cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

Satysfakcja_small
SATYSFAKCJA
(1967-1969)


Fragment książki "Satysfakcja" [nadal w sprzedaży nakładem wydawnictwa In Rock].
Obejmuje intensywny okres, w którym najmniej było muzyki, ale za to ile się wtedy działo!...

DZIKIE KONIE

Rok 1967 był rokiem „Sierżanta Pieprza”, czyli rokiem Beatlesów. Bezapela­cyjnie. Ale był to rok ciekawy pod każdym względem, w pewnym sensie kulmina­cja epoki. Apogeum lat sześćdziesiątych – apogeum ruchu hippisowskiego, muzycznych innowacji, obyczajowych skandali. San Francisco stało się mekką „dzieci kwiatów” z całego świata. Scott McKenzie miał wkrótce zaśpiewać swój wielki przebój San Francisco (Be Sure To Wear Flowers In Your Hair) – „Jeśli wybierasz się do San Francisco, nie zapomnij wpiąć we włosy kwiatów”. Powiało strasznym kiczem, ale takie to już były czasy – „wielki kicz” mieszał się dość swobodnie z „wielką sztuką”. Wszelkie gradacje stały się nagle obce. Chodziło o to, żeby się dobrze bawić, żeby być szczęśliwym i uszczęśliwiać innych. Żeby być „beautiful”. Naiwny hedonizm – obowiązująca filozofia owego „Lata miłości” – definiował szczęście bardzo precyzyjnie. Pokochać się „na haju” przy dobrej muzyce. Tak, to było to! Kochali się wszyscy, z tym nie było problemu. Z narko­tykami też nie było problemu – do czasu. Młodzi ludzie, wypuszczający się na narkotyczne „odloty” (trips), nie wiedzieli jeszcze, że wielu z nich nie powróci.

W Stanach Zjednoczonych można było odbyć jeszcze inną podróż w jedną stronę – coraz więcej chłopców nie wracało z Wietnamu. Hippisi wypisywali na ścianach „Make Love Not War”, Beatlesi śpiewali All You Need Is Love, a tymczasem za udział w protestach przeciwko wojnie w Wietnamie aresztowana została pieśniar­ka folkowa, Joan Baez. Ponownie znalazł się w kłopotach niezmordowany Pete Seeger. Ojciec amerykańskiego protest-songu, „największy bard XX wieku”, albo, jak chcą niektórzy, „ostatni bard”, Woody Guthrie, zmarł we wrześniu w Nowym Jorku, po 15 latach beznadziejnej, odmóżdżającej choroby. Samo to wydarzenie wystarczy­ło, żeby uznać pewien rozdział za bezpowrotnie zamknięty.

Ale to tylko otwierało nowy rozdział. Bob Dylan, najsłynniejsze z „dzieci Guthriego”, po niebezpiecznym wypadku motocyklowym wycofał się w zacisze wiejskiego domu w Woodstock i pozostawił sprawy własnemu biegowi. Kiedy po paru latach powrócił do muzycznego życia, zastał wszystko odmienione. Jego głos nigdy już nie miał odzyskać dawnej rangi. Albowiem już w 1967 szło nowe.

Szło nowe i nazywało się psychodelia. Poczynając od SGT. PEPPER’S LONELY HEARTS CLUB BAND Beatlesów wszystko zaczęło się robić psychodeliczne. Odjazdowe, wizjonerskie, narkotyczne. Wielka Czwórka stworzyła największe dzieło w historii rocka – opinia ta nie uległa weryfikacji aż do chwili obecnej, a raczej wszystko wydaje się ją umacniać – ale też zaczęła podpadać. Tytuł piosenki Lucy In The Sky With Diamonds odczytywano jako rozwinięcie złowie­szczego skrótu LSD. Słowa „I’d love to turn you on”, pochodzące z piosenki A Day In The Life, zainspirowanej tragiczną śmiercią Tary’ego Browne, wspólne­go znajomego Beatlesów i Rolling Stonesów, który zginął w wypadku samocho­dowym, można było zrozumieć jako „tak chciałbym cię wciągnąć” (w domyśle: w narkotyki).

Były to jednak niewinne gry słowne w porównaniu z tym, co szykowało się w najbliższej przyszłości. W Londynie zadebiutował Jimi Hendrix, geniusz gitary, jeden z największych artystów swoich czasów. Na jego koncerty schodziła się śmietanka brytyjskich muzyków i wszyscy nie mogli uwierzyć własnym oczom i uszom – Eric Clapton, John Mayall, Peter Townshend, Jeff Beck, Brian Jones. Mick Jagger powiedział o występie Jimiego: „To najbardziej erotyczna rzecz, jaką zdarzyło mi się zobaczyć”. A nie widział jeszcze tak wiele. W kilka miesięcy później Hendrix podbił swoją ojczystą Amerykę, występując na pierwszym z serii wielkich festiwali rockowych, Monterey Pop. Na zakończenie koncertu Jimi odbył „stosunek z gitarą”, symulując kopulację na estradzie i oczywiście cały czas grając. Radosne spełnienie symbolizowała ejakulacja płomieniem. Z fallicznego pojemnika do napełniania zapalniczek Jimi sugestywnymi ruchami spuścił gaz i rzucił zapaloną zapałkę. Tak, Jimi był artystą na miarę epoki. W porównaniu z subtelnymi aluzjami Beatlesów piosenki Hendrixa to całe narkotyczne światy.

W USA zadebiutowała grupa The Doors. Jej nawiedzony lider, neurotyczny poeta Jim Morrison, zaczął estradową karierę z opinią enfant terrible showbusinessu. Skończył, tak jak i Hendrix, tragicznie. Morrison sprowadził rockowe przesłanie do archetypalnego obnażania podstawowych popędów ludzkiego libido. Hasła w rodzaju „Ojcze – chcę cię zabić, matko – chcę cię zerżnąć” oraz notoryczne pijaństwo przysporzyły mu wielu kłopotów, ale Jim należał do najbar­dziej bezkompromisowych twórców. Kiedy The Doors wykonywali w programie Ed Sullivan Show swój wielki przebój Light My Fire, gospodarz poprosił Jima, żeby zmienił lub ominął wers „Girl, we couldn’t get much higher” (dwuznacznik: „Dziewczyno, nie mogliśmy wznieść się wyżej”, czyli po prostu ...nie mogliśmy się bardziej zaćpać). W czasie nagrania jednak Morrison i tak zaśpiewał piosen­kę bez żadnych zmian. Sullivanowi rockowi wykonawcy mogli się śnić po nocach.

Młodzi ludzie emancypowali się na wszystkich frontach. Zaczynali przejmo­wać w swoje ręce inicjatywę w sferach, które do tej pory wydawały się zarezer­wowane dla przedstawicieli establishmentu. Symboliczną wymowę miało powsta­nie, właśnie w 1967 roku, magazynu „Rolling Stone”. Symboliczną wymowę miała sama nazwa pisma. Zgodnie z założeniami wydawców koresponduje ona zarów­no z wiadomym przysłowiem, jak i bezpośrednio z nazwą zespołu, uważanego przez coraz szersze kręgi krytyków i słuchaczy za the greatest rock-and-roll band in the world – największy zespół rockowy świata. The Rolling Stones (pluralis) mogli być z tej nobilitacji tym bardziej dumni, że „The Rolling Stone” (singularis) uzyskał błyskawicznie rangę najbardziej autorytatywnego magazynu poświęcone­go muzyce rockowej oraz towarzyszącym jej zjawiskom kulturowym, społecznym i politycznym.

Lata sześćdziesiąte to okres, kiedy skostniały kark showbusinessu zaczął nabierać elastyczności, żeby ugiąć się wreszcie przed twórczą jednostką (oczywiście nie do końca, ale zawsze...). Występy rockowych wykonawców przed wielotysięczną widownią stały się alternatywą „mieszczańskiej” telewizji. Nieza­leżne, młode wytwórnie płytowe stały się alternatywą koncernów monopo­lizujących do tej pory rozrywkę. W marcu 1967 w San Francisco Tom Donahue nadał pierwszą audycję niezależnej, „pirackiej” stacji radiowej KMPX. Zjawisko to szybko się rozprzestrzeniło i niczym nie skrępowany rock zagościł w eterze w pełnej krasie – oficjalne stacje musiały dostosować repertuar do wymogów współczesności. Coraz więcej ludzi wierzyło, że, jak miał zaśpiewać po latach Neil Young, „rock and roll nigdy nie umrze”.

W Londynie rozszalał się Underground. „Podziemie” jednoczyło młodych, anarchizujących działaczy społecznych i politycznych oraz funkcjonujących poza oficjalnymi kanałami artystów. I w sztukach plastycznych, i w muzyce obowiązy­wała psychodelia. Rockowej awangardzie przewodził w Londynie kierowany przez plastyka, Syda Barretta, zespół Pink Floyd. Pozostali członkowie grupy byli studentami architektury. Dotychczasowa estetyka muzyki rockowej zaczęła ule­gać przewartościowaniom, a działalność Pink Floyd leżała u podstaw tego zjawi­ska w Wielkiej Brytanii. Odchodzono od utartych kanonów, poszukując granic rocka. Jazz-rockowe fuzje, takie jak Colosseum czy The Soft Machinę, nie porzucając bluesowych korzeni stworzyły nową, akceptowalną formułę. W Sta­nach ich odpowiednikami były takie zespoły, jak The Electric Flag czy, bardziej komercyjny, Blood Sweat and Tears.

Ale wśród naśladowców Pink Floyd zrodziło się pojęcie art-rocka, rocka „rozciągniętego” już nie w stronę jazzu, lecz w stronę muzyki klasycznej. W sa­mym założeniu tkwił błąd. Rock do muzyki poważnej nie wniósł nic, a klasyczne przeszczepy w muzyce rockowej nie mogły się przyjąć. Powstawały jedynie hybrydy. Zespół Pink Floyd, inicjator ruchu, wyszedł w końcu ze ślepej uliczki – już bez Barretta – nagrywając po latach kilka dobrych płyt, w tym klasyczną DARK SIDE OF THE MOON. Ale ci z jego naśladowców, którzy odeszli zupełnie od rhythm and bluesowych korzeni, tacy jak grupa Yes czy koszmarni „symfonicy” Emerson Lake and Palmer, zamienili w rezultacie swych poszukiwań estetykę rocka na estetykę szmiry. To między innymi miało doprowadzić w przyszłości do kryzysu muzyki popularnej w połowie lat siedemdziesiątych.

Londyn A.D. 1967 daleki był jednak od myślenia o kryzysie. Obiegające miasto słowo „Underground” brzmiało tajemniczo i obiecująco, czy było szeptane, czy mówione, czy wykrzykiwane. Underground to właściwie tylko hasło, trudno bowiem nazywać podziemnym coś, co działało w sposób tak jawny. „Podziemną” gazetę „International Times”, a także „podziemny” magazyn „Oz”, sprzedawano na ulicach Londynu, nie w kanałach. Nieformalnym przywódcą ruchu był John Hopkins, dla przyjaciół Hoppy, fizyk, absolwent Cambridge, były pracownik Instytutu Badań Atomowych w Harwell. W jego mieszkaniu na Queensway znaj­dowało się nieoficjalne centrum koordynujące działania Undergroundu. Należał do założycieli „International Times”. Owocem jego starań było otwarcie klubu UFO na Tottenham Court Road. Zadaniem UFO Club, do którego głównych atrakcji należały psychodeliczne (światła, slajdy, dymy etc.) koncerty Pink Floyd, była zbiórka funduszy na publikację „International Times”. W redakcji z Hopkinsem współpracował kumpel Johna Dunbara, Miles. Razem z porzuconym mężem Marianne Faithfull prowadzili Indica Galery, a także księgarnię Indica, gdzie rozprowadzano „International Times”. Obie firmy były ważnymi punktami na mapie londyńskiego Undergroundu. Dunbar i Miles rozkręcili je mając 1600 funtów pożyczonych od piosenkarza Petera Ashera, brata Jane Asher, dziewczy­ny Paula McCartneya. Dwóch Amerykanów, Jim Haynes i Jack Henry Moore, także wchodziło do redakcji. Oprócz tego obaj panowie prowadzili awangardowe centrum interdyscyplinarne, Arts Lab. Gości z USA było zresztą więcej. Londyński Underground często odwiedzał Andy Warhol, wprowadzony do towarzystwa przez swojego dealera, Roberta Frazera. Bywali William Burroughs i przywódca amerykańskich beatników, Allen Ginsberg. Środowisko było czysto intelektualne, dopóki nie zdarzyła się anegdotyczna historia. Uliczny gang z East Endu, okre­ślający się jako Firma, wykonał akcję na UFO Club, zamierzając rozprawić się z jego ekscentrycznymi bywalcami. Skończyło się na tym, że młodociani przestę­pcy zaangażowali się w „podziemną” ideologię i zaczęli współpracować. Under­ground był zachwycony! W jego szeregach pojawili się prawdziwi proletariusze – i to w jakim stylu!

Entuzjazm panujący w Undergroundzie nie był jednak podzielany przez większość społeczeństwa. I nic dziwnego. Społeczeństwo postrzegało Under­ground, najzupełniej słusznie, jako zamach na swoje tradycyjne wartości. „Pod­ziemie” było apolityczne i pokojowo usposobione, ale sam fakt jego istnienia stanowił wyzwanie. Młodzi ludzie buntowali się przeciwko temu, o co walczyli ich rodzice, ale w starej gwardii była jeszcze siła. Szykowała się wojna podjazdowa. Już w 1966 roku Robert Frazer został ukarany za zakłócanie porządku po tym, jak zorganizował wystawę prac młodego malarza amerykańskiego, Jima Dine’a, zatytułowaną „Londyńskie Serie”. Tematem obrazów był, co prawda, członek, ale delikatne akwarelki nie wydawały się nikogo gorszyć ani specjalnie podniecać. Stara gwardia zadała po prostu pierwszy cios. Najlepszą obroną jest atak. W lutym 1967 roku policja wtargnęła do biura „International Times” i skonfiskowa­ła każdy skrawek papieru, jaki się w nim znajdował. Powód? W jednym z wywia­dów w 7 numerze pisma padło słowo „motherfucker” (lepiej go nie tłumaczmy, nie ryzykujmy konfiskaty). Numer 8 nie mógł iść do druku, odczytano go na głos w klubie UFO. Ale policja wkrótce wszystko zwróciła i nikt nie został oskarżony.

