cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

Norah-Jones
NORAH JONES – POMIĘDZY PRYWATNYM, A PUBLICZNYM

Pełny tekst ekskluzywnego wywiadu przeprowadzonego dla magazynu ZWIERCIADŁO przy okazji premiery albumu „The Fall” (Blue Note, 2009).

Skryta gwiazda potrafi bronić swojej prywatności. Całą światową prasę muzyczną obiegło ostrzeżenie: jedno pytanie osobiste i koniec wywiadu! Tymczasem osobiste sekrety artystki zdradza wprost jej nowy album.

1. Debiut – sukces – szok

Norah Jones wywołała największą – jak dotąd – muzyczną sensację XXI wieku. Dziewczyna bez przeszłości zadebiutowała płytą, która w samym Stanach sprzedała ponad 10 milionów egzemplarzy (w całym świecie ponad 20 milionów). Jednak jej sukces nie był wyłącznie komercyjny – album „Come Away With Me” (2002) zebrał  większość branżowych nagród, w tym osiem Grammy Awards, wyrównując rekord dzielony wcześniej przez Michaela Jacksona i Carlosa Santanę. A to zapowiadało karierę obiecującą i trwałą. Sukces mojego debiutu stworzył ogromne napięcie, ale jednocześnie był bardzo motywujący. Oczywiście świetnie się z tym czułam i jedyne, czego naprawdę chciałam, to iść dalej, grać muzykę. To było najważniejsze.

Świat nie był przygotowany na gwiazdę tak skromną. Z tym większą uwagą przyglądał się więc temu, jak ta cicha i niepozorna 23-latka (Norah ma 155 cm wzrostu) radzi sobie z presją sukcesu. Do legendy przeszedł jej wywiad ze znaną dziennikarką telewizyjną, Katie Couric, przeprowadzony bezpośrednio po ceremonii rozdania nagród Grammy: „Poczułam się, jakbym zjadła cały tort na nie swoim przyjęciu urodzinowym. I nie zostawiła nawet kawałeczka dla nikogo innego”.

Sukces nie przewrócił jej w głowie. Gdy młody artysta staje się gwiazdą dosłownie z dnia na dzień, w jego życiu najczęściej zmienia się wszystko. Albo prawie nic. Norah należy do tej ekskluzywnej kategorii. Kłopot polegał na tym, czy będę w stanie robić dalej to, co chciałam, nie ulegając presji sukcesu. I uważam, że mi się to udało. Nie liczyłam w głowie sprzedanych płyt. Wyszło jej to na dobre. Pierwsze trzy albumy artystki osiągają dzisiaj wynik sprzedaży ok. 36 milionów na całym świecie.

Ona sama oscyluje na granicy świata „celebrytów”, będąc – jednocześnie – jego częścią i pozostając  poza nim. Opowiadała, że przeżyła szok. Jak to? Definiuje się właśnie całe moje życie? Unikała pułapek sławy nadal jeżdżąc metrem po Nowym Jorku, występując w małych klubach z nieznanymi zespołami (The Little Willies, Puss N’ Boots, El Madmo), a przede wszystkim… dobrze się zachowując. Kiedy zachowujesz się normalnie, ludzie cię normalnie traktują – lubi powtarzać.

2. Rodowód i rodzinna tajemnica

Sam styl muzyczny Norah Jones prowokował pytanie: skąd ona się wzięła? Album wydała prestiżowa wytwórnia Blue Note, co zrodziło nieporozumienia, że to jest jazz. Młoda wokalistka grała tymczasem akustyczne ballady w konwencji nowoczesnego country. Inspiruje mnie wiele gatunków muzyki. Jazz, country, folk i blues – najchętniej powiedziałabym, że w równym stopniu. I dobrze to słychać.

Urodziła się jako Geethali Norah Jones Shankar w 1979 roku w Nowym Jorku. Jest córką tancerki, Sue Jones, która była wtedy impresariem koncertowym, i… mistrza sitara, legendarnego muzyka hinduskiego, Raviego Shankara. Ojciec porzucił matkę i córkę dość szybko i nie miał większego wpływu na dorastanie dziewczyny, która w wieku czterech lat zamieszkała z matką w Teksasie. Teksas, to niezwykła mieszanina wpływów. I kiedy się tam mieszka, to naprawdę nie sposób się przed nimi uchować. Cała ta mieszanina bez przerwy nas otacza – w samochodzie, w domu, na ulicy.

