cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

BigEvent_4
QUADROPHENIA –
CZTERY STANY ŚWIADOMOŚCI I NIEŚWIADOMOŚCI GRUPY THE WHO

Reaktywowany po raz setny zespół THE WHO... 

...przypomniał ostatnio, na koncertach w nowojorskiej Madison Square Garden, jedno ze swoich największych dokonań, nagraną w 1973 roku „Quadrophenię”. Obok pochodzącej z 1969 roku rock-opery „Tommy” jest to najbardziej udane z monumentalnych (i najbardziej monumentalne z udanych) dzieł rocka. Oba dzieła stały się inspiracją dla twórców filmowych.

PRAWA PÓŁKULA (INTUICJA)

St.James Theatre - Broadway, Nowy Jork

Na Broadway chodziłem chętnie i często. Ale to kosztowna zabawa. Opracowałem więc metodę „zaliczania” musicali nie tylko bez rezerwacji, ale i bez biletu. Teraz ją zdradzę. Po pierwszym akcie teatry rozwierają swe podwoje, aby wypuścić na ulicę żądny fistaszków tłum. Należy się z tym tłumem - żując fistaszki - zmieszać, a po ostatnim dzwonku zająć najbliższe wolne miejsce. Genialne? Genialne - ale ma zalety i wady. Zalety: omija się pierwszy akt. Wady: nie sprawdza się zimą. Raz jeden tylko gnałem do St.James Theatre (gdzie pół wieku wcześniej rozbrzmiewała „Oklahoma!”), jakby grali co najmniej nagą wersję „Jesus Christ Superstar”. Grali „Tommy’ego”. Tam! Cholerny Townshend po raz kolejny sprzedał ten sam numer w nowym opakowaniu, ale jak mieć mu tego za złe? Chciwe ręce rozerwą opakowanie na strzępy - liczy się tylko produkt.

TOMMY

Kiedy w 1966 roku Townshend nagrał dziesięciominutowe pseudo-oratorium, Kit Lambert, menadżer The Who, zaśmiał się i rzekł: ‘rock-opera’. Mimowolnie został ojcem pojęcia, które nieźle jeszcze miało namieszać (zginął w roku 1981, spadając ze schodów). Townshend eksperymentował z formą. A Quick One (While He’s Away) - suita wokalna na temat zdrady, jakiej w czasie przedłużającej się nieobecności męża, dopuściła się (z maszynistą o imieniu Igor!), niewierna niewiasta - odstawała od konwencjonalnych rockowych produkcji. Kompozytor rzucił halucynogeny i poddał się opiece duchowej myśliciela hinduskiego, o wdzięcznym imieniu Meher Baba. Kiełkował zamysł tytułowej postaci przyszłego „Tommy’ego”. Założenia: posiadamy zmysły, ale pozostajemy ślepi na Rzeczywistość i na Nieskończoność. „Znalazłem paralelę w sytuacji autystycznego dziecka” - wyjaśnia Townshend. „Bohater jest  głuchoniemy i niewidomy, aby jego ograniczenia, w symboliczny sposób, reprezentowały nasze własne.” I co takiemu zrobić?

Richard Barnes, jest znawcą The Who, przyjacielem muzyków i autorem kilku książek o zespole (w 1963 roku zasugerował zmianę nazwy z The Detours na obecną, wszyscy jesteśmy więc mu winni kolejkę). W eseju „Głuchoniemy-niewidomy” pisze: „[…] zawarta w „Tommym” opowieść dotyczy morderstwa, zagrożenia, traumy, znęcania się nad dzieckiem, seksu, narkotyków, wizji, złudzeń, odmiennych stanów świadomości, przebudzenia duchowego, religii, szarlatanerii, sukcesu, gwiazdorstwa, wiary, zdrady, odrzucenia oraz…  bilardu.”  Nieźle, jak na rockowy album (nawet dwupłytowy). Ale najlepszy numer był z samym bilardem…

Wpływowy krytyk muzyczny, Nic Cohn, usłyszał surowe wersje kilku pierwszych utworów i nie był zachwycony. Chłopcom z The Who zależało na przychylnej opinii - klęska albumu oznaczała ruinę finansową. Cohn znany był ze swojej pasji do bilarda - Townshend wykorzystał tę słabość. Kiedy streścił niechętnemu krytykowi opowieść o głuchoniemym i niewidomym chłopcu, dodał - szczwany manipulator! - że chłopiec jest niepokonanym mistrzem elektrycznego bilarda. „Genialne!” - zawołał Cohn.