Było lepsze pole, na którym można było próbować rozprawić się z Undergroundem. Narkotyki. Tu skuteczność mogła być większa. Znowelizowane niedawno ustawy dawały aparatowi sprawiedliwości wiele swobody. W społeczeństwie pano­wała na ten temat kompletna ignorancja. Nikt nie wiedział, czy marihuanę zalicza się do narkotyków ciężkich czy lekkich, a może do używek. Znudzone gospodynie zażywały legalnie amfetaminę (osławioną „pomagierkę mamusi” z piosenki Stone­sów). Nie prowadzono żadnych badań na temat działania i wpływu narkotyków. Amerykański doktorant w Oksfordzie, Steve Abrams, udawał się do różnych instytucji przedkładając program takich badań i przekonując o konieczności ich podjęcia. Nie spotkał się ze zrozumieniem. Policyjny szef Wydziału do spraw Narkotyków dał mu odczuć, że wie wszystko na temat jego własnych „eksperymentów”, podając nawet dokładną topografię jego mieszkania ze wszystkimi skrytkami na „towar”. Ale nikt nie ruszył Abramsa. Plotka głosi, że policja wiedziała, iż amerykański student ma u siebie 10-letnią korespondencję i nikt nie miał ochoty tego czytać.

Akt prawny z 1964 roku zabraniał posiadania konopi indyjskich, a poprawka z 1965 czyniła przestępcą każdego, kto pozwalał na palenie marihuany czy haszyszu w lokalu lub na terenie, którego był właścicielem. Ta część wydawała się szczególnie niesprawiedliwa. Pewną kobietę z Oksfordu postawiono w stan oskarżenia, ponieważ palono marihuanę w mieszkaniu, które należało do niej, ale wynajęte było lokatorom. W jej obronie stanął sam profesor Robert Graves.

Wiele emocji wzbudziło także uregulowanie kwestii leków pobudzających. Od 1964 roku środki zawierające amfetaminę mogły być kupowane tylko na receptę. W teorii miało to ułatwić policji wyłapywanie handlarzy. W praktyce czyniło każdego posiadacza takich środków podejrzanym o handel, jeśli tylko nie mógł wykazać się receptą. Zatarła się granica pomiędzy handlarzem a narkoma­nem, granica, bez której nie sposób podejmować ani żadnych realnych środków prewencyjnych, ani policyjnych.

Oba akty prawne miały zasadniczo wpłynąć na bieg wydarzeń w zespole The Rolling Stones w 1967 roku. A także na muzykę zespołu w tym roku.

Nie był to bowiem rok upływający pod znakiem muzyki. Narkotyki i ciągnące się po różnych instancjach procesy, a nie płyty, ogniskowały wokół Stonesów uwagę opinii publicznej. Zespół wydał dwa single i dwa albumy, ale większość zaprezentowanego materiału była znacznie poniżej utrzymywanego do tej pory poziomu. Zaczęło się jednak znakomicie. Singel Let’s Spend The Night Together / Ruby Tuesday ukazał się 13 stycznia i należy do najlepszych w dorobku zespołu. Miał właściwie dwie strony A, w USA został wydany w odwrotnym układzie piosenek. Słowa pierwszej wzbudziły zbyt liczne kontrowersje.

Spędźmy razem noc
Potrzebuję cię teraz bardziej niż kiedykolwiek
Spędźmy razem noc, już teraz

Większość stacji radiowych zagłuszała „nieprzyzwoite” słowo noc (!), a i Ed Sullivan poprosił chłopców, żeby coś z tym fatalnym słowem zrobili. Mick, bardziej skory do kompromisu niż Jim Morrison, podczas występu w programie Sullivana mruczał coś pod nosem w kulminacyjnych momentach, zaprzecza jednak, jakoby śpiewał „let’s spend some time together” („spędźmy razem trochę czasu”), jak to niektórym wydawało się, że słyszeli.

Brytyjczycy okazali się bardziej oświeceni. Stonesów zaproszono do wyko­nania przeboju w niezwykle popularnym show telewizyjnym Sunday Night At The London Palladium. Zastrzeżeń cenzuralnych nie było, ale chłopcy i tak zrobili aferę. Pod koniec widowiska wszyscy wykonawcy tradycyjnie żegnali się z widza­mi wychodząc wspólnie na obrotową scenę. Rytuału tego, wrośniętego w świa­domość brytyjskich telewidzów, nie zmącił nigdy żaden profan. A Stonesi olali. Nie pomogły wykrzykiwane z furią rozkazy Oldhama. Nie wyszli i już. Sytuację „ratowało” dwóch komików – Peter Cook i Dudley Moore – którzy wyciągnęli na obrotowy finał kukły Stonesów nadnaturalnej wielkości. Ich autorem był Gerald Scarfe, rysownik wsławiony później współpracą z Pink Floyd (THE WALL) oraz małżeństwem z Jane Asher, w 1967 wciąż jeszcze dziewczyną McCartneya.

Czyżby z powodu tej obrazy piosenka Let’s Spend The Night Together doszła w Anglii zaledwie do drugiego miejsca? Nieważne. Świetna melodia, wpadający w ucho fortepianowy riff oraz wyjątkowo sprawne harmonie wyśpiewy­wane przez Stonesów czynią z niej i tak jeden z klasyków zespołu. W Stanach singel święcił „obustronne” tryumfy – hitem numer jeden została Ruby Tuesday.

Nie pytajcie po co jej aż tyle wolności
Powie wam że nie wyobraża sobie tego inaczej
Nie da się jej sprowadzić do życia
W którym nie ma ani zysków ani strat
Przy takich kosztach
Żegnaj Ruby Tuesday...

„Rubinowy Wtorek”, tytułowa bohaterka to podobno jakaś niestrudzona groupie, jest jednym z najcieplejszych utworów w dorobku Stonesów. Miła, folk-rockowa melodia, zabarwiona przez Briana Jonesa dźwiękiem fletu prostego, mogła wywołać u słuchacza niemal sielankowy nastrój. Ale ten znakomity singel wyczerpywał limit muzycznych wzruszeń.

Wydana w kilka dni później duża płyta BETWEEN THE BUTTONS mogła rozczarować, szczególnie brytyjskich fanów. Jedynie amerykańska wersja zawie­rała piosenki z ostatniego singla. Płyta brytyjska jest niezła, utrzymana na równym poziomie, ma z lekka psychodelizujący, folk-rockowy klimat, brakuje na niej jednak choć jednej bardzo dobrej piosenki. Włączenie Let’s Spend The Night Together i Ruby Tuesday mogło wydatnie podnieść jej rangę, ale tak się niestety nie stało. BETWEEN THE BUTTONS sprawia wrażenie resztek po znakomitej AFTERMATH. Są to niejednokrotnie resztki bardzo jeszcze kaloryczne, tak jak Back Street Girl czy Connection, ale wystawiają zespołowi świadectwo lekkiego zagubienia. AFTERMATH zamknął pewien rozdział, ale BETWEEN THE BUTTONS nie otworzył nowego. A chłopcy sami śpiewali na tej płycie w piosence Yesterday’s Papers:

Kto chce wczorajsze gazety?
Kto chce wczorajszą dziewczynę?
Kto chce wczorajsze gazety?
Nikt na świecie

Stonesi pisali swoje piosenki w drodze i dotychczasową część ich twór­czości potraktować można jako zapis stanów świadomości rockowego muzy­ka, dokonany na podstawie najbardziej bezpośrednich doznań. O piosenkach z BETWEEN THE BUTTONS krytycy napisali, że sprawiają wrażenie, jakby dotyczyły wciąż tych samych dziewczyn i tych samych ekscesów. Nie bez znaczenia dla produkcji płyty był wpływ Oldhama. Andrew w nieco bezkrytyczny sposób wyidealizował postać Phila Spectora i bardzo chciał zostać brytyjskim odpowiednikiem wielkiego producenta. Ale robić „operę” ze Stonesów? Co za pomysł...

Wydarzenia lutego odwróciły uwagę słuchaczy od nagrań zespołu. Prasa roztrąbiła największą, związaną z muzykami rockowymi, sensację, od czasu gdy Jerry Lee Lewis poślubił swoją 13-letnią kuzynkę. Prasa, uosobiona przez magazyn „News Of The World” (NOW), wypowiedziała wojnę uosobionemu przez The Rolling Stones pokoleniu rocka. Stara gwardia wypowiedziała wojnę Undergroundowi.

Mick Jagger znał większość osób z Undergroundu, z wieloma się przyjaźnił. Był dość ostrożny, żeby zachować dystans, ale orientował się świetnie w tym, co się dzieje. Razem z Mariannę wziął udział w całonocnym przyjęciu w Round­house z okazji wydania pierwszego numeru „IT". Goście mieli wystąpić w kostiu­mach i Mariannę zdobyła nagrodę za habit zakonnicy, który kończył się na wysokości pasa. Paul McCartney przybył przebrany za Araba.

Do pewnego czasu gazety nie pisały o narkotykach w życiu znanych osobistości. Ale pierwszy cios na zawsze zburzył ścianę milczenia. Przyjął go Donovan. Brytyjski piosenkarz (folk + folk-rock + psychodelia) został w lipcu 1966 roku skazany na grzywnę 250 funtów za posiadanie marihuany. Dla prasy był to początek reakcji łańcuchowej. Na początku 1967 roku plotkarski gigant, „News Of The World” (16 milionów czytelników!), rozpoczął druk serii Pop Stars And Drugs – Gwiazdy muzyki pop i narkotyki. Pisał reporter Mike Gabbert, który zasłynął wytropieniem afery piłkarskiej, po której 17 osób poszło do więzienia. „NOW miało sztab prawników czuwających nad tekstem – wszystkie wiadomości były dobrze sprawdzane, żeby wykluczyć możliwość pomówienia. 5 lutego ukazał się drugi odcinek serii. Dotyczył głównie prywatek urządzanych w domu członków zespołu The Moody Blues w Roehampton. Trzech spośród nich – w tym późniejszy członek The Wings, Denny Laine – przyznało się do używania LSD. W artykule był także wymieniony Ginger Baker, perkusista supergrupy Cream, oraz Pete Townshend, lider The Who. Znalazła się niestety także wzmianka o Jaggerze i od niej wszystko się zaczęło.

„Wywiadowcy” NOW, którzy spotkali Jaggera w londyńskim klubie Biases (w artykule był błąd, podano nazwę Blaises) donosili: Jagger opowiadał, jak brał LSD; Jagger, w trakcie krótkiej rozmowy, połknął co najmniej sześć tabletek z benzydryną; Jagger wyjął z kieszeni kawał haszyszu i zaprosił kumpla oraz jakieś dwie panienki do siebie, żeby go razem wypalić. Jagger, Jagger, Jagger. Po prostu degenerat. Problem polegał na tym, że Mick nie rozmawiał z nikim w Biases, nie opowiadał o LSD, nie łykał pigułek, nie częstował haszem.

Trudno się dziwić, że zagotował się z oburzenia. Święty nie był, ale na pew­no był ostrożny. Traf chciał, że w dniu, w którym ukazał się numer pisma, Jagger występował w telewizji w Eamonn Andrews Show. Nie mogło się obyć bez podchwytliwego pytania: „To co my tam czytamy o tobie, Mick?” Jagger odparł kategory­cznie: „Nie będę na ten temat dyskutował. To wszystko nieprawda. To pomówienie. Oskarżam NOW o zniesławienie”. Wojna została formalnie wypowiedziana.

I to wojna nie na żarty. Ludzie z NOW wiedzieli, co robią, a przegranie procesu mogło ich kosztować miliony. Już następnego dnia, 6 lutego, cała prasa pełna była sensacyjnych spekulacji. Ktoś napisał, że NOW wygrało więcej procesów o zniesławienie, niż Jagger połknął w życiu tabletek pobudzających. Ale The Rolling Stones byli już także międzynarodową instytucją, cieszącą się moralnym poparciem milionów młodych ludzi. Zadziwiające było jedno – seria Pop Stars And Drugs miała w założeniu przedstawiać wyłącznie historie prawdzi­we. Co więc zaszło?

Najprawdopodobniej zaszła pomyłka. Historia nie była zupełnie wyssana z palca, Stonesi odwiedzali klub Biases. Przypuszczenia Jaggera zaczęły sku­piać się wokół osoby Briana Jonesa. Tak, to było w stylu Briana. Kompletnie nieodpowiedzialny, roztargniony, przyjmował wszystkie narkotyki, jakie mu wpad­ły w ręce, częstował, rozmawiał bez najmniejszego skrępowania z nieznajomymi. Wszystko wskazywało na to, że wtedy w Biases to był on. Więc dlaczego pojawiło się nazwisko Jaggera? Albo „wywiadowcy” mieli kiepską pamięć wzrokową i – nie zaliczając się do fanów zespołu – po prostu pomylili osoby, albo świadomie zamienili Briana na Micka, żeby dodać donosowi splendoru. To pierwsze wyjaś­nienie wydaje się zresztą o wiele bardziej prawdopodobne.

Jagger wystąpił z oskarżeniem, obie strony szykowały prawników. Rozpo­czynała się długa batalia. Mieli za sobą dopiero pierwszą potyczkę, ale na drugą nie trzeba było długo czekać. Chłopcy z zespołu The Rolling Stones nie spodzie­wali się jednak, z jaką premedytacją wymierzone będzie uderzenie przeciwnika.

Następny weekend Mick i Marianne spędzali w domu Richardsa w Sussex, właśnie w nowo nabytej posiadłości Redlands. Był gospodarz, byli także kumple. Robert Fraser, Michael Cooper, Christopher Gibbs i rudowłosy bumelant z Chel­sea, Nicky Cramer. Była jeszcze jedna, bardzo tajemnicza postać. Przybysz znikąd, prawdopodobnie Amerykanin, przebój towarzyski Londynu od kilku ty­godni. Nazywał się rzekomo David Schneidermann, ale przedstawiał się także jako David Britton. Nigdy nie rozstawał się z teczuszką, w której nosił wszystkie znane i sporo nieznanych narkotyków. Propagował używanie LSD, czemu za­wdzięczał przezwisko Acid King David. Miał odegrać w przygodzie Stonesów znaczącą rolę.

To właśnie Schneidermann obudził w niedzielny poranek gości Redlands, serwując herbatę i tabletki „białej błyskawicy”, miłego halucynogenu o działaniu podobnym, lecz łagodniejszym od LSD. Większa część kompanii poszła z powro­tem spać. Obudzili się nieco później kompletnie odjeżdżając. Fraser i Gibbs spacerowali po okolicy, kilka osób udało się z nimi na przechadzkę po plaży. Po południu marokański służący Frasera podał obiad, po którym towarzystwo oddało się błogiemu relaksowi w salonie. Niektórzy zapalili jointa. Mariannę zafundowała sobie kąpiel, a nie chcąc wskakiwać ponownie w nieświeże jeansy, owinęła swoje piękne ciało w futrzany dywanik. Telewizor był włączony, ale bez głosu – słucha­no płyt The Who i Dylana.