Norah wcześnie objawiła zdolności muzyczne, ale zawdzięczała to matce, której dom rozbrzmiewał najlepszą amerykańską muzyką. Słuchało się w nim płyt artystów takich jak Billie Holiday, Etta James, Aretha Franklin, Joni Mitchell, Ray Charles i Bill Evans. Żywa była tradycja country – dziewczyna wyrastała w uwielbieniu dla takich gwiazd tego gatunku, jak kultowy Hank Williams, czy bardziej współczesny Willie Nelson.

Obie kobiety były sobie bardzo bliskie. Podjęły wspólnie próbę przeprowadzenia się na Alaskę, ale po sześciu miesiącach wróciły na Południe. „Trochę jak Thelma i Louise, z tą różnicą, że nie zamordowałyśmy nikogo po drodze” – wspominała ze śmiechem tamtą kobiecą eskapadę. „Mogłyśmy więc spokojnie wracać do rzeczywistości”.

A to oznaczało powrót do szkoły i do kościoła. Norah Jones śpiewał w chórze i uczyła się grać na fortepianie, a także na gitarze. Kocham fortepian i zawsze będzie moim instrumentem, ale gitara jest wygodniejsza do swobodnego grania i to gitara jest bardziej związana z amerykańską piosenką. Na Uniwersytecie Północnego Teksasu zdobyła licencjat z fortepianu, ale nie dokończyła studiów. Wygrywała za to kolejne studenckie konkursy na Najlepszą Wokalistkę, a nawet na Oryginalną Kompozycję.

Kiedy skończyła 16 lat skróciła – podobno bez sprzeciwów ojca – nazwisko. W wieku 20 lat przeprowadziła się do Nowego Jorku, tłumacząc ten życiowy krok sytuacją w muzyce: Nowy Jork to światowe centrum jazzu. Jest nim co najmniej od pół wieku. Poznawała klubową scenę u boku nieznanych zespołów, z czasem jednak zaczęli ją otaczać bardzo zdolni, młodzi muzycy i autorzy, m.in. gitarzysta Jesse Harris oraz basista Lee Alexander, z którym Norah Jones związała się na wiele kolejnych lat.

Nowy Jork to czujne miasto, które słucha własnego pulsu przez całą dobę. Dość było kilku miesięcy muzycznej aktywności w jego klubach, a dwudziestolatki z Teksasu słuchali szefowie koncernu EMI. Jej amatorskie nagrania trafiły do oddziału Blue Note, ponieważ był to szczytowy okres popularności gatunku określanego jako smooth jazz i wydawało się, że każda produkcja firmowana tym oksymoronem daje gwarancję powodzenia. Szukano więc nowych talentów. A kiedy nowe talenty były ślicznymi, egzotycznymi brunetkami o zmysłowym głosie – podpisywano z nimi kontrakty. Fortepian i własny repertuar nie były bez znaczenia, ta mała miała potencjał.

3. Bollywood, czyli cienie przeszłości

I dowiodła tego już pierwszymi singlami: „Don’t Know Why” (autorem był Harris), „Feelin’ The Same Way” (autorem był Alexander), „Come Away With Me” (autorką była sama Norah Jones). A przy takim nagłośnieniu niemal z dnia na dzień przestała być osobą prywatną. Przekonała się o tym dość boleśnie, jednak – z imponującą u tak młodej osoby konsekwencją – położyła granicę pomiędzy tym co publiczne, a tym, co prywatne. Mówienie na mój temat rzeczy, które nie mają ze mną nic wspólnego, jest zwykłym kłamstwem. To wszystko – ucinała sprawę. Lecz nie wszystko, co mówiono na jej temat było nieprawdą. A wręcz przeciwnie.

