał. „Płonące siodła” przyczyniły się do powstania tzw. antywesternu w latach 70. Po takiej profanacji nobliwego gatunku nawet John Wayne musiał zacząć grać gliniarzy.

Absolutnym arcydziełem Mela Brooksa jest „Młody Frankenstein” (1974). Kolejna, tym razem komediowa, wersja klasycznej książki Mary Shelley, nakręcona w szlachetnej czerni i w bieli, charakteryzuje się szacunkiem do formy „Frankensteina” z 1931 roku. Mel Brooks użył wielu rekwizytów z oryginalnego planu i zastosował efekty typowe dla kinematografii lat 30. Reszta to aktorstwo i tekst. Gene Wilder jako młody doktor i Marty Feldman jako garbus Igor (wymowa imienia zmienia się przez cały filmu, podobnie jak usytuowanie garbu). Cloris Leachman jako Frau Blücher (na sam dźwięk jej nazwiska konie rżą z przerażenia nawet w oddali) i Gene Hackman jako niewidomy pustelnik, który wylewa zupę na przyrodzenie potwora. Wreszcie Peter Boyle jako monster, który uczy się stepować i wykonuje ze swoim twórcą/stwórcą musicalowy numer „Puttin’ On The Ritz” (parodia Freda Astaire’a w „Blue Skies”). Nic dziwnego, że i ten film miał się stać po latach tworzywem musicalu na Broadwayu.

Zapowiedzi talentu Mela Brooksa w konwencji musicalowej nietrudno się doszukać w jego kolejnym wielkim filmie, „Historia świata, cz. 1” (1981). Ten wysokobudżetowy pastisz licznych konwencji historycznych i nie tylko (od „Dziesięciorga przykazań” po „2001: Odyseję kosmiczną”), ukazuje dzieje naszego gatunku od czasów jaskiniowych po Rewolucję Francuską. I tak jak Monty Python wyjaśniał „Sens życia” w filmie pod takim właśnie tytułem, tak Mel Brooks wyjaśnia przyczynę naszych niepowodzeń. W słynnej scenie na górze Synaj, w której on sam gra Mojżesza (doskonałe nawiązanie do „Dziesięciorga przykazań”), nieszczęsny przywódca Izraelitów przynosi im od Boga dwie tablice z trzech, bo… jedną upuścił i mu się rozbiła! I teraz już wszystko jasne.

Dużą część filmu zajmują epizody ze starożytnego Rzymu. Mel Brooks odtwarza przed Neronem swoje popisy z czasów, kiedy występował jako komik w nocnych klubach („Ci chrześcijanie są tacy biedni, że mają tylko jednego Boga”). Obsługuje jako kelner Ostatnią Wieczerzę, w pięknie odtworzonej scenie z obrazu Leonarda („Jezu! Co?...”) i przypala skręta takich rozmiarów, że rzymskie legiony odpływają na haju. Kolejna rozbudowana sekwencja dotyczy Paryża doby rewolucji. Komizm sytuacji, w której nadworny chłopiec do podawania nocnika jest sobowtórem Ludwika XVI daje twórcy okazję do wielu gagów, z których ostatni kończy się – rzecz jasna – na gilotynie. To z tego filmu pochodzi, padający z ust Ludwika XVI, tekst: It’s good to be the king!

Przy wszystkich kontrowersjach wokół poszarganych świętości największe oburzenie budziła jednak sekwencja o hiszpańskiej inkwizycji, zrealizowana właśnie w konwencji musicalu. Są tu Żydzi w dybach i tortury, jest piosenka i taniec. Jest i Mel Brooks w roli Wielkiego Inkwizytora Torquemady. A kiedy balet urodziwych zakonnic zrzuca habity, by kontynuować rewię taneczną w gigantycznym basenie, mamy choreografię w stylu „Króla Choreografów”, Bushby’ego Berkeleya, i produkcję, której nie powstydziło by się Hollywood sprzed wielkiego kryzysu. Inquisition – what a show!