Około 20.30 rozległo się pukanie do drzwi. Otworzył Keith. Człowiek w białym, nieprzemakalnym płaszczu, przedstawił się jako nadinspektor Dinely, zapytał Richardsa, czy jest właścicielem domu i wręczył mu nakaz rewizji. Za jego plecami szykował się do akcji oddział umundurowanej policji. W chwilę później byli już w środku i przystępowali do dzieła. Narkotyczna kompania była może z lekka zdziwiona, ale w szampańskich humorach – ktoś włączył płytę Dylana BLONDE ON BLONDE. Album otwiera niesławny hit Rainy Day Women Nos. 12 & 35, więc rewizja rozpoczynała się przy okrzykach „Everybody must get stoned!” Policjanci pozostali niewzruszeni. Widać było, że sytuacja nieco zbija ich z tropu, tym bardziej rezolutnie starali się wykonywać swoje obowiązki. Sensację wzbudzała Mariannę. Dywanik kilka razy się obsuwał, co najwyraźniej ją bawiło i co ewidentnie odwracało uwagę myszkujących policjantów. Parę ostrych poli­cjantek odmaszerowało z Mariannę na piętro, żeby poddać ją tam rewizji. Ciekawe co przetrząsały? Dywanik?

Policjanci bobrowali z głową, przynajmniej pozornie. Pety, fifki, okruchy tytoniu (czy tylko?) lądowały w plastikowych torebkach. Obszukano Frazera – miał dwie fiolki tabletek. Powiedział, że to na cukrzycę. Humanitarnie zabrano więc tylko jedną, żeby przeprowadzić analizę. Znaleziono zieloną marynarkę, do której przyznał się Jagger. Legenda głosi, że należała do Marianne. Ale Mick rycerski? W kieszeni były cztery pigułki i kawałek haszyszu. Ku ubawieniu prze­szukiwanych, policjant widział haszysz po raz pierwszy w życiu. Nie zwrócił na tak cenny dowód najmniejszej uwagi i schował haszysz z powrotem do kieszeni, wycierając palce w chusteczkę. Zapytał o pigułki, Mick odparł, że zapisał mu je lekarz. Zostały zapakowane do zbadania. Na samym końcu przeszukano Schneidermanna. Policjanci zaczęli od jego słynnej teczki, znaleźli wewnątrz mnóstwo pozawijanych ruloników. Zaćpane towarzystwo otrzeźwiało, kiedy Acid King David powiedział, że jest filmowcem i że ruloniki to zwoje nie wywołanego filmu, który ulegnie zniszczeniu, jeśli się go naświetli. Osłupiało, kiedy policja uwierzyła w jego bajkę. Oj, głupia ta humanitarna policja... Z marynarki Schneidermanna wydobyto blaszany kontenerek z haszyszem i trochę trawki. I skonfiskowano.

Kiedy policja opuszczała Redlands, wszyscy goście Richardsa zdawali sobie doskonale sprawę, że mogło być gorzej. Policja obszukała dom bardzo powierzchownie. Gdyby rzeczywiście chciano coś znaleźć, na pewno by znale­ziono, co do tego nikt nie miał wątpliwości. Przedyskutowano całą sytuację. Uwaga policji skoncentrowana była na Micku, to pewne. Pozostałych gości przeszukano niejako pro forma, a historia z teczką Schneidermanna po prostu nie mieściła się w głowie. Ale nie to było najważniejsze. Nalotu na Redlands dokonano dokładnie w tydzień po aferze z „News Of The World”. Magazyn przedstawił Jaggera jako narkomana, a Jagger oskarżył magazyn o zniesławie­nie. I co się dzieje? Nalot, rewizja, jeśli policja nie dochowa tajemnicy – a wcale nie była do tego zobowiązana – już na drugi dzień wszędzie tam, gdzie dochodzą gazety, ludzie dowiedzą się, że to NOW miało rację. Niewiarygodny zbieg okoliczności. Mówiąc wprost – nikt nie wierzył w zbieg okoliczności.

W miarę upływu godzin do wszystkich zaczęło docierać, że sytuacja jest bardziej poważna, niż im się pierwotnie wydawało. Wiedzieli, że „lekarstwo” Frasera to heroina – a to już nie przelewki. Fraser postanowił się bronić. Niejaki Tony Sanchez, później, jako „Spanish” Tony, prawa ręka Richardsa od ciemnych interesów, miał szukać sposobów przekupienia policji. Podobno znalazł. W grę wchodziła zmiana ekspertyzy laboratoryjnej tak, żeby heroina Frasera okazała się zwyczajną insuliną. Miało to kosztować ładnych parę tysięcy, ale Mick wyłożył pieniądze. Tego samego dnia (był to wtorek po niedzielnym nalocie na Redlands) Sanchez przekazał łapówkę „temu komu trzeba”. W prasie panowała cisza. Chłopcy błogosławili korupcję policji, dopóki w niedzielę nie ukazał się nowy numer NOW. Nagłówek brzmiał: „Oddział do walki z narkotykami przeprowadza nalot na przyjęcie rockowych gwiazd”. Pieniądze nie dostały się chyba we właściwe ręce.

Nie ujawniono jeszcze żadnych szczegółów. Nie padły nazwiska. „(...) co najmniej trzy powszechnie znane gwiazdy, (...) samotny wiejski dom na Połud­niowym Wybrzeżu” etc. W zupełności wystarczyło. Teraz już niczego nie można było odkręcić – NOW mogło się bawić ze Stonesami jak kot z myszką. Maga­zyn miał w ręku wszystkie atuty i to już w tydzień po pogróżkach Jaggera. Tak to jest zadzierać z prasą. Chłopcy mieli tylko tę pociechę, że przeciwnik się zdekonspirował.

Ale to nie mogło poprawić im humorów. Groziły procesy, w powietrzu wisiała wymierzona przeciwko zespołowi kampania prasowa. Jaggera ogarniała panika. Do tej pory swobodnie kreował swoje emploi. Nie miał nic przeciwko pokazywaniu się od jak najgorszej strony tak długo, jak to on sam i jego koledzy manipulowali obrazem Rolling Stonesów. Ale teraz kontrola wymykała się z ich rąk. Oczekiwali niewiadomej. Przez blisko miesiąc trwały męczące konsultacje z prawnikami, każdego dnia spodziewano się wezwań do sądu. Wezwania jednak nie nadchodziły. Mick najgorzej znosił stan zawieszenia, czuł się śledzony, podsłuchiwany. O wspólnej pracy w ramach zespołu nie było mowy. Brian wyda­wał się zadowolony z przedłużającej się muzycznej bezczynności, coraz częściej popadał w narkotyczne transe. Richards nic nie tracił ze swojego zwykłego luzu, ale i dla niego urocze Redlands straciło na pewien czas swój czar. Ktoś rzucił pomysł, żeby oderwać się od tego wszystkiego i wyjechać na wakacje do Maroka.

Wyruszyły dwie oddzielne ekipy. Keith, Brian, Anita i Deborah Dixon (dziew­czyna Donalda Cammella, Amerykanka) pojechali przez Francję i Hiszpanię bentleyem Briana. Prowadził jego kierowca, Tom Keylock. Mick, Marianne, Michael Cooper, Robert Fraser i Christopher Gibbs mieli na nich czekać w hotelu El Minzah w Tangerze. W drodze przez Francję Brian „zaniemógł” (w oficjalnym komunikacie atak astmy) i pozostał w szpitalu w Tulonie, słusznie niepokojąc się o dalsze losy wyprawy. Droga przebiegała bez przeszkód. Co prawda policja w Barcelonie przetrzymała całą kompanię pod kluczem przez kilka godzin, ale pozwolono im jechać dalej. Musiało być jednak nieźle – Deborah Dixon zawróciła na północ jeszcze przed Gibraltarem.

Numery zaczęły się dopiero na miejscu. Zanim ekipa samochodowa dotarła do Tangeru, między Keithem i Anitą wywiązał się romans. Niby przelotny flirt, ale jednak. Od pewnego czasu Richards przebywając w Londynie zatrzymywał się w mieszkaniu Briana i Anity na Courtfield Road w South Kensington. Obu Stone­sów łączyła przyjaźń głębsza niż kiedykolwiek przedtem, nic też nie wskazywało na to, że będą rywalizować o dziewczynę. Anita przyzwyczajona była do chorob­liwej zazdrości Briana i traktowała całą sprawę lekko. Jak to ona. A Brian tymczasem zasypywał hotel telegramami ze swojej francuskiej samotni – był bezradny jak zagubione dziecko. Nawet nie próbował dostać się do Maroka samodzielnie. Anita pojechała po niego i dołączyli oboje do reszty towarzystwa. Keith utrzymywał dyskretny dystans, ale Anitę wyraźnie fascynowała intryga, a kształt trójkąta niewątpliwie jej odpowiadał.

W poszukiwaniu egzotyki – Tanger to jeszcze prawie Europa – przenieśli się wszyscy do Marrakeszu, na południe. Spotkali tam Sir Cecila Beatona, głośnego w swoim czasie plastyka i fotografa brytyjskiego, niegdyś nadwornego fotografa rodziny królewskiej. Spodobali się sobie nawzajem, a LSD wzbogaciło ich znajo­mość o dodatkowe barwy. Sir Beaton fotografował Stonesów i ich anielsko-lubieżne kobiety, a Jagger otwierał przed nim nowe światy: „Brałeś kiedyś LSD? Och, powinieneś. Miałoby to dla ciebie ogromne znaczenie, nigdy nie zapomniałbyś kolorów. Dla malarza to kapitalne doświadczenie”. Jagger wyraźnie wczuł się w rolę apostoła nowego objawienia. „Nie będziesz miał żadnych złych efektów. Tylko ci, którzy nienawidzą samych siebie, cierpią” – kusił. Sir Cecil Beaton uwiecznił jego słowa w swym dzienniku. Jeden z jego portretów Micka wystawiono po latach na aukcji w Sotheby’s. Znalazł nabywcę za marne 220 funtów.

To właśnie w Marrakeszu Brian zaczął przyprowadzać miejscowe kobiety do hotelu i domagać się od Anity, żeby szła do łóżka razem z nim i z nimi. Bez względu na to, ile ich było. Podobno to nie sam pomysł, ale wygląd potencjalnych partnerek powstrzymał Anitę od spełnienia jego kolejnej fantazji. W każdym razie doszło między nimi do spięcia, a to sprowokowało Richardsa do rycerskiej interwencji. Pewnego dnia Brian wybrał się z wizytą do niejakiego Mejdoubi, lokalnego „nawiedzonego”, cieszącego się wśród pobliskich plemion sławą proro­ka, i obaj kompletnie się zaćpali. W tym samym czasie Keith i Anita czmychnęli, zabierając ze sobą, na domiar złego, Toma Keylocka, który miał przez pewien czas służyć nowemu panu. Idea akcji była zapewne bardziej rycerska niż wykonanie, ale i jedno, i drugie dobiło Briana. Kochał Anitę miłością niezbyt może zdrową, ale niewątpliwie prawdziwą, a Keitha uważał za swego najlepszego przyjaciela. Zdruzgotany wyruszył za uciekinierami. Po drodze zatrzymał się w Paryżu, szukając pocieszenia u Donalda Cammella. Nie wiadomo dokładnie, co brali.

Nagły wybuch namiętności pomiędzy Richardsem i Anitą dotknął do żywe­go nie tylko Briana. Rozpaczała dotychczasowa dziewczyna Keitha, Linda Keith. Desperacko próbowała odzyskać swojego Stonesa. Bezskutecznie. Kiedy Ri­chards i Anita zamieszkali razem, znalazło się jednak rozwiązanie, które mogło posłużyć na otarcie łez obu porzuconym stronom. Obie porzucone strony też zamieszkały razem! Oczywiście po Anicie każda kobieta mogła wydawać się zaledwie substytutem, a o Brianie powiedzieć, że nie był łatwy we współżyciu, to tak jak nie powiedzieć nic – związek nie należał do udanych. Już w marcu przyszłego roku nieszczęsna Linda, podczas kolejnej przedłużającej się nieobe­cności Briana, spróbuje popełnić samobójstwo. To rzeczywiście dramat tracić Rolling Stonesa, ale tracić drugiego to już tragedia. A Brian zamieni jeden substytut na dwa – zamieszka z parą egzotycznych przyjaciółek, o imionach Nikki i Tina. Tym będzie łatwiej. Mogły się kochać nawet czekając na Briana.

Po powrocie do Anglii marokańska ekipa została brutalnie sprowadzona na ziemię. Na uczestników pamiętnej prywatki w Redlands czekały wezwania do sądu. A więc jednak. Mick oskarżony był o nielegalne posiadanie czterech table­tek zawierających siarczan amfetaminy. Keith o pozwolenie na palenie kono­pi indyjskich w swoim domu. Robert Fraser o nielegalne posiadanie heroiny i ośmiu tabletek także zawierających amfetaminę. Insuliny nie wykryto.

Dr Raymond Dixon-Firth, lekarz Jaggera, przygotowany był na to, żeby potwierdzić, że to on zalecił Mickowi użycie fatalnych pigułek. Sytuacja stawała się coraz bardziej poważna. Ze Stanów przyleciał Allen Klein, miał zamiar koordynować obronę Stonesów. Gdyby chłopcy polecieli za narkotyki, władze imigracyjne USA na pewno zabroniłyby im wjazdu. A to oznaczałoby finansową klęskę.

Rozwijała się mania prześladowcza Jaggera. Do tej pory Stonesi byli nietykalni i chyba zbytnio się do tego przyzwyczaili. Micka przerażała perspektywa procesu, nawet jeśli nie wierzył w możliwość pójścia do więzienia. Mówił wszyst­kim, że jest śledzony, był przekonany, że jego telefon jest na podsłuchu. Dla ludzi z najbliższego otoczenia było oczywiste, że to tylko gra wyobraźni. Ale Jagger pękał. Znalazł kogoś, kto niby miał „oczyścić” jego mieszkanie z policyjnej apara­tury. Szczęśliwy zapłacił cwaniakowi 100 funtów, żeby tylko trochę się uspokoić.