Nazwisko jej ojca znane jest w zachodnim świecie, odkąd w latach 60. Beatlesi „odkryli” muzykę indyjską. Ravi Shankar jest jej ambasadorem, pierwszym uczniem wirtuoza sitara był sam George Harrison. Jednak osobiste życie starego mistrza nie należy do przykładnych. Jego pierworodny syn urodził się w Indiach już w 1941 roku. Ale muzyk miał nawyk zostawiania swoich kolejnych partnerek, dla kobiet młodszych, którymi – jak w przypadku Sue Jones – często bywały tancerki. Prasa wydobyła te fakty, a pikanterii dodało całej sytuacji „odkrycie” kolejnego utalentowanego dziecka artysty – zaledwie dwa lata po narodzinach Norah na świat przyszła Anoushka Shankar, jeszcze młodsza egzotyczna piękność, w dodatku grająca na sitarze.

Okazało się więc, że Norah Jones ma przyrodnią siostrę i to nagrywającą płyty już od 1998 roku. Dopiero na albumie Anoushki „Breathing Under Water” (2007) siostry wystąpiły razem, a w dodatku obok tak niecodziennych gości, jak Sting oraz… tata. Oczywiście, że lubię muzykę indyjską. Jest taka bogata i taka zmysłowa. Słucham jej tylko okazjonalnie, ale jest stale obecna w moim życiu. A jak czuła się w takim gronie – Anoushka i Ravi to w końcu ludzie, którzy pozostawali bardzo dalecy od jej życia zanim stała się sławna. Czy są to dla niej bardziej koledzy-artyści, czy może jednak rodzina? Jasne, że to rodzina. Rodzina przede wszystkim. Tata to tata, prawda?

I tak i nie. Ojciec jest ojcem wtedy, kiedy bierze na siebie odpowiedzialność za taką rolę. Ravi Shankar może być muzyczną potęgą, lecz przed obowiązkami rodzinnymi uciekał, jak mógł. Obie córki mają do niego wiele żalu. Anoushka miała łatwiej, bo do ojca zbliżył ją sitar i lata dzielone pomiędzy światem zachodnim a Indiami. Norah nie może powiedzieć o ojcu wiele dobrego, ale źle mówić nie chce. A sytuacja zmusiła córkę i ojca do zaciągnięcia koalicji. W 2003 roku napłynęła bowiem z Indii wieść sensacyjna: doświadczony reżyser indyjski, Dev Ananad, postanowił zrealizować w Bollywood film o skomplikowanych relacjach rodzinnych sławnej Norah Jones i jej równie sławnego ojca. Był już nawet – jakże bollywoodzki – tytuł roboczy: „Pieśń życia”. Koalicja córki i ojca (w takiej kolejności, jako że to Norah była teraz większą gwiazdą) zagroziła procesami, które miały (i podobno mogły) wstrząsnąć indyjskim przemysłem filmowym. Artystka powtarzała, że „oboje z ojcem są wściekli i że reżyser nie ma najmniejszego pojęcia o charakterze ich relacji”. A w naszej rozmowie dodała szczerze: Dobrze się stało, że porzucono ten filmowy projekt w Bollywood. Mogę powiedzieć, że nie miał zupełnie nic wspólnego z moją relacją z ojcem.

4. Panno Norah, kocham panią – basista

Zupełnie inaczej wyglądała jej relacja z pierwszym poważnym partnerem życiowym, jakim był basista jej zespołu i współautor wielu piosenek, Lee Alexander. Dziewczyny wychowane bez ojców miewają tendencje do związków stabilnych i trwałych. Ten był wzorcowy. Przystojny, wysoki mężczyzna u boku delikatnej gwiazdy zdawał się skałą, opoka bezpieczeństwa i pełnił taką rolę przez prawie osiem lat. I – paradoksalnie – to on nie wytrzymał. Ciśnienia? Chyba tak, chociaż był bezpośrednim uczestnikiem jej całego wzlotu, współtwórcą jej sukcesu. Basista opuścił ich wspólne mieszkanie przed samą gwiazdką 2007 roku. Brukowce donosiły potem, jak zalewa smutki imprezując w nowojorskich klubach. Ale niedługo. Norah Jones pozostała bowiem nieprzenikniona, a jej mężczyzna miał i chciał pozostać jej przyjacielem. A więc żadnych szczegółów.