Zapewne nigdy się nie dowiemy, czy Mel Brooks planował drugą część swojej epopei. Niewykluczone. Część pierwsza zawiera zapowiedzi następnych numerów: „Pogrzeb Wikinga”, „Hitler na łyżwach” i „Żydzi w kosmosie” (pojazdy kosmiczne mają kształt gwiazdy dawidowej). Ale żadne studio nie chciało słyszeć o kontynuacji, tym bardziej, że film nie spotkał się z dobrym przyjęciem. Zawiera bowiem tyle aluzji historycznych i kulturowych, że trzeba niezłego (europejskiego) wykształcenia, żeby w pełni docenić walory inteligentnego humoru jego twórcy. Gotową sekwencję „Hitler na łyżwach” pokazywano w latach 80. w sieci sklepów płytowych Tower Records. Bardzo krótko.

Nowy Świat i Ameryka spoglądają na twórczość Mela Brooksa nieco inaczej. Najlepiej widać to na przykładzie dwóch filmów. Amerykanie najbardziej kochają reżysera za parodię westernu, „Płonące siodła”, w którym osiągnął szczyty złego smaku (fasolowa orgia, etc.). W rankingach europejskich jego „Historia świata cz. 1” zajmuje czasem wyższą pozycję niż – bardzo amerykańscy – „Producenci”. Jednomyślny zachwyt budzi „Młody Frankenstein” – klasycznie sfilmowany, liryczny, niewiarygodnie śmieszny i zagrany jak marzenie. Na marginesie: w trzech z najważniejszych komedii Mela Brooksa wystąpił Bill Wilder, czyli niezapomniany Poldek Bloom, doktor Frankenstein i rewolwerowiec Jim. Komediowy aktor osiągnął w nich szczyty formy.

Sam Mel Brooks długo był na szczycie. Do żelaznego kanonu zaliczyć można jego kolejne parodie gatunkowe, „Nieme kino” (1976) i „Lęk wysokości” (1977). Pomysł na zrealizowanie niemego filmu w latach 70. wywołał w Hollywood panikę, ale i tym razem reżyser dopiął swego. Nakręcił piękną, barwną i naprawdę niemą parodię stylu slapstick. I – jak to on – zadrwił ze sceptyków. Gdy jeden z hollywoodzkich bossów wypowiada kwestię „Slapstick to przeżytek” (w całym filmie dialogi pojawiają się na napisach), od razu przewraca się razem z fotelem we własnym biurze. Do legendy przeszedł występ francuskiego mima, Marcela Marceau, który nie odzywał się nigdy. Poproszony o udział w filmie odpowiada: Non. I jest to jedyny „tekst mówiony”.

„Lęk wysokości” to bezpośrednia parodia nie tylko gatunku, lecz konkretnego twórcy. A jest nim Alfred Hitchcock. Fabuła nawiązuje do obrazu „Zawrót głowy”, lecz jest tu wiele scen, których pochodzenie odczyta każdy miłośnik Hitchcocka – zabójstwo w budynku ONZ z filmu „Północ, północny zachód”, czy kultowy prysznic z „Psychozy”. Ale i tu nie obyło się bez obowiązkowego „złego smaku”. Kiedy krwiożercze „Ptaki” atakują głównego bohatera, ten wychodzi z opresji nie czerwony od krwi, ale… biały. Najkrótsza recenzja? Zachwycony parodią Hitchcock przesłał Brooksowi butelkę wina!