18 marca cała prasa pełna była sensacyjnych doniesień o nadchodzącym procesie – teraz podawano już wszystkie dostępne szczegóły. 25 marca, dla podtrzymania morale, firma The Rolling Stones wyruszyła na europejskie tournée. Reakcja fanów mogła przekonać członków zespołu o bezgranicznej lojalności młodzieży, ale opinia narkomanów wyprzedzała ich na kolejnych granicach. Szwedzcy celnicy zafundowali przylatującym z Kopenhagi Stoneson rewizję oso­bistą, a cały bagaż przetrząśnięto do najdrobniejszych szczegółów. „Szukali tra­wy” – skwitował Mick. Na koncercie w Hälsingborgu w bitwie widowni z policją leciały butelki, krzesła, petardy i sztuczne ognie. Użyto psów. „Czy musicie tłuc dziewczyny pałami po głowach?” – wrzeszczał do rozsierdzonych policjantów wściekły Jagger. Po angielsku. W Wiedniu aresztowano 154 szalejących fanów po tym, jak ktoś rzucił świecę dymną na 14-tysięczną widownię. Metalowe klatki (!) ustawione w hallu bardzo szybko zapełniły się wyłowionymi z widowni aktywistami. W Paryżu chłopców ponownie dobrze przetrząśnięto. Na Orly. Jagger poskarżył się w wywiadzie, że zespół dostał się na międzynarodową „czerwoną listę”. Przedstawiciel Brytyjskiego Urzędu Ceł zaprzeczył, jakoby taka lista w ogóle istniała, ale Jagger nie dał się przekonać. I tym razem chyba miał rację.

To w Polsce śpiewało się, że „trzynastego każda droga jest prosta”, ale 13 kwietnia 1967 roku wcale nie tak prosto było dostać się na koncert Rolling Stonesów do warszawskiej Sali Kongresowej (kłopotliwy zaszczyt „rozgrzania” wrzącej z podniecenia widowni przypadł w udziale grupie Czerwono-Czarni). Międzynarodowe agencje podały: „Milicja użyła pałek i gazów łzawiących (...) w starciach z dwutysięczną grupą młodzieży szturmującej warszawski Pałac Kultury, żeby zobaczyć Rolling Stonesów”. Brytyjski dziennik „Daily Mirror” pisał: „Uczestnikom zamieszek, a także 7 tysiącom innych osób, nie udało się dostać na pierwszy występ Rolling Stonesów po drugiej stronie żelaznej kurtyny”. Liczby nieco zawyżono, ale faktem jest, że sensacja była niemała – po obu stronach żelaznej kurtyny.

Bardzo ciekawe, jak pobyt The Rolling Stones w Warszawie zapisał się w pamięci członków zespołu. Bill Wyman już wtedy skrupulatnie prowadził dzienniczek, ale musiało minąć ćwierć wieku, zanim oko fana spoczęło wreszcie na osobistych zapiskach basisty.

Oto ich fragment: „Samolot wystartował z Francji z 90-minutowym opóźnieniem. Wylądowaliśmy w Wiedniu i stamtąd wzięliśmy samolot do War­szawy. W 1967 roku, kiedy żelazna kurtyna była jeszcze nieprzenikniona, nie mieściło się w głowie, że w Polsce wystąpi dekadencka grupa zachodnia. To był zresztą nasz pomysł, nie wyszedł od organizatora. Pieniądze były z tego żadne – nasze honorarium graniczyło z jałmużną. Ale słyszeliśmy, że młodzież we Wschodnim Bloku zdobywa nasze płyty na czarnym rynku i słucha nas w radio. Na długo zanim „głastnost” stała się modnym słowem, byliśmy skłonni rozbijać bariery pomiędzy Wschodem i Zachodem.

Po przylocie stwierdziliśmy, że lotnisko wygląda jak baraki wojskowe. Przyjęcie zgotowała nam stuosobowa garstka fanów. Odprawa celna odbyła się w zwykłym blaszaku – stoły, na których przeglądano bagaże, zrobione były z desek. Czekała na nas ekipa polskich agentów ochrony i madame Katarska, miejscowy impresario. Miała także być naszym przewodnikiem i tłumaczem. Przewieziono nas przez przygnębiająco szarą i niesłychanie ponurą Warszawę do najlepszego hotelu w mieście: nazywał się Orbis-Europejski i był kolejnym zimnym, szarym budynkiem.

Mój pokój był trójkątnego kształtu i miał masywny, betonowy słup w samym środku. Chodziliśmy wszyscy od jednego pokoju do drugiego, porównując, komu z nas trafił się «najlepszy». Nie było telewizorów, były za to odbiorniki radiowe. Po ich włączeniu przekonaliśmy się jednak, że z wyjątkiem kilku lokalnych stacji, wszystkie inne są zagłuszone. Wieczorem spotkaliśmy się w hotelowej restauracji na bardzo przeciętnej kolacji, która mimo wszystko kosztowała fortunę.

Następnego dnia – 13 kwietnia – chodziliśmy trochę po hotelu, ale natyka­liśmy się na każdym kroku na obserwujących nas tajniaków, którzy chowali się za drzwi, kiedy tylko na nich spoglądaliśmy. Wyszliśmy przed hotelowy budynek, z zamiarem pospacerowania po Warszawie, ale natychmiast zatrzymali nas agenci i nakazali nam pozostanie w hotelu. Udało mi się tylko zrobić kilka zdjęć przez drzwi wejściowe... Nasza konferencja prasowa nieomal zakończyła się fiaskiem. Organizatorzy zapomnieli zupełnie o poinformowaniu hotelu, kiedy więc zaczęli się zbierać dziennikarze i fotoreporterzy, przedstawiciel hotelu poprosił ich, żeby się wynieśli. Kłopotom zaradził nasz przedsiębiorczy agent prasowy, Leslie Perrin, który wyjął po prostu brytyjską książeczkę czekową, wypisał zacietrzewionemu przedstawicielowi hotelu czek na żądaną sumę i konferencja mogła się rozpocząć. Kiedy, nieco później, wyjechaliśmy mikrobusem na koncert, przed hotelem czekał już spory tłum młodzieży. Wstrzymywała go policja. Ludzie machali chusteczkami i wołali «Niech żyją Stonesi!». Kiedy dojechaliśmy na miejsce występów, na ulicy były już tysiące ludzi. Wkrótce zrozumieliśmy dlacze­go: wszystkie bilety na nasze koncerty zostały rozprowadzone pomiędzy człon­ków partii komunistycznej, a nasi prawdziwi wielbiciele nie mogli ich kupić.

Oba koncerty udały się, chociaż widownia zachowywała się ze sporą rezerwą zapewne dlatego, że policja i wojsko stały w przejściach i dookoła sali. Za każdym razem kiedy ludzie wstawali i oklaskiwali nas albo krzyczeli, przepychali się do nich «oficjele» i udzielali im reprymendy. My, na scenie byliśmy bezsilni, ale okropnie było przypatrywać się, jak represjonowane są spontaniczne ludzkie reakcje. Pod koniec koncertu widzowie zaczęli skandować «Ajkengetno!» i nie od razu zdaliśmy sobie sprawę, że chodzi o (I Can’t Get No) Satisfaction.

Les Perrin i grupa brytyjskich dziennikarzy byli świadkami sporych zamie­szek na zewnątrz sali koncertowej. W przerwie między występami opowiedzieli nam, że tłum fanów walczył na ulicy z policją i z wojskiem. Do akcji rozpędzania ludzi wkroczyła policja konna i wojskowe wozy opancerzone z karabinami maszy­nowymi na wieżyczkach”.

Les Perrin opisał to szczegółowo w magazynie „New Musical Express”. „Po drugiej stronie żelaznej kurtyny Stonesi sprawili coś, co nie udało się nigdy całej zachodniej polityce: wywołali zamieszki! Na zewnątrz Pałacu Kultury obserwowa­łem 10 tysięcy oszalałych fanów, którym nie udało się dostać na koncert. Inne grupy, liczące około 2 tysięcy, chodziły dokoła wyśpiewując «Dlaczego nie możemy zobaczyć Stonesów?» i skandując – pod dyktando swoich prowody­rów – nazwę zespołu. Cały plac, otoczony setkami milicjantów, stał się istnym polem bitewnym... Niepokój tłumu osiągnął kulminację, kiedy nadeszła godzina 20 i rozpoczął się drugi koncert. Dwa albo trzy tysiące nastolatków próbowało sforsować olbrzymią, żelazną bramę, żeby dostać się do środka. Widziałem, jak dowodzący wezwali do zajęcia pozycji dwa duże wozy pancerne – wspomagała je armatka wodna. Zanosiło się na to, że do rozpędzenia demonstrantów zostanie użyta woda. Całości dopełniała kompania żołnierzy w stalowych hełmach, uzbro­jonych w pistolety półautomatyczne. Towarzyszyły im psy. Milicja i oddziały woj­skowe wystrzeliły w tłum granaty łzawiące...”

I dalsza część relacji Billa: „Po koncertach wróciliśmy do hotelu, ale byliśmy tak zbulwersowani tym, do czego doszło na zewnątrz, że zamówiliśmy samochód dostawczy, zapakowaliśmy do niego kilka kartonów naszych singli i «czwórek» i pojechaliśmy na miasto. Wszędzie tam, gdzie tylko widzieliśmy na ulicy grupy młodzieży, zwalnialiśmy i rzucaliśmy im płyty. Dopiero kiedy rozdaliśmy w ten sposób około stu płyt, wróciliśmy na noc do hotelu – czuliśmy się znacznie lepiej.

Wymeldowując się z hotelu – 14 kwietnia – stwierdziliśmy, że nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności nasz rachunek wynosił dokładnie tyle samo, ile wyniosły wpływy za oba koncerty z poprzedniego wieczoru! Wyjeżdżając z Polski mieliśmy świadomość tego, że jako wydarzenie kultu­ralne nasza przygoda była niewątpliwym sukcesem, ale nie mogliśmy się pogo­dzić ze sposobem, w jaki gaszony był entuzjazm młodzieży. To bardzo smutne, ale w 12 lat po naszej wizycie występował w tej samej sali Eric Clapton i stanął w obliczu identycznych problemów. Ledwo był w stanie grać – od brutalnego zachowania porządkowych przed sceną robiło mu się niedobrze”.

Polska miała na zawsze pozostać rockandrollowym Trzecim Światem...

Już na drugi dzień po koncercie w Warszawie Stonesi występowali w Zury­chu. Szwajcarscy organizatorzy podjęli środki bezpieczeństwa na ogromną skalę, a i tak doszło do jednego z najdziwniejszych incydentów w dotychczasowej, obfitującej w ekscesy, działalności estradowej Stonesów. I do jednego z najbar­dziej niebezpiecznych. Młody człowiek przebił się przez 300-osobowy kordon policji, wdrapał się na scenę, specjalnie skonstruowaną blisko 7 metrów nad głowami widzów, i dopadł Jaggera. Od tyłu. Złapał za klapy marynarki, rzucił Micka na podłogę i zaczął mu skakać po plecach. Stało się to wszystko w ułam­kach sekund. Ludzie z ochrony nie zdążyli zareagować, kiedy do boju stanął Tom Keylock, który od czasu wydarzeń w Marrakeszu awansował na osobistego asystenta i poniekąd nowego roadie zespołu. Sam doskoczył do napastnika, wymierzył mu cios w szczękę i... złamał rękę. Trafiła kosa na kamień. Dwanaście tysięcy wyjących z radości nastolatków powyrywało większość krzeseł i metalo­wych poręczy.

Tournée wypadło więc rozrywkowo, ale powrót do Anglii sprowadził Stone­sów na ziemię. 10 maja chłopcy stanęli przed sądem administracyjnym. Kilkuset fanów i spora grupa reporterów czekało na zewnątrz, prasa podała nawet, jak przebrali się dwaj oskarżeni podczas przerwy na lunch. Obaj Stonesi oraz Robert Fraser dostali do zapłacenia po 100 funtów kaucji i skierowano ich na rozprawę w sądzie rejonowym West Sussex w czerwcu. Ale to prasa miała pozostać bohaterem dnia, a Mick, Keith i Robert przekonali się po raz kolejny, że zanosi się na proces pokazowy i że nie wykręcą się tak łatwo. Dokładnie w tym samym czasie, kiedy stawali przed sądem, londyńska policja wykonała nalot na mieszka­nie Briana Jonesa na Courtfield Road. Brian i książę Stanislaus Klossowski de Rola zostali aresztowani, oskarżeni o nielegalne posiadanie narkotyków i zwol­nieni za kaucją 250 funtów do czasu procesu w październiku. Gazety zdążyły z południowymi nagłówkami: „Trzeci Rolling Stones oskarżony z powodu narko­tyków”. I znowu nikt nie wierzył w zbieg okoliczności.

Napięcie wzrastało. Stonesi podejmowali rozpaczliwe próby pracy nad płytą, ale o twórczej atmosferze nie było mowy. Trwały denerwujące konsultacje z prawnikami, na domiar złego okazało się, że tajemniczy Schneidermann prys­nął z kraju. Mick nabierał przekonania, że Acid King David był po prostu podstawionym agentem „News Of The World”. Fatalnie dobiła ich wiadomość o aresztowaniu Johna Hopkinsa. Nie koronowany król undergroundu dostał 6 mie­sięcy za śladową ilość marihuany, którą u niego znaleziono, i był pierwszym człowiekiem z bliskiego otoczenia Stonesów, który znalazł się w więzieniu. Wszystko wskazywało na to, że władze (establishment – konserwatyści – doro­śli?) wypowiedziały Undergroundowi wojnę. Mick, Keith i Brian byli następni w kolejce.

KIEDY SPADA PEJCZ

Przesłuchania w Sądzie Rejonowym West Sussex w Chichester rozpoczęły się 27 czerwca. Sędzia główny Błock był emerytowanym oficerem marynarki i nienawidził Stonesów z całej duszy – miał się z tym jeszcze zdradzić. Policja dobrze pilnowała zgromadzonych w sali sympatyków zespołu. Atmosfera była ciężkawa.

Robert Fraser od razu przyznał się do winy i miał pozostać w areszcie aż do ogłoszenia wyroku. Mick był następny. Oskarżyciel, Malcolm Morris, wezwał policjanta, który w Redlands znalazł należące do Jaggera tabletki. Sierżant John Challen złożył zeznania, a Mick potwierdził, że zarówno marynarka jak i tabletki należały do niego. Dodał także, że przepisał mu je lekarz. Obrońca, Michael Havers, wezwał doktora Dixon-Firtha. Tłumaczenie wypadło cieniutko. Mick miał przywieźć tabletki z Włoch. Wracał wraz z Marianne z festiwalu piosenki w San Remo i kupił je w automacie na rzymskim lotnisku. Na chorobę lokomocyjną. O dziwo, nikt nie zakwestionował tej opowiastki. Włoskie prawo już przed kilku laty ostro rozprawiło się z amfetaminą i cała obrona Jaggera była budowana na lodzie. Przypuszczono natomiast frontalny atak na doktora Dixon-Firtha. Powie­dział bowiem, że uprawomocnił użycie tabletek przez Jaggera wyrażając na nie zgodę... telefonicznie. Mało mieli czasu, żeby wymyślić coś lepszego?