Co nie oznacza, że brakowało materiału do spekulacji. Przeciwnie. Norah rozstała się nie tylko z basistą, ale z całym zespołem – The Handsome Band – który towarzyszył jej dzielnie (i wiernie) od początku kariery. Odcięła się. Jej cała ostatnia płyta, „Not Too Late” (2007) była wspólnym dziełem pary, artystka podkreślała rolę partnera w doprowadzeniu jej do ostatecznej postaci. Słuchacze zauważyli także, że nastrój tej płyty nie był aż tak refleksyjny, jak dwóch poprzednich. Jak każdy człowiek podlegam zmiennym nastrojom i mam rozmaite refleksje. Sukces zupełnie tego nie zmienia. Jak również fakt, że mam szczęśliwe życie. Piosenki powstają często właśnie w takich bardziej refleksyjnych momentach. Podobnie teraz, jak i wtedy Norah „tłumaczy się” ze smutnego nastroju swoich utworów. Wielu obserwatorów zarzuca jej pewną monotonię, złośliwi urobili jej przydomek Norah-Snorah („Nora usypiacz”).

Ale nagle wszystko się zmieniło. Na nowym albumie Norah pokazała zęby, a treść premierowych piosenek nie pozostawiała wątpliwości, kto był ich adresatem. Nie kamuflowały tego nawet tytuły, takie jak „You’ve Ruined Me” („Zniszczyłeś mnie”). Norah-autorka odkrywała w sobie nieprzeczuwane dotychczas pokłady szczerości: „Gdybym potrafiła dotykać się tak, jak ty mnie dotykałeś, nie potrzebowałabym ciebie” („I Wouldn’t Need You”). Płytę o wieloznacznym tytule „The Fall” (2009) – jesień, schyłek, upadek – zamykają dwa utwory wypełnione gniewem i… ironią.

Piosenka „Tell Yer Mama” odsyła adresata do rodziców (czytaj: niedoszłych teściów): Powiedz im, jak cię wychowali – dlaczego wychowali cię tak, że mnie skrzywdziłeś!?”. Ironicznym „najważniejszym facetem” („Man Of The Hour”) okazuje się… bernardyn, pies artystki. Najwierniejszy (sic!) przyjaciel nie tylko zdobi okładkę albumu, ale do niego należy ostatnie słowo. A raczej szczeknięcie zamykające pełną goryczy płytę.

Norah Jones konsekwentnie odmawia komentowania tekstów nowych piosenek. „Ucieka w muzykę” – może tylko na tym polu czuje się bezpieczna? Na najnowszej płycie jest zdecydowanie więcej rytmu, gra fantastyczna sekcja. Znalazły się na niej także eksperymenty z brzmieniem, charakterystyczne dla sceny niezależnej. To, że zmieniła się moja muzyka było naturalną potrzebą. Nie oznacza to jednak, że przestałam się interesować country czy jazzem. Przeciwnie. I tylko na temat piosenki „Waiting” – obok „You’ve Ruined Me”, „Tell Yer Mama” kluczowej dla całego albumu – powiedziała wprost: „Czekanie to najbardziej żałosne uczucie na świecie. Człowiek czuje się, jak pies godzinami patrzący na drzwi…” Tak mówi kobieta opuszczona.

Ale podobnie jak w przypadku trudnej relacji z ojcem, tak samo i teraz ta dziewczyna nie przyznaje się do bólu – nie wprost. Uzewnętrznia go tylko w piosenkach i udaje, że zmiany w jej muzyce mają charakter programowy, artystyczny: Zawsze lubiłam jazz i muzykę country. Teraz jednak – na najnowszej płycie – idę w nowym kierunku. Powiedziałabym, że bardziej w stronę rocka alternatywnego, w stronę muzyki nazywanej „niezależną”. Czy siebie także już nazywa „niezależną kobietą”?

Przyciśnięta – ostatnie piosenki nie składają się na wesołą układankę – odpowiada: Myślę, że w zasadzie jestem szczęśliwa, lecz to nie chroni mnie przed smutnymi myślami. Każda refleksja na ten temat wywołuje u niej nerwowy śmiech. Wrażliwość tej kobiety – po 37 milionach sprzedanych płyt i licznych trasach koncertowych – ma w sobie coś pierwotnego, absolutnie nieskalanego: Ludzkie emocje tworzą bardzo szeroki wachlarz i być może tylko niektóre jego odcienie sprzyjają powstawaniu piosenek. A może u każdego człowieka wygląda to inaczej?...

