cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

BAŁWAN NA NARTACH

Z czym kojarzy się zima tym wszystkim, którzy pamiętają śnieg? Z bałwanem. Ciekawe dlaczego. Przecież bałwan to, według „Słownika języka polskiego” (PWN), „posąg bożka pogańskiego”.

Owszem, ale kiedy zakazano oddawania czci bożkom, zabobonny człowiek opracował metodę okrężną: lepił je raz do roku ze śniegu, dobrze wiedząc, że wiosną nie pozostawią po sobie ani śladu, i – przyozdabiając im nosy marchewką (o kultach fallicznych napiszemy w „Kulturystyce” już wkrótce) – wielbił. Bałwochwalstwo, bo tak się to uczenie nazywało, w naszych czasach przybrało formę zbiorowego modlenia się o śnieg. Z tym, że nie o bałwany już idzie. Idzie o to, żeby jechać z rodziną na narty. Trwa sezon białego szaleństwa…

Narty niejedno mają imię. Największym powodzeniem cieszą się dyscypliny zjazdowe. Nie wolno jednak zapominać o czymś równie zdrowym, co zabawnym, czyli o nartach biegowych. W Skandynawii narodził się biathlon (dwubój zimowy), strzał w biegu. Konkurencja równie absurdalna, co letnie zawody w rzucaniu krowim łajnem (specjalność anglosaska). Płeć zawodniczek byłego ZSRR, występujących w dwuboju zimowym, nadal pozostaje tajemnicą dla nich samych. „Strzałem w biegu” studenci medycyny nazywają egzamin praktyczny z anatomii.

Osobną dyscypliną są skoki narciarskie, fortuna jednak i tu kołem się toczy – trzeba pamiętać o skaczących z „mamucich” skoczni Norwegach, z których wielu dotąd nie wylądowało! Nieszczęśnicy weszli na orbitę okołoziemską – kilku sponsorowały firmy telekomunikacyjne i zawodnicy ci pełnią obecnie rolę przekaźników.

Przyjrzyjmy się, w jakim kierunku przebiegała ewolucja nart zjazdowych. Początkowo człowiek jeździł na dwóch nartach, podpierając się kijkami. Stopniowo opanował technikę jazdy tak dalece, że kijaszki okazały się zbyteczne i narciarz mógł je odrzucić – ich niespodziewany nadmiar spowodował popularyzację pieśni ludowej „kto nie wypije, tego we dwa kije” (śpiewała Kayah do muzyki góralskiej). Ewolucja postępuje wielkimi krokami – albo susami, jak powiadają ewolucjoniści zakopiańscy. Z rozwojem narciarstwa było podobnie. Przełomowym krokiem (susem) okazało się przejście z dwóch nart na jedną, zwaną z angielska „snołbordem”.

Prekursorskim zwiastunem tej transformacji był – podejrzewam, że przypadkiem –twórca filmu „Głupi i głupszy”. W scenie na stacji benzynowej jeden z bohaterów (głupi albo głupszy) zagaduje atrakcyjną dziewczynę wiozącą narty na bagażniku. „Ładne narty” – mówi bohater. „Dziękuję” – odpowiada dziewczyna. „Twoje?” – kontynuuje on. „Tak” – mówi ona. Na to bałwan: „Obie?”. Na tle rewolucji trwającej we współczesnym narciarstwie urasta to do rangi proroczego widzenia!

Zwolennicy „snołbordu” – czyli, nazywając rzecz po imieniu: ludzie na jednej narcie – opanowali stoki i trasy zjazdowe i wdarli się przebojem do tradycyjnych konkursów mistrzowskich. A jaki będzie następny etap? Nietrudno zabawiać się w futurologa, kiedy kierunek zmian określono tak wyraźnie. Cztery – dwa – jeden… Co dalej? Odpowiedź brzmi: zero!

To jasne – finalnym krokiem jest… narciarstwo bez nart. Przewiduję stopniowe zmniejszanie gabarytów śnieżnej deski (tak brzmi spolszczenie słowa „snołbord”), prowadzące do opanowania techniki zjazdu na stopach (etapem przejściowym mogą być buty zjazdowe – „snołbuty”). Niestety, wniosek z tych prognoz, nasuwa się jeden. Ewolucja, jak fortuna, kołem się toczy – zjeżdżanie na sinych stopach po językach lodowców było rozrywką człowieka paleolitu, czego dowodzą liczne dzieła malarstwa naskalnego. Historia narciarstwa sięga czasów zlodowacenia!

Skoro już przy zlodowaceniu jesteśmy, warto wybiec myślą w przyszłość. Czeka nas stopniowe ocieplanie się planety. Coraz wyżej będziemy piąć się w góry, aby znaleźć język ośnieżonej połaci („na całej połaci śnieg” – pisał Jeremi Przybora, ale to starszy pan i jego zimy bywały jeszcze piękne jak w bajce). Aż nadejdzie dzień, w którym ostatni płatek śniegu na wierzchołku Mount Everest (8848 m n.p.m.) wyda ostatnie tchnienie i w postaci pary rozpłynie się w tej naszej wielkiej cieplarni bez ogrodnika. Pewien czas później jakiś sentymentalny wynalazca opatentuje nową generację nart –  na kółkach. Wpierw z kijkami (na ich końcu amortyzowane kółeczka), później bez. „Snołbordy” ożeni się z deskorolką i cały proceder rozpocznie się od nowa. Ostatnim etapem tej powtórzonej ewolucji byłaby – jak dowiodłem wyżej – jazda na stopach. Tym razem z kółkami. Narciarzy przyszłości będzie więc trapić… pękająca oponka. „Poszedłem na narty, ale złapałem gumę” – wydaje nam się dziś usprawiedliwieniem godnym bałwana. Przypinajmy więc deski, dopóki choć na kawałku połaci śnieg.

[URODA, 2000]

Popkulturystyka - Kulturystyka

Naszą witrynę przegląda teraz 19 gości