Sędzia Block: Czy gdyby (oskarżony) nie miał żadnych (środków), przepi­sałby mu pan coś podobnego?

Dr Dixon-Firth: Tak.

Malcolm Morris, oskarżyciel: Lekarz musi wiedzieć, co przepisuje. Pan nie miał pojęcia, co pan zaleca.

Dr Dixon-Firth: Wiedziałem, że to tabletki pobudzające. Nie znałem dokład­nej receptury.

Wywiązała się dyskusja pomiędzy prawnikami, czy zalecenia doktora Di­xon-Firtha można zakwalifikować jako „przepisanie” leku. Zgodnie z brytyjskim prawem jest to absolutnym warunkiem legalnego użycia amfetaminy. Spory uciął sędzia Block. Powiedział, że bez wahania stwierdza, iż o przepisaniu nie może być mowy. Zwrócił się do ławy przysięgłych, pouczając, że obronę w tej sprawie można traktować jako niebyłą.

Przysięgli wrócili po pięciu minutach i wydali werdykt. Mick Jagger był winny zarzucanego mu przestępstwa. Sędzia Block przyznając Jaggerowi prawo do apelacji powiedział z przekąsem pod adresem obrońcy: „Życzę dużo szczęścia”. Nawet najbardziej niechętni Stonesom obserwatorzy zanotowali emanującą z ob­licza sędziego źle ukrywaną satysfakcję. Do czasu zakończenia postępowania Mick miał pozostać z Robertem Fraserem w areszcie. Następnego dnia pod topór szedł Keith.

Za odjeżdżającą karetką więzienną biegły rozhisteryzowane panienki woła­jąc: „We want Mick!!!” Marianne i Michael Cooper odwiedzili Jaggera w celi więzienia Lewes i zastali go w złym stanie. Twierdził, że nie jest pewien, czy wytrzyma więzienie. Pocieszył go nieco Cooper, pokazując przemycony do celi sprzęt fotograficzny. Zrobił całą rolkę zdjęć. Wiedzieli, że wywołają niezłą sensa­cję w prasie, Mick pomyślał nawet o okładce do nowej płyty. Niestety, strażnicy skonfiskowali film przy wyjściu gości. Jagger poprosił o dwie paczki papierosów Benson and Hedges.

Przed przesłuchaniem Richardsa zaprzysiężono nowych ławników. Pan Morris w swojej mowie wstępnej wyjątkowo wiele miejsca poświęcił zachowaniu Marianne Faithfull. I tak już miało pozostać. Nikt oczywiście nie wymienił jej z nazwiska, ale, mimo że nie była o nic oskarżona ani nawet wezwana na świadka, „młoda dama w futrzanym dywaniku” stała się prawdziwą bohaterką procesu Keitha. Procesu, który momentami bardziej przypominał farsę. Sierżant Cudmore zeznawał na temat zapachów. Zgodnie z jego relacją w powietrzu wisiał ostry, słodkawy zapach... a na kanapie... Na kanapie? „Na kanapie sie­działo dwóch mężczyzn i kobieta z zarzuconym na ramiona futerkiem. Od czasu do czasu można było zobaczyć, że nie ma nic pod spodem. Potem poszła na górę i wróciła. W pokoju było dziesięciu policjantów, a ona ciągle miała na sobie to futerko, nic więcej”. W końcu skandaliczny dywanik przedstawiono nawet jako dowód rzeczowy! A Richards oskarżony był przecież o udostępnianie domu do palenia konopi indyjskich. Kiedy dowodem, który nie wiadomo co miał udo­wodnić, wymachiwano przed zawziętym obliczem sędziego Blocka, Keith nie wytrzymał i zauważył, że dywanik jest wystarczająco duży, żeby osłonić trzy młode kobiety. Sierżant John Challens, relacjonujący zapachy domu w Redlands, dał prawdziwy popis nowoczesnej narracji: „Widziałem, jak ta młoda dama wchodziła na górę z policjantką. Pozwoliła, żeby dywanik się obsunął. Stała tyłem do mnie. Była naga”.

Przesłuchanie poprowadził oskarżyciel, mówiąc przy okazji niejedno o so­bie. Dotyczyło oczywiście zapachów.

Pan Morris: Była tam, jak wiemy, młoda kobieta siedząca na sofie, ubrana jedynie w dywanik. Zgodzi się pan, że w normalnej sytuacji można by się spodziewać, że młoda kobieta byłaby zawstydzona mając na sobie tylko dywanik w obecności ośmiu mężczyzn, z których dwóch ledwie znała, a trzecim był marokański służący?

Keith: Nie, absolutnie.

Pan Morris: Więc jest to dla pana całkowicie normalne?

Keith: Nie jesteśmy starzy. Nie uznajemy małostkowej moralności.

Ponieważ i sędzia, i oskarżyciel, i świadkowie oskarżenia zaczęli wykazy­wać obsesję na punkcie młodej damy i jej dywanika, pan Michael Havers, obrońca, postanowił zmienić temat. Zwrócił uwagę sądu na inną sprawę. Powią­zał wszystkie znane fakty i wyprowadził logiczny dowód na to, że za całą akcją stało „News Of The World”. Podkreślił, że magazyn żerujący na sensacjach i czerpiący zyski z cudzych nieszczęść jest co najmniej wątpliwym strażnikiem moralności publicznej. Konopie znaleziono jedynie u Schneidermanna, a Schneidermann zniknął. Gdyby w Redlands znajdowało się więcej narkotyków, uczest­nicy przyjęcia zapewne próbowaliby się ich pozbyć przed rozpoczęciem rewizji. Mieli na to dość czasu. Niczego podobnego nie zauważono, a policja obserwo­wała przecież okna od zewnątrz. Co zaś do wymienianej tak często dziewczyny, to cały jej udział w sprawie nie jest w porządku. Technicznie, przez cały czas ochraniała ją zasłona anonimowości, ale została przedstawiona przed sądem jako narkotyzująca się nimfomanka, a nie mogła się przecież bronić. Podkreślił jednak, że nie pozwoli powołać jej na świadka.

To zamknęło pierwszy dzień. Uznanie Jaggera winnym dodatkowo spotę­gowało zainteresowanie rozprawą i przed budynkiem sądu kłębił się tłum ludzi. Richardsowi zezwolono na spędzenie nocy na miejscu przestępstwa, to znaczy w jego domu w West Wittering. Mick i Robert – skuci razem kajdankami – powró­cili na noc do więzienia Lewes.

Na drugi dzień procesu Richardsa do ataku przystąpił oskarżyciel. Zarzuty postawione przez obrońcę pod adresem NOW uznał za próbę odwrócenia uwagi sądu od meritum sprawy, próbował także oczyścić tajemniczego Schneidermanna. Nie nawiązał już natomiast ani do dziewczyny, ani do dywanika. Na więcej rozsądku zdobył się także sędzia Block: „Sprawa, którą mają państwo rozpatrzyć, jest względnie prosta” – zwrócił się do przysięgłych. „Musi państwu wystarczyć to, że konopie indyjskie były palone w domu, kiedy wkroczyła policja, i musi państwu wystarczyć to, że Keith Richards o tym wiedział”. Ławnicy wrócili po obradach, które tym razem trwały godzinę i pięć minut. Z cel przyprowadzono Micka i Roberta. Keith uznany został winnym. Michael Havers w swojej ostatniej mowie podkreślił, że w Wielkiej Brytanii wypisuje się rocznie 150 milionów takich tabletek, jakie znaleziono u Micka Jaggera, a co do Richardsa, to nie ma właściwie żadnych dowodów, że w Redlands palono marihuanę czy haszysz. Ale sędzia Block pozostał niewzruszony.

Zapadły wyroki. Keith Richards – rok więzienia, 500 funtów kosztów są­dowych. Robert Fraser – 6 miesięcy i 200 funtów. Mick Jagger – 3 miesiące i 100 funtów. W sali zawrzało. Wyroki były znacznie wyższe od oczekiwanych. Mick był załamany. Dwie gazety, „Daily Telegraph” i „Daily Maił”, podały następne­go dnia, że po odczytaniu wyroków miał łzy w oczach. Trochę wstyd, że tak pękał, ale fanom to na szczęście nie przeszkadzało. „Biedny Mick” – szeptały panienki w kuluarach sądu.

Jaggera odwieziono do Brixtom Prison, Richardsa i Frazera do Wormwood Scrubs. W niecałe 24 godziny później Mick i Keith zostali zwolnieni za kaucją 7000 funtów, aż do rozprawy apelacyjnej. Robertowi odmówiono tego przywileju. Stało się jasne, że już co najmniej jeden z nich odsiedzi cały wyrok.

„To było takie hańbiące. Upokarzające” – skarżył się Jagger. „Pamiętam, jak spytałem faceta, czy mogę wyjść na ćwiczenia, bo jak raz była pora ćwiczeń. A on mi na to – chyba nie chcesz iść do tych wszystkich kryminalistów, co?” Richards znosił więzienne warunki jak przystało na prawdziwego Rolling Stonesa: „Niesa­mowite. Miałem robić takie maleńkie choinki, które w święta zatyka się na ciastach. (...) Albo spacery – przez godzinę chodzi się wkoło dziedzińca. Faceci podchodzą do mnie z tyłu, niesłychane, potrafią mówić bez poruszania ustami: – Chcesz hasz? Bierzesz kwas? Większość więźniów była naprawdę wspaniała – co ty tu robisz, skurwysyny, chcieli was załatwić. Dodawali mi otuchy. Długo tu już na was czekali – mówili. Więc odpowiedziałem – ale ja nie będę tu długo, kochani, spokojna głowa. Po południu radio było włączone i nagle zaczynają grać tę cholerną płytę Stonesów. A całe więzienie – Hurrraaa! Jak szaleńcy. Wiedzieli, że siedzę i chcieli dać mi znać. (...) Leżę w celi i myślę, co się, kurwa, dzieje, a nagle ktoś jak się nie wydrze: – Wychodzisz, człowieku! Wychodzisz! Przed chwilą było w wiadomościach! Więc zacząłem kopać w drzwi. – Wypuszczajcie mnie, wy skurwysyny, mam kaucję!”

Reakcje opinii publicznej były zróżnicowane. Młodzież widziała w Stonesach męczenników, niemal współczesnych świętych, cierpiących za całą genera­cję. Konserwatyści, a tych w Anglii nigdy nie brakowało, twierdzili, że wyroki i tak są zbyt łagodne. Ale szala przechylała się na stronę Stonesów. Rozsądek brał górę i coraz więcej osób widziało w procesie Jaggera i Richardsa propagandową pokazówkę.

Nazajutrz po więziennej nocy Stonesów, 30 czerwca, w gazecie „Evening Standard” ukazało się ogłoszenie następującej treści: „The Who uważa, że Mick Jagger i Keith Richards potraktowani zostali jako kozły ofiarne problemu, jakim są narkotyki. W ramach protestu przeciwko surowym wyrokom, które zapadły wczoraj w Chichester, The Who wydaje dziś pierwsze z serii piosenek Jaggera/Richardsa, żeby utrzymać ich dzieła w obiegu, dopóki nie zostaną zwolnieni i nie będą nagrywać sami”. Na pierwszy singel z zapowiadanego cyklu wybrano The Last Time i Under My Thumb. Wprawdzie po latach Peter Townshend wyznał, że miał gdzieś obu Stonesów, a ogłoszenie dał tylko po to, by pozyskać sympatię dla swojego zespołu, ale wtedy deklaracja The Who wyrażała opinię całego środowiska muzycznego.

Prawdziwa bomba wybuchła dopiero dzień później. W obronie Jaggera stanął szacowny „Times”! I to jak! Sam redaktor naczelny, William Rees-Mogg, napisał wstępniak, poświęcony w całości procesowi Stonesów i opatrzony tytułem, który na trwałe wszedł do legendy zespołu: „Kto łamie kołem motyla?”. Artykuł rozpoczynał się od stwierdzenia, że trzy miesiące więzienia za posiadanie tabletek, które można legalnie nabyć we Włoszech (sąd ani razu nie podał w wątpliwość tej wersji!) to wyrok tak niezwykły, że prowokuje do dyskusji. A w miarę czytania emocje rosły. „Jeśli po wizycie u papieża arcybiskup Canterbury zakupiłby na rzymskim lotnisku farmaceutyczne środki na chorobę lokomocyjną, a nie wyko­rzystane pastylki wwiózł w drodze powrotnej do Wielkiej Brytanii, ryzykowałby popełnienie dokładnie tego samego przestępstwa”. Dalej pan Rees-Mogg podkre­ślał, że sędzia Błock pouczył przysięgłych, żeby nie uwzględniali obrony Jaggera, że ilość znalezionych tabletek wykluczała właściwie podejrzenie o handel narkoty­kami, a nawet o uzależnienie, że Jagger stawał przed sądem po raz pierwszy w życiu (przewinienia drogowe nie obciążają kartoteki) etc. etc. Zaznaczył, że równość wobec prawa należy do tradycyjnych brytyjskich wartości i skonkludował: „Musi pozostać podejrzenie, że w sprawie tej pan Jagger otrzymał bardziej surowy wyrok, niż spotkałoby to zupełnie anonimowego młodego człowieka”. Brawo!

Mick był zachwycony. „Times” oczyścił go moralnie, zabrał głos w sprawie delikatnej, rozstrzygniętej, bądź co bądź, przez sąd. Redaktor Rees-Mogg kwe­stionował właściwie wprost decyzję sądu, co jemu samemu mogło grozić więzie­niem. „Times” jest prawdziwym pasterzem brytyjskiej prasy – już na drugi dzień po ukazaniu się artykułu większość dzienników podchwyciła argumentację Rees-Mogga. „Sunday Express”, „Sunday Times” i „Observer” posunęły się nawet dalej. Wydobyto sprawę aresztowania oskarżonych na czas procesu, upokarzającą eskortę, kajdanki. Dwóch członków parlamentu skierowało swoje wątpliwości do Sekretarza Stanu i to już na najbliższej sesji. Jednym z nich był bezkompromiso­wy liberał, Tom Driberg, który już wcześniej dał się poznać jako sympatyk Stonesów. Pan Roy Jenkins odpowiedział dosyć wymijająco, że szczegóły typu użycia lub nieużywania kajdanków pozostają w gestii naczelnika więzienia.