5. Szlachetny rodowód

Kariera Norah Jones od samego początku rozwijała się we wzorcowy niemal sposób. W dwa lata po spektakularnym debiucie Norah Jones wydała… drugi album. A to nie taka prosta sprawa – w branży muzycznej często mówi się o tzw. syndromie drugiego albumu (a czasem jest to „syndrom trzeciej płyty”). Po wielkim sukcesie niełatwo jest nawet podtrzymać napięcie, nie mówiąc o eskalowaniu… Drugi album bywa czasem najważniejszy dla całej kariery, ale udało mi się nie tworzyć go z takim poczuciem. Naprawdę, uważam, że nienajgorzej sobie poradziłam z całym tym zamieszaniem.

Nienajgorzej. Płyta była bezpretensjonalna i szczera i nosiła wszelkie znamiona autentyczności (tzn. nie była marketingowym klonem pierwszej). Ponownie był to materiał napisany przez wokalistkę i członków jej zespołu, ponownie były to trafione w dziesiątkę single, m.in. nowy światowy przebój „Sunrise” (napisany przez Norah i jej basistę, Lee Alexandra) oraz „What Am I To Do” i „Those Sweet Words”. Na tej płycie pojawiły się też gwiazdy – w duecie „Creepin’ In” zaśpiewała Dolly Parton, zaś z młodym zespołem zagrali gościnnie legendarni muzycy z grupy The Band: Garth Hudson (akordeon) i Levon Helm (perkusja). Nagrywanie z takimi muzykami, jak Levon Helm i Garth Hudson, było dla mnie prawdziwą nobilitacją. I wielką, wielką przyjemnością. Płyta „Feels Like Home” znalazła na świecie ponad 10 milionów nabywców, była też nagroda Grammy dla wokalistki za singiel „Sunrise”.

Trzeci album – uwaga, wchodzimy na niebezpieczny teren „syndromu trzeciej płyty” – nosił tytuł „Not Too Late” (2007). Piosenki na trzeci album powstawały w czasie mojego światowego tournee. Bywa jednak, że znajdujemy bardzo smutne inspiracje patrząc wokół siebie, niekoniecznie w głąb siebie. Bez przesady. Nie jest to płyta smutniejsza od poprzednich, stanowi natomiast zapis szczytowych osiągnięć spółki autorskiej Norah Jones/ Lee Alexander. A zarazem jej łabędzi śpiew (przynajmniej jak dotąd, chociaż słowa ostatnich piosenek wokalistki raczej nie zwiastują możliwości dalszej współpracy). Para artystów stworzyła wspólnie większość materiału. Ona pisała głównie muzykę, Lee – głównie słowa. Ale nad całością pracowali razem.

„Podwójna platyna” w sprzedaży i świetne przyjęcie ugruntowały artystyczną pozycję Norah. Jeżeli ktoś wątpił do tej pory, mamy do czynienia z trwałym zjawiskiem, to nie jest „dziewczyna na kilka sezonów”. A w dodatku… najlepiej sprzedająca się kobieta branży muzycznej pierwszej dekady XXI wieku. To właśnie po wydaniu tej płyty Norah miała powiedzieć, że „już nie czuje się naga, kiedy na nią patrzą”.

Artystka rozkwitała. Był to okres, w którym z wielkim entuzjazmem angażowała się w „projekty poboczne”, występując z grupami, których nazwy – przynajmniej na samym początku – zapewniały jej anonimowość. Najciekawszym z nich jest The Little Willies, zorganizowany wokół wspaniałego repertuaru, na jaki składają się standardy muzyki country. Każda dobra piosenka ma potencjał, żeby stać się standardem. Zmieniło się całe otoczenie, cały kontekst. Nasza epoka nie sprzyja powstawaniu evergreenów.

