cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

DZIEWIĘCIU LENNONÓW

Grudzień 2000. Dwie rocznice, jeden kultowy artysta – John Lennon. Urodził się w 1940 roku. Zginął z rąk psychola w roku 1980. Gdyby żył, miałby już dzisiaj 60 lat.

Jego kolega – Paul McCartney – napisał dawno temu piosenkę When I’m Sixty Four („kiedy będę miał 64 lata”). Paul wygląda już teraz na ten wiek, choć paru wiosen mu jeszcze brakuje. John pozostanie wiecznie młody. To jego przekleństwo i przywilej.

John był zabawnym facetem i nawet w rocznicę jego śmierci warto o tym pamiętać. Może nawet przede wszystkim o tym? Podczas legendarnego występu The Beatles przed rodziną królewską (listopad 1963 roku w Teatrze Księcia Walii w Londynie) zapowiedział ostatni utwór w wykonaniu zespołu,
Twist And Shout, następującymi słowami: „Chciałbym, żeby wszyscy przyłączyli się do nas w tym numerze. Ludzie zajmujący tanie miejsca na balkonie mogą klaskać. Pozostali niech potrząsają biżuterią.” Na widowni zasiadała Księżna Małgorzata i Królowa Matka!

Lennon nie tylko miał poczucie humoru, ale wierzył w magiczną moc dziewiątki. Była jego ulubioną liczbą. To on był autorem piosenek
# 9 Dream („Marzenie numer dziewięć”) i Revolution No. 9 („Rewolucja numer dziewięć”). Dzielni numerolodzy ruszyli tropem dziewiątek w życiu Johna i doszli do zdumiewających rezultatów!

John urodził się 9 października, a kiedy zginął 8 grudnia w Nowym Jorku w jego rodzinnym Liverpoolu był już dziewiąty. Wiele z najważniejszych rzeczy w życiu artysty wydarzyło się w dziewiątym dniu miesiąca. 9 maja Beatlesi podpisali kontrakt z wytwórnią EMI. 9 lutego debiutowali w amerykańskim programie telewizyjnym „The Ed Sullivan Show”, który zapewnił im międzynarodową sławę. 9 listopada John poznał Yoko Ono, swoją muzę i żonę. 9 października urodził się Sean, ich syn. John Lennon miał prawo wierzyć w szczególny charakter liczby dziewięć.

Inny kultowy artysta – włoski reżyser Federico Fellini – zbliżył się do tej postawy obstawiając liczbę „Osiem i pół”. Kolejnym przykładem z poletka filmowego mogą być twórcy „Dziewięć i pół tygodnia”, którzy dopuścili się jednak lekkiej przesady. Może dlatego pierwszy film nadal cieszy się kultowym statusem, a drugi już nie?

Pielgrzymki kulturystyczne prowadzą mnie od paru lat do Liverpoolu, gdzie ostatnie dni sierpnia rokrocznie poświęcone są Beatlesom. „Beatle Week” – tak nazywa się to jedyne w swoim rodzaju muzyczne święto – przyciąga z całego świata wykonawców muzyki Wielkiej Czwórki oraz jej wielbicieli. Ale nie tylko. Nieuchronną plagą tych „sentymentalnych najazdów” na Liverpool są indywidua… imitujące Beatlesów.

Poznałem tam człowieka, który do złudzenia przypomina Paula McCartneya – także głosem. Pochodzi z Niemiec i nazywa się (podobno) Freddie May. Na pytanie, jak to jest być
ersatzem (słowo niemieckie), odpowiada – wymijająco – że trudniej mu jest zarobić na życie, niż oryginałowi. Poznałem przybysza z Newcastle, który odmawia – na czas „Beatle Week” – ujawnienia swojego prawdziwego imienia. Przez te kilka dni w roku nazywa się Ringo i koniec. Faktycznie, podobieństwo jest wprost niezwykłe.

Niestety w przypadku Gary’ego Gibsona, najsłynniejszego imitatora Johna Lennona, podobieństwo nie ogranicza się do wyglądu. Oczywiście wygląd doprowadzony jest do absolutnej perfekcji, dzięki kilku operacjom plastycznym i kilku latom spędzonym przed lustrem. Gary uśmiecha się, spogląda, mówi i żuje gumę identycznie jak John. Ale – na domiar złego – Gary także śpiewa jak John i tak jak John gra na gitarze…

Jego występy przyprawiają mnie o niedobrą gęsią skórę. Ten nieszczęśnik zatracił się w Lennonie, z upodabniania się do Johna uczynił cel i sens istnienia. Gary jest bardzo dobry, podobnie jak i cały jego zespół, z którym daje koncert, przypominający występ Beatlesa w Madison Square Garden w 1972 roku (znany z kultowej płyty i takiegoż filmu „Live In New York City”). Gary nie tylko śpiewa, gra i porusza się jak John. Nonszalancko zatyka palcem lewe ucho, w geście podpatrzonym i przejętym… Wywołuje przejmujące, ale makabryczne wrażenie. To niesmaczny kicz.

Był tylko jeden John – John artysta i człowiek. Innych Beatlesów również nie da się podrobić, ale paradoks chce, bym właśnie z rozmowy z naśladowcą Ringo dowiedział  się, że podczas ostatniego weekendu sierpnia od lat nie spadł w Liverpoolu deszcz… Facet z Newcastle, który tak łudząco upodobnił się do perkusisty The Beatles, nie ma żadnej wątpliwości czyja to zasługa. Podnosi rękę ku niebu i mówi z przekonaniem: „To John…” Jego przekonanie podziela większość przybyłych. To przejaw kultu.

Imitatorów Johna jest co najmniej tylu, ile było dziewiątek w jego życiu. Na szczęście dla nas (choć na nieszczęście dla niego, bo to przecież dlatego żył tak krótko) on sam był tylko jeden. I jeżeli trudno jest nam wyobrazić sobie świat, w którym John zaczął nagle „klonować” (
casus Gary Gibson), to przecież jeszcze trudniej byłoby wyobrazić sobie świat, w którym Lennona nigdy nie było. Świat, w którym nikt nie powiedział „dajmy szansę pokojowi” (Give Peace A Chance), „władza w ręce ludzi” (Power To The People), albo „wyobraź sobie, że nie ma nieba” (Imagine). I dlatego – trawestując słowa Johna – pozwolę sobie zamknąć dziewiąte (!) wydanie „Kulturystyki” hasłem, które może zainspiruje kogoś do rocznicowej zadumy: Imagine there’s no Lennon…

[URODA, 2000]

Popkulturystyka - Kulturystyka

Naszą witrynę przegląda teraz 91 gości