Apelacje miały odbyć się w październiku. Okres oczekiwania był wyjątkowo długi, w „Sunday Mirror” pojawił się duży nagłówek: „Na co czekamy?” Under­ground nie czekał z manifestacją solidarności. W sobotnią noc pierwszego lipca, po zamknięciu nad ranem klubu UFO, kilkaset osób przemaszerowało pod budynek „News Of The World”. Była to w Anglii pierwsza, od pięćdziesięciu lat, demonstracja pod budynkiem czasopisma. „Stonesi zwyciężą!” – krzyczano. Obyło się bez zamieszek, policja aresztowała zaledwie kilka osób. Któryś z de­monstrantów rzucił w budynek NOW rycerską rękawicę – miała przyczepioną kartkę z napisem: „Przyjmujemy wyzwanie”.

Już w kilka godzin później ukazał się nowy numer magazynu. Na pierwszej stronie widniał tytuł – „Straszny wyrok”. Redakcja zaprzeczała, jakoby Schneidermann był podstawionym przez nią agentem. Ale dalej wykładała się na całej linii. Tak, NOW poinformowało policję o przyjęciu w Redlands. Do redakcji zadzwonił bowiem... „życzliwy” czytelnik z donosem. Na rzekomą sugestię, żeby sam poinformował władze, miał odpowiedzieć: „Pragnę pozostać anonimowy. Ale myślę, że policja powinna wiedzieć, co się dzieje”. Redaktor naczelny też tak myślał, więc stwierdził, że „skoro nie było wątpliwości, co do szczerości informa­tora (sic!), jego obowiązkiem było przekazanie wiadomości policji”. Wyznania NOW spowodowały nową falę kontrowersji i cała sprawa ponownie zaczęła nabierać cech farsy. Tym razem jednak na znacznie większą skalę.

4 lipca podano do wiadomości, że termin apelacji został znacznie przybli­żony. Na 31 tego miesiąca. Chłopcy czekali w napięciu, nikt nie mógł im zagwarantować happy endu. Praca nad longplayem zupełnie się nie kleiła. Sytuację pogarszał dodatkowo stan Briana, który oczekiwał swojego procesu dopiero pod koniec października. Żył w zaciskającej się pętli stresu – bał się więzienia, narkotyzował się, bał się wpadki, narkotyzował się jeszcze bardziej... 6 lipca, w stanie kompletnego załamania nerwowego, przewieziony został do szpitala. Allen Klein pilnował Micka i Keitha jak najsurowszy kurator – Richards wyskakiwał jedynie czasem do Rzymu, gdzie Anita występowała u boku Jane Fondy na planie filmu Rogera Vadima, „Barbarella”.

Na tydzień przed rozprawą apelacyjną w „Timesie” ukazała się całostronicowa petycja, podpisana przez 64 osoby, a zorganizowana przez niestrudzonego Steve’a Abramsa. Sygnatariusze zwracali się do Sekretarza Stanu z prośbą o zrewidowanie stosunku władz do palenia i posiadania marihuany i haszyszu oraz o znowelizowanie odpowiednich ustaw. W gruncie rzeczy chodziło o zale­galizowanie użycia tych narkotyków oraz o zdopingowanie rządu do zorganizo­wania naukowych badań na temat ich działania. Petycję podpisali między innymi czterej Beatlesi i ich menażer, Brian Epstein. A także artyści, muzycy, krytycy, wy­dawcy i kilku członków parlamentu – wśród nich oczywiście Tom Driberg. Pienią­dze na ogłoszenie wyłożył Paul McCartney, pochodziły z funduszu reklamowego Beatlesów. W cztery dni po „skandalu w Timesie” kwestia soft drugs (narkoty­ków o lekkim działaniu) została po raz pierwszy poruszona w parlamencie.

Prezes Sądu Najwyższego, lord Parker, anulował wyrok ciążący na Richardsie. Materiał dowodowy określony został jako „zbyt wątły”. Dziewczyna w dywaniku wykonała w sumie dobrą robotę. Rola, jaką odegrała w procesie, kompromitowała sąd w Chichester i Sąd Apelacyjny wolał już nie wracać do całej historii. Wyrok Jaggera podtrzymano, został jednak zamieniony na zwolnienie warunkowe. Lord Parker pouczył Micka o moralnej odpowiedzialności idola.

Prosto z sądu Jagger udał się na konferencję prasową do studia telewizji Granada. Następnie przeleciał helikopterem na dyskusję, którą prowadził w swo­im domu lord naczelnik hrabstwa Essex, sir John Ruggles-Brise. Rozmowa dotyczyła narkotyków i nagrywana była przez ekipę telewizyjnego programu World In Action. Udział brali William Rees-Mogg, redaktor naczelny „Timesa”, któremu Mick tyle zawdzięczał, lord Stowhill, były prokurator generalny, John Robinson, biskup Woolwich i ojciec Corbishley, kontrowersyjny jezuita. Na oczach telewidzów dyskusja zmieniła się w tragikomedię i przyniosła Jaggerowi kompletną kompromitację. Mick przedawkował walium, które często zażywał przed wywiadami, i nie mógł nawet usiedzieć prosto. Nie powiedział ani jednego sensownego zdania! Miał się zaprezentować jako inteligentny młody człowiek, niewinna ofiara prasowej intrygi – dokonał czegoś wręcz przeciwnego. Nie dość, że ewidentny narkoman, to jeszcze gbur i głupek!

Nastawienie interlokutorów Jaggera było bardzo życzliwe. To nie miał być mecz pokoleń, ale rzeczowa dyskusja, wspólna płaszczyzna porozumienia starej gwardii i młodej generacji. To Jagger zrobił ze spotkania mecz i przegrał go sromot­nie. Zwycięstwo Stonesów w sądzie było propagandowym tryumfem starej gwardii.

Upokorzenia nie kończyły się na tym. Pozostawała jeszcze do załatwienia sprawa oskarżenia „News Of The World” o zniesławienie. Mick został uznany winnym, o zniesławieniu więc nie mogło być mowy. Jego prawnicy zasugerowali, że obie strony poniosą swoje koszty, magazyn powstrzyma się od publikacji zawiadomienia na ten temat, a Jagger wycofa oskarżenie. Ale NOW miało teraz w ręku wszystkie karty – odmówiono. Zaproponowali więc rozwiązanie ugodowe. Mick płaci za obie strony, wycofuje oskarżenie, ale magazyn nie zrobi z tego sensacji. Ponownie spotkano się z odmową. Mick wycofał oskarżenie, poniósł całość związanych z nim kosztów, a NOW zakomunikowało o tym swoim 16 milionom żądnych krwi, potu i łez czytelników. I pomyśleć, że w maju 1963 roku Stonesi wystąpili na aukcji dobroczynnej zorganizowanej właśnie przez „News Of The World”. Ironia.

Ale kropkę nad „i” w tej pouczającej historii, która ciągnęła się przez większą część 1967 roku na oczach opinii publicznej w Anglii i poza nią, postawił nie kto inny, tylko... sędzia Block. W mowie wygłoszonej na jesieni tego roku do członków Stowarzyszenia Rolnego w Horsham, urągając wszelkim zasadom równości i praworządności i kompromitując reprezentowany przez siebie aparat, powiedział: „Moi drodzy krajanie, ja i moi koledzy z magistratu zrobiliśmy co było w naszej mocy, żeby obłupać te kamienie (Stones) do właściwych rozmiarów, ale nie dane nam było tego dokonać, bo niestety Kryminalny Sąd Odwoławczy pozwoilił im potoczyć się (Roll) dalej wolno”. Proceder uprawiany przez pana Blocka także potoczył się dalej, wyrzucono go tylko z klubu Garrick w Londynie. Był to bowiem, zgodnie ze statutem, klub dla gentlemanów.

Stonesi chcieli podziękować swoim fanom za lojalność i to podziękować w ładnym stylu. Nagrali singel We Love You. Brian Jones, który po opuszczeniu szpitala wyjechał do USA, gdzie, jako konferansjer, wziął udział w Monterey Pop Festival, wrócił i szalał na mellotronie, najbardziej psychodelicznym instrumencie owych psychodelicznych czasów. Paul McCartney i John Lennon użyczyli gło­sów. Dograno tak psychodeliczne (tzn. aluzyjne) efekty, jak zatrzaskiwanie drzwi w więziennej celi i odgłos kroków na kamiennej posadzce. Nie dość tego – piosenkę miał promować specjalnie zrealizowany w tym celu film! Jego temat i tytuł to ponownie aluzja: „Proces Oscara Wilde’a”. W prześladowanego pisarza wcielił się Mick, Keith zagrał markiza Queensberry, wystąpiła także Marianne Faithfull. Kiedy ludzie z BBC zobaczyli to, reżyserowane przez Petera Whiteheada, dziełko, dołożyli wszelkich starań, żeby nie zobaczył go już nikt inny. Przynajmniej w Anglii. Ku zdumieniu i rozczarowaniu Stonesów piosenka dotarła zaledwie do ósmego miejsca. I nie bełkotliwy tekst to sprawił.

Nic nas nie obchodzi
Jeśli tylko wy kochacie my
My kochamy wy
My kochamy oni

Dlaczego więc tak się stało? Wydany w grudniu album THEIR SATANIC MAJESTIES REQUEST odpowiada na to pytanie.

Zaszło bowiem pewne – artystyczne – nieporozumienie. Nieporozumienie polegające, dokładnie tak jak i w przypadku singla, na tym, że Stonesi zapomnieli o swoich muzycznych korzeniach i spróbowali popłynąć na fali modnej psychodelii. Jagger i Richards zafascynowani byli „Sierżantem Pieprzem” i traktowali swoją płytę jako bezpośrednią odpowiedź na wyzwanie Beatlesów. Projekt więc już w założeniu skazany był na niepowodzenie. Czuł to wyraźnie Andrew Loog Oldham, ale nie mógł chłopców przekonać. Potęgował się konflikt pomiędzy grupą i jej menażerem. Nagrania ciągnęły się przez cały rok – inne sprawy absorbowały Micka, Keitha i Briana. „Czasami myślę, że to był cud, że w ogóle cokolwiek zrobiliśmy pod napięciem, jakie panowało wewnątrz grupy” – sko­mentował powstanie albumu Charlie Watts. On i Bill Wyman pozostali jedynymi muzykami zespołu, na których współpracy można było polegać. Zdesperowani i zniecierpliwieni, nie wiedząc, czy koledzy nie trafią na dłużej do więzienia, zarejestrowali przy pomocy muzyków studyjnych i włączyli do repertuaru longplaya piosenkę Billa In Another Land. Jagger i Richards nigdy przedtem i nigdy potem nie dopuścili utworu Wymana do produkcji grupy – po latach oczekiwania Bill zdecydował się na równoległe nagrywanie płyt solowych.

Mniej cierpliwości miał Andrew Oldham. Próbował zmusić zespół do pracy nad bardziej bluesowym repertuarem, w przeciwnym wypadku wróżył fiasko. Przez dwa kolejne wrześniowe wieczory w Olympic Sound Studios w Londynie Stonesi katowali bluesa najgorzej jak umieli. Oldham przysłuchiwał się, zatopiony we własnych myślach. Wreszcie wstał, wyszedł, a kiedy na schodach słychać było jeszcze jego kroki, chłopcy zrozumieli, że zostali bez menażera. Nie przejęli się. Poczuli się wolni. Zrealizowali swój psychodeliczny sen. W przerośniętych orkiestracjach zmarnowało się sporo dobrych pomysłów. Do niewielu piosenek z THEIR SATANIC MAJESTIES REQUEST chce się dzisiaj wracać.

Jedną z nich jest She’s A Rainbow.

Widziałeś ją całą w złocie?
Niczym królowa z dawnych dni
Strzela wkoło kolorami
Jak zachodzące słońce
Czy widziałeś nadobniejszą panią?

Inny utwór to 2000 Light Years From Home, który to utwór Mick rzekomo napisał w trakcie nocy spędzonej w więzieniu (trochę to wygląda na fabrykowanie legendy):

Słońce obraca się ruchem pełnym wdzięku
Startujemy wśród łagodnej eksplozji
Naszym celem jest gwiazda z ognistymi oceanami
Co za samotność
Sto lat świetlnych od domu

THEIR SATANIC MAJESTIES REQUEST mogła być niezłą płytą – zaciąży­ły nad nią puste zabawy formalne, brak kontroli artystycznej. W pamięci najbar­dziej pozostaje okładka, pierwsza trójwymiarowa okładka płyty (pomysł ten nie znalazł zresztą naśladowców). Zrealizował ją, kosztem 25 000 dolarów, Michael Cooper. Psychodeliczna do bólu, miała być „odpowiedzią” na okładkę „Sierżanta Pieprza”. Ma swój urok, ale pozostaje, tak jak i muzyczna zawartość longplaya, żałosną, dziecinną próbą bezkrytycznego naśladownictwa.

Chłopcy bezboleśnie przeżyli utratę menażera. Czuli się wystarczająco silni, by uznać, że Andrew zrobił swoje i Andrew może odejść. Natomiast spędzał im sen z powiek stan Briana. Brian coraz bardziej się rozklejał. Czekał na proces, i zażywał wszystkie rodzaje narkotyków, jakie wpadły mu w ręce. Bywało, że przyjeżdżał do studia tylko po to, żeby od razu po wejściu zwalić się z nóg.

Podczas rozprawy, która odbyła się w Londynie 30 października, Brian przyznał się do posiadania konopi indyjskich i do pozwolenia na ich palenie w swoim mieszkaniu. Stwierdził natomiast, że nie jest winny posiadania kokainy i metodryny i sąd zaakceptował to oświadczenie. Dostał 9 miesięcy i został odstawiony do, znanego już Richardsowi, więzienia Wormwood Scrubs, w którym przebywał ciągle Robert Fraser. Zdruzgotany psychicznie wyszedł na drugi dzień za kaucją 750 funtów i czekał na apelację.