Norah Jones zasiada w nim przy fortepianie i – bez ciśnienia „jedynej wokalistki” – wykonuje z kolegami piosenki takich twórców, jak Hank Williams, Townes Van Zandt, Kris Kristofferson czy Willie Nelson. Tego ostatniego słuchała w domu wraz z babcią. Mam nadzieję, że zawsze będę mogła działać w takich „bocznych projektach”, bo wiąże się to ze swobodą w doborze repertuaru i w wyborze muzyków.

Teraz jednak miała przed sobą coś więcej – nie tylko grała piosenki swoich mistrzów, ale zaczęła nagrywać wraz z nimi. Najnowszy album „rudego przybłędy” zatytułowany „American Classic”, przynosi ponadpokoleniowy duet „Baby, It’s Cold Outside”. Willie Nelson zawsze był dla mnie drogowskazem. Nagrywając z nim miałam poczucie, że staję się częścią niezwykłej, bogatej tradycji. Tej samej tradycji, z której wywodzi się Dolly Parton. Ale Herbie Hancock to już tradycja całkiem inna – Norah zaśpiewała na jego znakomitej płycie z muzyką Joni Mitchell, „River – The Joni Letters” (2007) piosenkę „Court And Spark”. I nagrywała już z samym Rayem Charlesem! Myślę, że ratowało mnie to, że zawsze słuchałam ich muzyki. Oczywiście była to dla mnie niezwykła sytuacja. Ale też miałam poczucie, że obcuję z bliskimi mi ludźmi.

Bo jest to jedna z najpiękniejszych cech muzyki amerykańskiej – tworzy ona całość. Nie ma chyba dla muzyka lepszej inspiracji, niż amerykańskie standardy. To nasz wspólny język. I dlatego było nam tak łatwo się porozumieć. Wiek się nie liczył.

Rozumieją to liczni amerykańscy artyści, jednak tylko niektórzy z nich są w stanie stworzyć na tej imponującej bazie bluesa, folk, country, jazzu i R&B, własną syntezę. Tak jak Bob Dylan, jak wspomniany zespół The Band. To właśnie na płycie z Dylanem zespół The Band wykonał własną piosenkę „Bessie Smith”, poświęconą nieżyjącej legendzie bluesa. A kto dziś pamięta to nagranie? Właśnie Norah Jones, która nieoczekiwanie wykonała ten utwór na koncercie w Nowym Orleanie (2003).

Ciekawe, czy jej własne piosenki mogą stać z czasem standardami? Mówimy o nieco innych czasach. Był w muzyce okres, kiedy piosenki zdobywały wielką popularność – pochodziły głównie z musicali, ale potem wykonywali je wszyscy. Teraz jest ich zbyt wiele, żeby spotkały się z podobną atencją. I rzeczywiście, wszystko wskazuje na racjonalną zasadność podobnego wyjaśnienia. Jakość przeszła bowiem w ilość i to w ilość nieludzką – czasy kiedy cały Nowy Jork nucił najnowszy przebój z Broadwayu przeszły bezpowrotnie do legendy. Były to jedna czasy kilku stacji radiowych…

„Najlepsze, co dała mi sława” – powiedziała Norah Jones w wywiadzie – „ to szansa poznania ludzi, których uwielbiałam całe życie”. Widać już, że nie zmarnuje tej szansy. Jej duety z Willie Nelsonem czy z Rayem Charlesem dowodzą, że ta dziewczyna to dzisiaj absolutna światowa ekstraklasa. Senna czy nie senna – bezcenna.

A czy zagra jeszcze kiedyś country ze swoim kolegami? Nie jest już na nich zbyt wielka? Nie grałam z nimi od stycznia, ale The Little Willies to z pewnością projekt, do którego będę wracać. Mam tam szansę na swobodne muzykowanie z dala od świateł jupiterów. I na wykonywanie piosenek, które lubię najbardziej.