Ale w „operze” nie było nic na temat bilarda. Townshend pognał więc do domu i sklecił pospiesznie piosenkę Pinball Wizard : „Pomyślałem - o Boże, to fatalne. Najgorsza rzecz, jaką w życiu napisałem. Brzmi jak music hall. Uznałem, że to kompletne dno, ale postanowiłem iść na całość. Imitacja barokowej gitary we wstępie, potem flamenco, żeby wprowadzić trochę wigoru. Chwytałem pomysły skąd się dało. Nagrałem demo, puściłem w studio i wszyscy byli zachwyceni. Nasz inżynier powiedział: Masz przebój, Pete”.

W przeciwieństwie do krytyka, Ken Russell, reżyser „Diabłów” i kilku nadzwyczaj nieortodoksyjnych biografii wielkich kompozytorów (Czajkowski, Mahler, później Liszt - z wokalistą The Who, Rogerem Daltreyem, w roli głównej), nie posiadał się z zachwytu. Daltrey w roli Tommy’ego okazał się aktorskim objawieniem. Wystąpili pozostali członkowie grupy - w postać zboczonego wujka bezbłędnie wcielił się Keith Moon, perkusista. Kreację stworzyła Tina Turner, która jako Acid Queen, w iście psychodelicznej sekwencji, przeprowadza seksualno-narkotyczną inicjację chłopca. Największy hit z filmu należał do Eltona Johna, występującego w roli Czarodzieja Bilardu. Townshend nie uważał już, że Pinball Wizard to kompletne dno. I słusznie.

LEWA PÓŁKULA (ROZUM)

Bleecker Street Cinema - Greenwich Village, Nowy Jork

Często chodziłem do tego kina, nie było to bowiem kino typowe. Żadnych premier, żadnych kasowych hitów - kameralny klub filmowy dla kinomanów, to wszystko. Docierało tam kino alternatywne w czasach, kiedy „Pulp Fiction” byłoby uznane za komercyjny ‘mainstream’. Prezentowano kinematografię europejską, krótki metraż, dokumenty - słowem to, przed czym odwraca się ze wstrętem tzw. przeciętny widz amerykański (czy tylko?). Jedną z atrakcji tej naprawdę magicznej latarni były spotkania z twórcami kina.  Pewnego dnia - przed projekcją swego debiutanckiego dzieła, filmu „Quadrophenia”, którego oczekiwałem jak objawienia, bo powstał w oparciu o płytę The Who - rozmawiał z fanami młody twórca z Anglii, Franc Roddam [wiele lat później twórca filmu „K-2”]. A potem salwował się ucieczką. Wiedział, co robi. Już w pierwszych minutach powiało konsternacją. Film bardzo mi się podobał, ale niewiele rozumiałem z tego co mówią aktorzy. Czułem, że nie ja jeden. Uspokoiły mnie szepty widzów dokoła: What the fuck did he say? What the fuck did he say!