Sąd apelacyjny zachował się bardzo humanitarnie i powołał do zbadania Briana trzech biegłych psychiatrów. Przewodził im dr Walter Neustatter, który stwierdził, że iloraz inteligencji skazanego wynosi 133 i że pobyt w więzieniu może go zniszczyć. Opinia lekarzy była zresztą zgodna – „Brian Jones jest niezwykle lękowym młodym człowiekiem”. Jeden dodał: „ze skłonnościami samo­bójczymi”. Do więzienia zupełnie się nie nadaje! W połowie grudnia Brian zapłacił 1000 funtów i dostał trzyletnie zwolnienie warunkowe. W dwa dni później stracił przytomność i w stanie szoku przewieziony został ponownie do szpitala. W Priory Nursing Home, gdzie znalazł się już drugi raz w tym roku, odwiedziła go Suki Poitier i Linda Lawrence, która przyprowadziła ze sobą małego Juliana.

Tak dobiegał końca rok 1967. Dziwny rok w karierze grupy – za mało było w nim muzyki. Losy Stonesów ponownie, tak jak w okresie ich debiutu, splotły się z losami Wielkiej Czwórki. Beatlesi nagrali najlepszą płytę roku, właściwie naj­lepszą płytę rocka. Stonesi – jedną z gorszych. Na okładce „Sierżanta Pieprza” pod palmą siedzi lala ubrana w sweterek z napisem „Welcome The Rolling Stones”. Na okładce THEIR SATANIC MAJESTIES REQUEST fotografie Beatle­sów odnaleźć można w bukietach kwitnących kwiatów. To dobra, trafiona me­tafora. Nagroda pocieszenia dla Rolling Stonesów, nawet jeśli metafora wyszła im niechcący.

Mick, Brian i Marianne wzięli udział w satelitarnej transmisji, w czasie której Beatlesi wykonali All You Need Is Love. John i Paul odwzajemnili się śpiewając w nagraniu We Love You. Stosunki między członkami obu zespołów były przyja­cielskie. Zaakceptowali się jako rywale i znali swoje miejsca. Mick i Marianne przyjęli zaproszenie Patti Harrison i razem z Beatlesami przybyli na wykład Maharishi Mahesh Yogi. Hinduski „prorok” miał jeszcze dobrze namącić w beatlesowskich głowach. Mick był na to zbyt rozsądny – zdegustowany opuścił zgromadze­nie, stwierdzając, że bardziej przypominało cyrk niż uroczystość religijną.

To właśnie w północnej Walii na University College w Bangor, podczas jednego z wykładów Maharishi, Paul McCartney odebrał wiadomość o śmierci menażera Beatlesów, Briana Epsteina. Dla Wielkiej Czwórki był to szok. Oficjalny raport stwierdzał, że Epstein przedawkował carbitrol, środek nasenny, który regularnie używał. Powszechnie mówiło się jednak o samobójstwie. Ten niezwy­kle zdolny i bogaty młody człowiek, współtwórca sukcesu Beatlesów i niedościg­niony wzór Andrew Oldhama, był homoseksualistą. Jego własny zespół zakpił sobie z niego, śpiewając w dedykowanej mu piosence Baby, You’re A Rich Man „Kochanie, jesteś bogatym żydowskim pedałem” (Baby, you’re a rich fag Jew – w końcowym wyciszeniu refrenu). Beatlesi mogli pokpiwać sobie z Epsteina, ale kochali go jak brata. Inne układy panowały u Stonesów. Oldham trzymał ich twardą ręką i kiedy odszedł, zapomnieli o nim szybciej niż sam się chyba tego spodziewał. Nie zapomnieli natomiast o starym kumplu, Richardzie Fraserze, odsiadującym swój sześciomiesięczny wyrok. Mick wysyłał mu do więzienia książki z Indica Bookshop, przyjaciele organizowali wystawy w jego galerii.

Na pierwsze miejsce w najbliższym otoczeniu Stonesów wysunęli się Christopher Gibbs i Donald Cammell. Christopher był naczelnym doradcą Micka i Marianne w sprawach sztuki, ubioru, urządzania mieszkań. Koordynował też ich poszukiwania nieruchomości – Mick chciał zmienić mieszkanie, a także, śladem Charliego i Keitha, urządzić się wygodnie na wsi. Donald natomiast, zawieszony pomiędzy Paryżem i Londynem, był utalentowanym malarzem, ale dzielił z Mickiem inną wspólną pasję. Był nią film.

Mimo tak wysoce konkurencyjnego nastawienia do zespołu The Beatles i tak konsekwentnie realizowanej rywalizacji, Oldham i jego chłopcy – kiedy byli jeszcze chłopcami Oldhama – wypuścili z rąk jedną nitkę. Nie zrealizowali ani jednego znaczącego filmu. Balonik odlatywał. Beatlesi mieli za sobą spektakular­ne sukcesy w tej dziedzinie. Nie tylko kasowe. „A Hard Day’s Night” pozostaje do dnia dzisiejszego jednym z najlepszych filmów „rockowych” i, o dziwo, zupełnie się nie starzeje. „Help!” także wytrzymuje próbę czasu – wystarczy lubić albo absurdalne komedie Lestera, albo po prostu Beatlesów. A jeśli jeszcze ktoś lubi psychodelię, to z przyjemnością obejrzy nawet „Magical Mystery Tour”, choć w 1967 krytycy nie zostawili na „Magicznej podróży” ani jednej suchej nitki. A Stonesi? No właśnie. Pomysłów było dużo...

Pierwszy był chyba najlepszy. Chłopców wcięła „Mechaniczna pomarańcza” Anthony’ego Burgessa. Było to jeszcze w okresie, kiedy Mick i Keith mieszkali razem z Oldhamem i tworzyli zgraną paczkę. Keith: „Było to w czasie, kiedy Mick i ja doskonale rozumieliśmy się z Andrew. Bawiliśmy się w «Mechaniczną poma­rańczę”. Razem przez to przeszliśmy”. Powieść Burgessa wydaje się stworzona dla Stonesów. Futurystyczna groteska z mieszaniną seksu i przemocy, anarchi­styczny świat, młodzieżowy gang i jego psychopatyczno-romantyczny przywód­ca, Alex. Zakochany w gwałcie i w Beethovenie. Wymarzona rola dla Jaggera lub Richardsa. Oldham rozpuścił plotkę, że zespół nabył prawa autorskie do filmowej adaptacji, nie było to jednak zgodne z prawdą. Kiedy chłopcy zainteresowali się powieścią, prawa do niej miał już Stanley Kubrick. Kupił je jeszcze przed ukończeniem „Odysei kosmicznej”. I to „prawie za nic”, jak opowiada Oldham. „Coś za tysiąc dolarów. Cała historia jest zresztą niesamowita. Burgess dowie­dział się, że umiera na raka, więc zaczął sprzedawać tanio wszystko, co miał, żeby zabezpieczyć rodzinę. Zaczął więcej pić i brać benzydrynę, bo nie chciał przespać dwóch ostatnich lat życia. I napisał cztery świetne książki. Ale minęły dwa lata, a on ciągle żył – lekarze się mylili – natomiast jego pisarstwo już nigdy nie było tak dobre jak wtedy, kiedy myślał, że umiera”.

Ciekawe, czy Mick Jagger byłby lepszym Alexem niż znakomity Malcolm McDowell? Chłopcy szukali dalej. Mniej więcej w tym czasie, kiedy Rolling Stones Monthly ogłosił, że zespół wkrótce rozpoczyna zdjęcia do filmu „Back, Behind And In Front”, czyli na początku 1966 roku (nikt do dziś nie wie, o co chodziło – podobno Oldham miał pomysł), uwaga Micka, Keitha i Andrew zaczęła się ogniskować wokół książki „Only Lovers Left Alive”. Autorem był Dave Wallis, nauczyciel z Yorkshire. „Gdyby zapomnieć, że nie jest tak interesująco napisana (jak „Mechaniczna pomarańcza” – przyp. aut.) – dowodził Oldham – i zredukować całą akcję do dwóch stron, zapowiadała się fantastycznie”. Gdyby zreduko­wać te dwie strony do jednego zdania, w książce pana Wallisa dorośli mieszkań­cy Wielkiej Brytanii popełniają masowe samobójstwo, a hordy nastolatków prze­istaczają kraj w faszystowską dżunglę. Trochę zalatywało Goldingiem i jego „Władcą much”, ale Golding to dobry wzorzec, a kierunek poszukiwań wydawał się słuszny. Niestety. Wyłoniła się kwestia – kto ma zrobić film? „Chcemy, żeby reżyserował Nicholas Ray”, zdradził Richards. Twórca „Buntownika bez powodu”, sztandarowego, choć prekursorskiego (1955) dzieła o zalążkach i psychologicz­nych uwarunkowaniach młodzieżowego buntu, wydawał się idealnym wyborem. Chłopcy przeżyli ogromne rozczarowanie. „Facet siedział w kącie popijając drinka i opowiadał bez końca o Jamesie Deanie” – wspomina Oldham spotkanie z reżyserem. „Nawet dla nas było oczywiste, że od dawna nie pracował. (...) Kilka więcej spotkań tego typu i rzeczywistość zaczęła brać górę nad fantazją”. Chłop­cy stopniowo tracili zapał. „Nie myślę, żeby którykolwiek z nas zapomniał zupeł­nie o tym, jak ważne było zrobienie filmu, ale w końcu powiedzieliśmy sobie: Jeśli nie możemy zrobić tego tak, jak chcemy – to pieprzymy”.

Szkoda. Wielka szkoda. W Stonesach drzemał ogromny potencjał. Pozo­stały, niestety, jedynie dokumenty. „Gather No Moss”, czyli zapis koncertu TAMI Show oraz „Charlie Is My Darling” zrealizowany przez Petera Whiteheada podczas tournée po Irlandii w 1965 roku. I to wszystko. Natomiast pierwszy romans z prawdziwym kinem przeżył, stojący do tej pory na uboczu filmowych planów, Brian Jones. W 1966 roku skomponował pełną ścieżkę dźwiękową do zachodnioniemieckiego filmu „Mord und Totschlag” (tytuł angielski – „A Degree of Murder”). Reżyserował Volker Schlöndorf, późniejszy twórca „Blaszanego bęben­ka”. Główną rolę grała muza kompozytora, Anita Pallenberg. Film opowiadał o perypetiach monachijskiej kelnerki, która przypadkiem zastrzeliła swojego byłe­go narzeczonego. Opłaca dwóch zupełnie obcych mężczyzn, żeby pomogli jej pozbyć się ciała, ale zanim ich drogi się rozejdą, staje się obiektem pożądania każdego z nich. Dzieło Briana odbiło się szerokim echem po Europie, ponieważ „Mord und Totschlag” wytypowany został do reprezentowania kinematografii zachodnioniemieckiej na festiwalu w Cannes. Soundtrack Briana był bardzo dobry. „Muzyka Briana wspaniale się sprawdziła (...) nie myślę, że ktoś oprócz niego mógłby tego dokonać” – cieszył się reżyser. Brian wyjaśniał, że pisząc i produkując ścieżkę dźwiękową sięgał po różne style i używał różnych składów instrumentalnych – od jednego do dziesięciu muzyków. Sam grał na sitarze, organach, dulcimerze, cytrze i harmonijce.

Reżyser dokumentalista Peter Whitehead od czasu realizacji „Charlie Is My Darling” współpracował okazjonalnie z Rolling Stonesami. Kiedy w 1967 roku kręcił impresję o nocnym życiu Londynu, nie mogło zabraknąć w niej przynaj­mniej jednego ze Stonesów. Film nosił tytuł „Tonite Let’s All Make Love In London” i przewijała się przez jego kadry cała plejada znanych postaci. Głównie aktorzy – Vanessa Redgrave, Julie Christie, Michael Caine (niegdyś ulubiony aktor Micka, przewinie się jeszcze przez biografię Stonesa), Alan Aldridge. Zabłąkany amerykanin, Lee Marvin. Ale pokazał się także Andrew Loog Oldham, a głosu udzielił „król beatników”, Allan Ginsberg. Rozbrzmiewała w filmie muzyka Stonesów, Pink Floyd, The Small Faces, zespołu The New Animals z Erickiem Burdonem oraz wielu innych wykonawców. Osobną sekwencję stanowił wywiad z Jaggerem.

Tak więc dokumenty, clipy, jeden soundtrack. A obiecywany fanom film ze Stonesami? Odpowiedź na „A Hard Day’s Night” i na „Help!”? Film przez duże F, choć niestety tylko z jednym Stonesem, pojawi się w filmografii zespołu w roku 1968. Wiąże się z tym osoba Donalda Cammella i cała długa historia.

IGRASZ Z OGNIEM

Optymizm „lata miłości” pękł jak mydlana bańka. Stany Zjednoczone stały się widownią zamieszek rasowych o niespotykanym dotychczas zasięgu. Byli zabici i ranni. Nadchodzący rok miał przynieść eskalację przemocy – na celowni­kach zamachowców znaleźli się Martin Luter King i Robert Kennedy. W środku Europy na ulicach pojawiły się czołgi. Fala studenckiego protestu obiegła większą część świata, ale politycznym tematem numer jeden był bez wątpienia Wietnam. Świat zdążył już sobie uzmysłowić bezsens amerykańskiej agresji. W paździer­niku minionego roku stutysięczny tłum demonstrował pod Pentagonem. W 1968 roku do protestów dołączyła Europa. W pierwszej linii wielotysięcznej manifestacji pod ambasadą amerykańską w Londynie kroczył Mick Jagger.

Miał to być jego rok. Rok artystycznych sukcesów i wzrostu osobistego prestiżu. Z nerwowej szarpaniny ciągnących się procesów wyszedł w sumie zwycięsko. Był oczywiście uznany winnym, ale w oczach opinii publicznej wyrósł na ludowego bohatera. W oczach fanów zyskał więcej niż mógłby stracić, gdyby sprawy przybrały mniej korzystny obrót. Szybko doszedł do siebie, odzyskał dawną formę. W roku 1967 Stonesom wymykały się z rąk i problemy osobiste, i nagrania. Teraz musieli odrobić i jedno, i drugie. Bill zamknął sprawę rozwodo­wą. Mick zaczął od nieruchomości.

Wprowadził się do dużego, pięknego domu na Cheyne Walk w Chelsea, tuż przy rzece. Christopher Gibbs pomógł Marianne przy zakupie mebli i urządzeniu wnętrz. Wspominała później, jak kupiła żyrandol za 6000 funtów i jaki efekt wywarło to na Micku. Był zaszokowany – z jednej strony ceną, z drugiej faktem, że stać go na podobne cacko. Z rozpędu postanowił sfinalizować zakup wiejskiej posiadłości. Może pozazdrościł Charliemu, który wygodnie urządził się w Sussex i, nie obawiając się ducha arcybiskupa, z właściwym sobie spokojem został 18 marca ojcem córki imieniem Serafina.