6. Amerykański prezydent, polska publiczność

Miłośniczka muzyki amerykańskiej nie obawia się zajmowania stanowiska w kwestiach politycznych i społecznych. Na rygorystycznie strzeżonej granicy pomiędzy osobistym a publicznym po tej pierwszej stronie znajduje się tylko ona sama. Osobiste, to dla niej intymne. Ale już poglądami dzieli się chętnie. Dla milionów fanów zaskoczeniem była piosenka „My Dear Country” („Mój drogi kraj”) z tekstem „Nic nie przeraża mnie bardziej, niż dzień wyborów”. Tamtą piosenkę napisałam w roku 2004, podczas poprzednich wyborów. To było okres głębokiej frustracji dla bardzo wielu ludzi. Ostatnie wybory i nowy prezydent bardzo mnie ucieszyli. Już się nie boję.

I bardzo chętnie pozostaje w temacie nowego prezydenta: Obama ma do pokonania wiele przeszkód, ale z pewnością zacznie je pokonywać. Nie mam pewności, czy zdoła dokonać wielkich zmian, ale nastrój jest nieporównanie lepszy. Prawdziwe, głębokie zmiany, wymagają wiele czasu. A co go różni od poprzedników, którzy tak przerażali artystkę? Wydaje mi się, że Obama ma serce we właściwym miejscu. I mam nadzieję, że tam pozostanie, bo on ma zalety od jakich większość polityków już dawno nas odzwyczaiła – szczególne wrażenie robi to na młodych ludziach. Norah Jones wolna jest jednak od bezkrytycznego idealizmu, jaki wydaje się otaczać Baracka Obamę w środowiskach artystycznych USA. Artyści wspierają nowego prezydenta. To fakt i to bardzo dobrze. Pytanie, czy ma to jakieś znaczenie… Nie tylko w Stanach wiadomo, jak przekłada się zaufanie społeczne na realną politykę. Nie nastraja to do optymizmu – Norah wie i o tym. Wiążę z Obamą wielkie nadzieje i życzę mu jak najlepiej. Mam nadzieję, że sobie poradzi, pamiętajmy jednak, że polityka to brudny interes…

Jej zdegustowanie poprzednią ekipą w Waszyngtonie rozszerza się na pojmowanie całego otaczającego świata. Są ludzie, z którymi łapie się fazę i tacy, z którymi nie sposób tego zrobić. Bardzo trudno jest odnaleźć punkt odniesienia do wielu ludzi. George W. Bush to jedynie przykład polityka, lecz podobne mu osoby spotykamy codziennie wokół siebie. Bo też ludziom Norah Jones przygląda się uważnie, jakby starała się ich „wyczuć”. I wszystko wskazuje na to, że ma w tym zakresie dobre wyczucie (może nie licząc basistów). Pamiętam koncert w Polsce – powiedziała mi niepytana. Pamiętam, że było to wyjątkowe miejsce i że publiczność była bardzo przyjazna. Dobrze mi się u was grało. Jej niezapomniany występ w Operze Leśnej (Sopot, 2007) przeszedł do historii. Artystka zaczarowała amfiteatr, a publiczność zgromadzona pod gołym niebem czuła się jak w intymnym, kameralnym klubie.

Na pewno najbardziej liczy się to, żeby dotrzeć do słuchacza. O tym nigdy nie wolno zapominać, nie tworzymy dla siebie. Wszystko inne – popularność, sprzedaż płyt – to dodatek. Jej muzyka może podlegać krytyce – zbyt monotonna, smutna, wolna? Tak, zgoda, to wszystko prawda. Ale jest Norah Jones absolutną mistrzynią nastroju.

7. Wróżenie z jagód

Ma też kolejną cechę, która zaskarbiła jej względy milionów słuchaczy: naturalność. Prawdziwa publiczność nie przyjmuje fałszu i dlatego kariery tzw. gwiazd medialnych trwają zwykle jeden sezon. Norah Jones – poza talentem – spełnia ten drugi ważny, nieodzowny wręcz warunek trwałego powodzenia. A w dodatku jest tego świadoma: Wydaje mi się, że rozwijam się jako muzyk i jako autorka. A także jako wokalistka. Na szczęście coraz mniej o tym myślę. Najważniejsza jest dla mnie naturalność.

I to właśnie ta jej zaleta wzbudziła zainteresowanie uznanego reżysera filmowego, Kar Wai Wonga. Kiedy zaproponował Norah współpracę przy nowym filmie, artystka była przekonana, że chodzi o muzykę. Myliła się. Chodziło o rolę. Spanikowana, nie chciała się zgodzić, zasłaniając się zupełnym brakiem doświadczenia. „To nic nie szkodzi” – odpowiedział reżyser. „Jesteś naturalna i to mi się w tobie podoba”.