QUADROPHENIA

„Morze nie odmawia żadnej rzece”, napisał Townshend. Morze zabiera Jimmy’ego - bohatera „Quadrophenii”. Sam rzuca się w jego objęcia, na nieodłącznym motocyklu. Spektakularnemu skokowi z urywającego się, niczym koniec świata, angielskiego cliffu, towarzyszy najbardziej ekstatyczny moment całego burzliwego małżeństwa rocka z kinem - dwa połączone utwory The Who: The Rock i Love, Reign O’ver Me. Muzyczne crescendo, mogące służyć za atutowy argument w akademickiej dyskusji, czy rock jest sztuką. Jimmy jest Modsem i to czyni jego język niezrozumiałym nawet dla anglojęzycznej widowni. Jest Modsem, bo nie wie, co ze sobą zrobić. Nie cierpi zresztą na nadmiar alternatyw, a Rockersi po prostu go wkurwiają. Między gangami dochodziło do nieustannych starć - akcja „Quadrophenii” rozgrywa się w 1964 roku, kiedy walki rozprzestrzeniły się w nadmorskich kurortach na bezprecedensową skalę. (warto odnotować debiutancką rolę Stinga). Cztery stany świadomości, nieustannie walczące o dominację nad zachowaniami nieszczęsnego, rozdartego Jimmy’ego, nadają tytuł dziełu. ‘Quadrophenia’ to rodzaj schizofrenii z dzieleniem włosa na czworo. Jakby tego było mało, Townshend dorobił ideologię: stany owe symbolizują … czterech muzyków, tożsamość grupy The Who. Strona agresywna, władcza - to Roger Daltrey. Wokalistę reprezentuje motyw muzyczny, Helpless Dancer. Druga strona, refleksyjna, romantyczna, pełna wątpliwości - to John Entwistle. Motyw Johna, Is It Me?, pojawia się jako liryczna część ostrego numeru, Dr.Jimmy. Diabeł wcielony, Keith Moon, reprezentowany jest przez temat Bell Boy. Domeną perkusisty pozostaje wszystko, co dzikie, nieracjonalne, szalone. Dla siebie wreszcie, pozostawił Townshend wizerunek bohatera rozdartego duchowo, kwestionującego sens i wartość moralną prawd zastanych i rozpaczliwie poszukującego spełnienia w miłości. Finał albumu i finał filmu - utwór Love Reign O’er Me, jeden z najbardziej przejmujących w całym dorobku Townshenda - jest jego prywatnym hymnem.

„Quadrophenia” to bardzo dobry film. W imponujący sposób spisuje się amatorska obsada - nigdy jeszcze szatańska mikstura seksu, narkotyków i rock-and-rolla nie wyglądała równie przekonująco. Ścieżka dźwiękowa zawiera porcję pierwszorzędnej muzyki. Piosenki The Real Me, The Punk Meets The Godfather, 5:15, Dr.Jimmy, Love Reign O’er Me i utwory instrumentalne, The Rock oraz tytułowa Quadrophenia, należą do najlepszych w repertuarze The Who. Wątpliwości narzuca sama koncepcja dzieła. Co to znaczy, że osobowość Jimmy’ego ma cztery strony? Bohater filmu jest jednocześnie szalony i czuły, zagubiony i władczy. Jest postacią wiarygodną, żywą. Postacią pełną. Konwencja filmu, który nic zresztą na interpolacjach Townshenda nie traci, odwołuje się do chlubnej tradycji angielskiego realizmu, zrywa z symbolizmem „Tommy’ego”. Nie dajmy się tylko zwieść teoretycznym konstruktom Towshenda i jego wizji grupowej tożsamości. The Who to grupa agresywna i nastrojowa, pytająca i rozkazująca - jednocześnie. Racjonalna i intuicyjna. Wiarygodna. Żywa. Pełna.


Mózg tworzą dwie półkule. Przecięcie łączącego je spoidła wielkiego (kallotomia) nieodwracalnie zakłóca funcjonowanie tego przydatnego narządu, o którym Woody Allen powiedział, że jest to jego drugi ulubiony narząd. Zainteresowanych strasznymi i zabawnymi skutkami tego zabiegu odsyłam do książki Stanisława Lema „Pokój na ziemi”. Zainteresowanych muzyką The Who odsyłam przede wszystkim do dyskografii zespołu, wznawianej obecnie w nowym ‘remasteringu’ i wzbogaconej o nieznany materiał. Przypominam też o istnieniu bardzo dobrych filmów dokumentalnych - „The Kids Are Alright” (1979), „The Who Live: Featuring The Rock Opera Tommy” (1989). Niedawno ukazała się rewelacyjna historia koncertowa grupy - „The Who - 30 Years of Maximum R&B Live” (1994) - atutowy argument w akademickim sporze, czy The Who było czy nie było „najlepszą koncertową grupą świata”. Moim zdaniem było (wielokrotnie widziałem The Who na żywo), a ostatnie koncerty przekonują, że być może nadal nią jest. No, bo jeśli nie THE WHO, TO KTO

[MACHINA, 1996]

quad

Foto: Polydor

Satysfakcja - Varia

Naszą witrynę przegląda teraz 32 gości