Potem było gorzej. Zawsze zabawnie, ale już bez wysokich lotów, do jakich reżyser przyzwyczaił w swoim początkowym i środkowym okresie. „Kosmiczne jaja” (1987) to parodia filmu science fiction, której niestety daleko do  „Śpiocha” Woody’ego Allena. Wymierzona bezpośrednio w „Gwiezdne wojny” oberwała od krytyki przed wszystkim za 10-letnie opóźnienie. W filmie zwracał uwagę sam twórca, który wystąpił jako… Jogurt (parodia mistrza Yody, w dodatku w nieco rabinicznym wydaniu). Dużo lepiej wstrzelił się Mel Brooks w parodię „Robin Hooda”. Jego „Faceci w rajtuzach” (1993) powstali bezpośrednio na fali wielkiej popularności ekranizacji z Kevinem Costnerem, „Robin Hood – książę złodziei”. Film roi się od cytatów z wielu wcześniejszych wersji, zawiera też liczne aluzje do dzieł samego Brooksa (m.in. czarny szeryf z Nottingham).

Reżyser – zachęcony „efektem aktualności” – pokusił się następnie o parodię horroru. Francis Ford Coppola odniósł niedawno wielki światowy sukces adaptując powieść Brama Stokera „Drakula” (1992) ze wspaniałym Garym Oldmanem w tytułowej roli. Niestety, filmu „Dracula: Wampiry bez zębów” (1995) nie uratował nawet zabawny zwykle Leslie Nielsen. Była to klęska na miarę wcześniejszego „Smrodu życia” (1991) i Mel Brooks wyciągnął wnioski: „Wampiry bez zębów” to ostatni film w jego dorobku.

Od czasu do czasu twórca pojawiał się jako aktor u innych reżyserów. Czy to w niewielkich rolach charakterystycznych („Wielka wyprawa Muppetów”), czy udzielając samego głosu (ostatnio „Roboty”). Do historii przeszła jednak jego rola w filmie „Być albo nie być” (1983) w reżyserii Alana Johnsona, normalnie choreografa na planie filmów Brooksa. Był to remake tak samo zatytułowanego obrazu z 1942 roku. Akcja filmu dzieje się w okupowanej Warszawie w środowisku teatralnym. Partnerką Mela Brooksa jest tu Anne Bancroft – prywatnie żona twórcy, aż do śmierci w 2005 roku. Nasuwa się i tu analogia do Woody’ego Allena, który już wcześniej odstąpił od kina autorskiego, aby zagrać główną rolę w dramacie politycznym „Figurant” (1976) w reżyserii Martina Ritta (rzecz dotyczyła „zakazanych” pisarzy w latach makkartyzmu).

PROD-4

A kiedy mogło się wydawać, że Mel Brooks wszystko co najlepsze ma już za sobą… 75-letni twórca zagrał wszystkim na nocie odsłaniając nowe oblicze. Zadebiutował na Broadwayu musicalem „Producenci”. Wybór materiału był genialny, wszak film, to opowieść o powstawaniu musicalu. Najgorszego musicalu wszech czasów. Leciwy artysta nie tylko zdobył bezprecedensową liczbę 15 nagród Tony. Jego musical doczekał się ekranizacji w gwiazdorskiej obsadzie. W producentów wcielili się Nathan Lane (Max Białystok) i Matthew Broderick (Leopold Bloom), a jako powalająca Ulla demonstrowała swoje walory Uma Thurman (2005). Nic dziwnego, że Mel poszedł za ciosem. W 2007 roku zaprezentował kolejny musical według własnego filmu – „Młody Frankenstein”. A kiedy kłaniał się ze sceny po premierze musicalu na Broadwayu, jego artyści śpiewali: „Do zobaczenia za rok na *Płonących siodłach*!”

Żart wydawał się na miejscu. Musical „Producenci” odniósł bezprecedensowy sukces. Musical „Młody Frankenstein” – mniejszy. Jednak zdjęcie go z afisza po zaledwie pięciuset przedstawieniach na Broadwayu spowodowane było głównie paniką kryzysową (na początku 2009 roku ten sam los podzieliło na Broadwayu dwanaście produkcji). Musical według „Płonących siodeł” może więc być naturalną kontynuacją nowej drogi artystycznej starego mistrza. Byłaby to w końcu jego trylogia życia.