Film, w którym Norah Jones wystąpiła obok takich aktorskich sław, jak Jude Law, Natalie Portman i Rachel Weisz, miał tytuł „My Blueberry Nights” („Jagodowa miłość”) i nie zdobył szerokiego uznania. Chwalony przede wszystkim za piękno wizualne, dał jednak pojęcie o aktorskim potencjale młodej piosenkarki i na pewno bardzo ładnie ją pokazał. Ona sama zaufała reżyserowi właśnie dlatego, że jego poprzednie filmy „były tak pięknie nakręcone”. Jednak na planie było ciekawiej, niż się spodziewała.

Przede wszystkim Kar Wai Wong zakazał jej brania lekcji aktorstwa. „Są ci zupełnie niepotrzebne” – wyrokował. Mogła więc robić to, co lubi najbardziej, czyli być sobą. Po drugie – spotkała ją zmysłowa przygoda. Przy nagrywaniu jednej ze scen całował ją Jude Law i para musiała powtarzać to ujęcie 90 razy! Najtrudniejsze był to, żeby się przy tym nie śmiać – wspomina. Ale pomiędzy ujęciami było bardzo wesoło! Niestety. Film kręcony w 2007 roku opowiada o kobiecie porzuconej przez ukochanego (w tej roli Norah), krył więc w sobie mroczne proroctwo…

7. Czy smutne zawsze będzie piękne

Jak potoczy się dalej ta imponująca kariera? Jakie będą dalsze losy tej utalentowanej wokalistki i autorki? Pozostanie przy muzyce, czy jednak spróbuje równoległej kariery aktorskiej? Norah Jones jest zagadką i na tym także polega jej urok. Ta filigranowa kobieta udźwignęła jeden z największych wyobrażalnych ciężarów – ciężar sławy. To każe się zastanowić, jak bardzo musi być silna. W jej obsesyjnej ochronie własnej prywatności jest coś więcej, niż „szaleństwo”. Oto szalenie skuteczna metoda.

Nie ugięła się. I nie zmieniła się zbytnio. Można powiedzieć: udało jej się ocalić siebie. Największą zmianą w jej życiu była przeprowadzka z Greenwich Village (tam napisała przy gitarze piosenkę „Come Away With Me” w „mieszkaniu o rozmiarach szafy”) do przestronnego apartamentu. Ostatnio wróciła do prowadzenia samochodu, choć na Manhattanie nie jest to niezbędna umiejętność: Samochód nie jest w Nowym Jorku potrzebny, ale nie chcę zapomnieć, jak się go prowadzi. Najgorsze, że jeżdżę jak starsza pani, a wszyscy na Manhattanie cały czas gnają. Częściej też występuje z gitarą. „Dziewczyna przy fortepianie” to nadal aktualny wizerunek. Jedno nie wyklucza drugiego. Wielokrotnie opowiadała, że nie wie, co robić z rękami.

I nadal pisze smutne piosenki. Na szczęście? Dla jej wielbicieli na pewno tak, nawet jeżeli ostatnie propozycje zaskoczyły ich bezpośredniością i odwagą. Bo najlepiej jej się pisze, kiedy jest sama i w nastroju (delikatnie mówiąc) refleksyjnym. Pogodzona z tym, że najlepiej czuje się w balladach, podkreśla, że przychodzą jej one „naturalnie”. Podkreśla jednak, że nie jest mroczną osobą. Smutne jest piękne i nigdzie chyba nie widać tego lepiej, niż w muzyce. Ale to wcale nie znaczy, że jestem melancholiczką. Mam na to zbyt wiele energii. A więc smutne piosenki, wesoła dziewczyna? Tak! – dopiero teraz wybucha śmiechem: Lepiej tak, niż gdyby miało być odwrotnie.

[ZWIERCIADŁO, 2010]

norah 

Foto: EMI

Popkulturystyka - Wywiady z artystami

Naszą witrynę przegląda teraz 10 gości