„Płonące siodła”, „Producenci”, „Młody Frankenstein” – trzy filmy w żelaznym kanonie  amerykańskiej komedii. Woody Allen ma pięć, a porównania obu twórców powracają przez wszystkie lata ich kariery. Wiele łączy ich twórczość, wiele dzieli. Obaj zaczynali jako autorzy w programach Sida Caesara, obaj występowali w nocnych klubach. Mieli reputację genialnych improwizatorów. Debiutując w Hollywood szybko wypracowali własną formułę kina autorskiego (bo tylko taka daje autorowi kontrolę nad dziełem). Obaj nie tylko pisali i reżyserowali, ale także występowali w swoich filmach. Łatwo też u obu znaleźć podobne zainteresowania: parodia gatunku (MB – wszystko, WA – science fiction), literatura rosyjska w krzywym zwierciadle (MB – „12 krzeseł”, WA – „Miłość i śmierć”), ćwiczenia w historii kina (MB – „Nieme kino”, WA – „Zelig”). Obaj faszerują swoje filmy aforystycznymi żartami. Obu fascynuje tematyka żydowska.

Różnice pomiędzy artystami mają głębszy charakter. Mel Brooks jest ich świadomy, mówiąc: „Woody to poeta, ale jest także krytykiem. A ja nie. Nie potrafiłbym puścić kilku strzał w życie toczące się obok mnie. Muszę się z nim zmierzyć, złapać za rogi, ugryźć.” Doskonale oddają ten rozdźwięk muzyczne upodobania obu artystów – choć ich talent w tym zakresie to kolejne podobieństwo. Woody Allen rysuje w obrazach ozdobniki lekkimi dźwiękami dixielandowego klarnetu. Mel Brooks to perkusista, ale trzeba pamiętać, że napisał piosenki do wielu swoich filmów, zanim stworzył musical – zawsze był autorem i słów i muzyki. Woody Allen raczej nie napisze musicalu (choć ma na koncie film muzyczny, „Wszyscy mówią: kocham cię” z 1996 roku). A miałby i on w czym wybierać – „Annie Hall”, „Manhattan”, nawet futurystyczny „Śpioch”.

Musical ponownie rozwija skrzydła. Jak za „złotych lat” Broadwayu, jak w latach 60 i 70., kiedy oblicze teatru muzycznego uległo odnowieniu, a zasady gatunku gruntownemu przewartościowaniu. Ostatnia dekada, nawet dwie, przyniosły nowe tendencje, jak „europejska inwazja”, spektakularny tryumf londyńskich przedstawień z West Endu w Nowym Jorku (trzy najbardziej udane sztuki w dziejach Broadwayu to w chwili obecnej dzieła z Europy: „Upiór w operze”, „Koty” i „Les Miserables”). I nowe źródła inspiracji, z których główną stał się film. Mel Brooks – komik, autor, aktor, reżyser, producent, twórca piosenek, kompozytor i perkusista – zdystansował konkurencję, tworząc swoiste kuriozum: znakomity musical według znakomitego filmu o powstaniu beznadziejnego musicalu. Który ostatecznie też okazał się znakomity.

[TEATR ROZRYWKI W CHORZOWIE - PROGRAM TEATRALNY, 2009]


Teatr Rozrywki w Chorzowie
Prapremiera polska: 28 czerwca 2009

Libretto, muzyka i słowa piosenek: Mel Brooks; przekład: Daniel Wyszogrodzki
Reżyseria: Michał Znaniecki; choreografia: Piotr Jagielski; scenografia: Luigi Scoglio; 
kostiumy: Ilona Binarsch; kierownictwo muzyczne: Jerzy Jarosik; 

Obsada premierowa – Max Białystok: Jacenty Jędrusik; Leo Bloom: Paweł Strymiński; 
Ulla Swanson: Katarzyna Hołub; Roger de Bill/Hitler: Dariusz Niebudek; Franz Liebkind: Adam Szymura; Macaj-Obracaj: Stanisława Łopuszańska i inni

 

PROD-1

Foto: Tomasz Zakrzewski


Musicale I - Producenci

Naszą witrynę przegląda teraz 14 gości