Domu szukali od dawna. Christopher służył za eksperta i przewodnika – rozpoznawcze eskapady po okolicach Londynu należały do ich rutynowych rozrywek. Ale Mick grymasił. Gibbs zaczynał się już powoli poddawać, kiedy okazało się, że jeden z jego znajomych, John Michel, ma interesującą propozy­cję. Rodzina Michela sprzedawała dom. Na rekonesans wybrała się silna grupa pod wezwaniem Jaggera – Mick, Marianne, Keith, Anita, Christopher oraz dwóch nowych znajomych, pisarz Terry Southern i jego współpracownik, Mason Hoffenburg. Był także stary znajomy, szczególnie miły – Robert Fraser. Wolny. Wspomi­na Christopher Gibbs: „Pamiętam koszmary tej wycieczki, bo obaj – Mason i Terry – nalegali, żeby co trzy mile zatrzymywać się na drinka, przyjechaliśmy więc spóźnieni o dwie godziny, było już ciemno i (właściciele) wcale się nie ucieszyli naszym widokiem”. Ale nastrój musiał się im szybko poprawić. Mick, w nietypowy dla siebie sposób, podjął męską decyzję i nabył posiadłość za 22 000 funtów. Nazywała się Stargroves i składał się na nią dobrze podniszczony wiktoriański dom ze stajniami i budynkami gospodarczymi, otoczony 40 akrami wspaniałego lasu. Jagger został więc trzecim posiadaczem w zespole.

Od dawna był już natomiast tego zespołu wizytówką. Jako najbardziej wyeks­ponowany Rolling Stones stał się sztandarową postacią młodego pokolenia, uoso­bieniem nie tyle może rewolucyjnych, co dekadenckich tendencji. Zagubiony nieco w lawinie zalewających go idei i ideologii, jednostkowych wpływów znaczących osób, muzycznych inspiracji i najdziwniejszych wzorców, wypracował własny styl życia. Polegał on na ostrożnym próbowaniu wszystkiego, o czym tylko słyszał, na nieustannej zmienności, na eklektycznej podatności na przeróżne wpływy.

Mick eksperymentował. Przejmował maniery arystokraty; próbował różnych narkotyków i różnych odmian seksu. Podobno także z mężczyznami. Anita nieraz wspominała, że Mick i Brian mieli „romans”. Allen Ginsberg, zdeklarowany homoseksualista, wielokrotnie opowiadał Milesowi, że spędził niejedną noc, mając w łóżku i Jaggera, i Toma Driberga. Ginsbergowi o tyle można wierzyć, że przyznawał się także do porażek. Nigdy nie udało mu się „złamać” Dylana, którego niesłychanie pożądał, a z którym łączyła go, datująca się od wczesnych lat sześćdziesiątych, frustrująca przyjaźń. Tom Driberg był jednym z pierwszych członków parlamentu oficjalnie przyznających się do swoich seksualnych prefe­rencji. Dzielnie stawał w obronie Stonesów podczas ich procesów, podpisał petycję Abramsa w „Timesie”, podniósł w parlamencie sprawę użycia kajdanków. Był zafascynowany Mickiem. Namawiał go, żeby spróbował wejść do parlamen­tu – jako reprezentant młodego pokolenia mógł mieć kolosalne poparcie. Mickowi pomysł się podobał i dużo o tym mówił, ale nie odważył się podjąć żadnych realnych działań. Po aferze w Redlands wiedział doskonale, jak silne animozje w stosunku do niego istniały w społeczeństwie brytyjskim. Miał pewność, że są ludzie i ugrupowania, które za wszelką cenę nie będą chciały dopuścić do takiej profanacji.

Innym dekadenckim odjazdem Jaggera był satanizm. Duży wpływ na ludzi z otoczenia Stonesów wywierał amerykański mag i okultysta, Kenneth Anger (Gniew). Mieszkał w Notting Hill i utrzymywał bliskie stosunki towarzyskie z Gibbsem, Fraserem i Marianne. Był uczniem największego satanisty naszego wieku, Alistera Crowleya. W przypadku Jaggera i jego kumpli odegrał rolę podobną do tej, jaką Maharishi Mahesh Yogi odegrał w stosunku do Beatlesów. Były też jednak zasadnicze różnice. Beatlesi, szczególnie Lennon i Harrison, poszli w ciemno. Trochę za późno zrozumieli, że pozwalali się nabierać hochsztaplero­wi. Uwiecznili swojego hinduskiego proroka w piosence Sexy Sadie: „No i co ty narobiłeś, Sexy Sadie, z każdego zrobiłeś głupca”.

Mick podszedł do satanizmu z typową dla siebie rezerwą – Anger bardziej interesował go jako osobowość niż potencjalny wysłannik Władcy Ciemności. Był bowiem postacią nietuzinkową. Fraserowi wysłał w kopercie żyletkę z notatką: „Ostateczne rozwiązanie twoich problemów z jąkaniem”. Pewnej nocy Jaggera i Mariannę obudził w domu na Cheyne Walk brzęk tłuczonego szkła. Przez zamknięte okno wleciała do pokoju cegła z przywiązaną opasłą książką. Wybór poezji Williama Blake’a, prezent od Angera. Samozwańczy mag pracował nad realizacją swojego filmowego projektu, „Lucifer Raising” („Powstaje Lucyfer”). Od lat nie mógł doprowadzić planów do końca. Odtwórca tytułowej roli, mieszkaniec Kalifornii, Bobby Beausoleil, wyciął mu numer i poszedł do więzienia za morder­stwo. Anger chciał, żeby zastąpił go Jagger. Skończyło się na tym, że Mick skomponował i nagrał soundtrack, używając w tym celu syntezatora typu Moog, najnowszej zabawki Stonesów.

Osobą najbardziej podatną na wpływy maga okazała się Anita. Zgodne relacje przyjaciół opisują, jak potrafiła spędzać całe godziny gotując wywary i pomrukując zaklęcia. W swoim niezaspokojonym głodzie nowych wrażeń znalazła kolejne poletko dopiero czekające na eksplorację i, jak zwykle, poszła na całość. „Wierzę, że Anita jest – z braku lepszego słowa – wiedźmą” – powiedział Anger. „Ekipa okultystów w łonie Stonesów to Keith, Anita i... Brian. Bo Brian był także wiedźmą. Jestem przekonany. Pokazał mi swoją sutkę czarownicy. Miał dodatkową brodawkę w bardzo seksownym miejscu, na wewnętrznej stronie uda. Mówił – w innych czasach by mnie spalili. Bardzo go to cieszyło. Mick początkowo nie pozwalał identyfikować się z Lucyferem. Uważał, że to już idzie za daleko”.

Od marca Stonesi pracowali nad nową płytą. Po We Love You i THEIR SATANIC MAJESTIES REQUEST nie mogli sobie pozwolić na kolejną porażkę. Brakowało im zawodowego producenta, sami pokazali niedawno, co potrafią, i woleli tego nie powtarzać. Mick przyprowadził do studia Jimmy’ego Millera, byłego producenta The Spencer Davis Group i współtwórcę rewelacyjnego brzmie­nia grupy Traffic. Miller zaimponował chłopcom swoją kompetencją, a Stonesi zawsze najlepiej współpracowali z ludźmi, którzy im imponują. Wywiązała się długotrwała, twórcza współpraca – jej pierwszym widocznym osiągnięciem był powrót Rolling Stonesów do korzeni. Do prostego rocka, R&B, bluesa.

Pierwszym owocem nowej kooperacji był singel Jumpin’ Jack Flash, wyda­ny w maju. Maj obfitował w wydarzenia. Dwunastego Stonesi wystąpili, nie zapowiedziani, na odbywającym się tradycyjnie na londyńskim Wembley koncer­cie zwycięzców ankiety „New Musical Express”. Zagrali trzy numery – sensacja była niemała, w Wielkiej Brytanii pokazali się na żywo po raz pierwszy od dwóch lat. I po raz ostatni w oryginalnym składzie, chociaż tego nikt się chyba jeszcze nie spodziewał. Niecałe dziesięć dni później, 21 maja, wybuchła sensacja nie mniejsza – specjalny oddział do spraw narkotyków wykonał ponowny nalot na mieszkanie Briana i ponownie znaleziono znaczne ilości haszyszu i marihuany. Większość towaru ukryta była w dużym zwoju przędzy. W zajmowanym przez Briana apartamencie Hotelu Imperiał na Kings Road mieszkała poprzednio aktorka, Joanna Pettet. Miała później zeznać, że przędza należała kiedyś do niej i pozostawiła ją przez pomyłkę – nie było w niej jednak żadnych narkotyków. Briana postawiono w stan oskarżenia. Tym razem kaucja wyniosła 2000 funtów. Cała historia nie wpłynęła oczywiście korzystnie na sytuację w grupie.

Nastroje mogły się jednak poprawić po dwudziestym czwartym. W tym bowiem dniu ukazał się w sklepach singel Jumpin’ Jack Flash i natychmiast uznano powszechnie że jest jednym z najlepszych w dorobku grupy.

Urodziłem się w oku cyklonu
Wrzasnąłem na matkę pośród zacinającej nawałnicy
Ale już wszystko jest w porządku
Tak naprawdę – to tylko zadyma
Wszystko jest w porządku
Jestem Jumpin’ Jack Flash
A wszystko to tylko
Zadyma!

Znakomita piosenka jest właściwie zapowiedzią brzmienia zespołu na najbliższe lata, a towarzyszący jej promocji film z koncertowego wykonania na Wembley potwierdzał w pełni powrót do formy. Jumpin’ Jack Flash zajął pierwsze miejsce w Wielkiej Brytanii. W USA doszedł do trzeciego w klasyfikacji magazynu „Billboard” (królowała Mrs. Robinson Simona i Garfunkela), ale prowadził na większości niezależnych list radiowych.

Po rozstaniu z Oldhamem Mick Jagger coraz częściej zagłębiał się w tajniki ekonomicznego funkcjonowania zespołowej machiny. Uważnie kontrolował wszystkie ruchy Kleina (na próżno – Kleina należało kontrolować nadzwyczaj uważnie). Robił się podejrzliwy i zatrudnił nawet zubożałego – pojęcie względne – bankiera, księcia Ruperta Loewensteina, jako osobistego doradcę do spraw finansowych. Robił się także coraz bardziej skąpy. „Spanish” Tony Sanchez otworzył na Tottenham Court Road w Londynie klub o nazwie Vessuvio, cały urządzony jak namiot arabskiego szejka. Jedyne odstępstwo stanowiły zdjęcia Stonesów na ścianach. W dobrze poinformowanych kręgach mówiło się złośliwie, że klub powstał na specjalne życzenie Jaggera, który lubił od czasu do czasu wypić z Richardsem drinka, ale, w odróżnieniu od gitarzysty, nie znosił płacić nawet najmniejszej marży. To właśnie w Vessuvio Mick obchodził tego roku swoje 25 urodziny. Wśród zaproszonych gości znaleźli się, między innymi, John Lennon i Paul McCartney. Alkohol płynął strumie­niami, stawiał Jagger. Ciekawe tylko, co z tego miał Tony Sanchez?

Coraz więcej działań podejmował Jagger zupełnie na własną rękę. Po sukcesie Jumpin’ Jack Flash wychwalał się przed przyjaciółmi następującą anegdotą. Zauważył mianowicie, że piosenki Stonesów zupełnie nie są reprezen­towane w zestawach repertuarowych amerykańskich szaf grających. Szafy gra­jące były przez całe lata doskonałym businessem, dopóki nie wymiotło ich disco. Oczywiście cały interes kontrolowała mafia. Co więc robi dzielny finansista Mick? Organizuje spotkanie z ojcami chrzestnymi i pyta o warunki. Jak to pomiędzy finansistami, warunki są czysto finansowe. Spotkanie na szczycie kończy się podpisaniem porozumienia – Mick podpisuje autografy dla małych mafiosów, a ich uszczęśliwieni tatusiowie odstępują od jakichkolwiek innych roszczeń. Na drugi dzień Jumpin’ Jack Flash rozbrzmiewa w każdym amerykańskim barze od San Francisco po Przylądek Dorsza (Cape Cod).

Inna piosenka z tego okresu, w dorobku Stonesów także utwór o szczegól­nym znaczeniu, nie wymagała aż tak radykalnych zabiegów, żeby dotrzeć we wszystkie kąty świata. Chodzi o niesławną Sympathy For The Devil, spopularyzo­waną przez film samego Jeana Luca Godarda. Pionier francuskiej nowej fali pragnął utrwalić, możliwie wierny i szeroki, obraz kontestujących lat sześćdziesią­tych. Sięgnął po radykalny kontekst społeczny, nawiązał do trendów politycznych i obyczajowych epoki. W głównej roli obsadził swoją żonę, Annę Wiazemski. Powstał obraz wielowątkowy, nierówny – reżyser w bardzo subiektywny sposób próbował opisać zjawiska będące obiektywnymi elementami życia społecznego i jego intencje nie zawsze są czytelne. Młody, bogaty Teksańczyk zakochuje się we Francuzce, ale zakochuje się nieszczęśliwie. Z Francuzkami nigdy nie wiadomo. Bohaterka filmu lokuje płomienne uczucie w osobie zaangażo­wanego lewicowo amerykańskiego Murzyna. Niestety – organizacja, do której należy wybranek, nie zezwala swoim członkom na intymne kontakty z białymi kobietami. Murzyn kocha swoją białą kobietę, ale jeszcze bardziej kocha organi­zację (skąd my to znamy?). Odtrącona kochanka popełnia samobójstwo. Przez film przewija się wiele niezależnych wątków. Jest cmentarzysko samochodowe, na którym ekstremiści z Black Power mordują białe dziewczęta. Jest wnętrze Olympic Studios w Londynie, gdzie zespół The Rolling Stones pracuje wiosną 1968 nad nową płytą. Reżyser ograniczył się do rejestracji kolejnych prób piosenki Sympathy For The Devil. Jej powstanie wiąże się bezpośrednio z wpły­wem Angera i zainteresowaniem satanizmem – główną inspirację stanowiła po­wieść Michaiła Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”, zakupiona przez Jaggera w grudniu 1967 roku w Indica Bookshop obok innych pozycji związanych w mniejszym lub większym stopniu z okultyzmem. Piosenka narobiła niemałego zamieszania i przysporzyła Rolling Stonesom nowych wrogów.

Mick utożsamia się w niej wprost z Lucyferem. Opisuje, jak asystował przy śmierci Chrystusa:

Stałem obok, kiedy Jezus Chrystus 
Przeżywał chwile zwątpienia i wiary
I dobrze się upewniłem że
Piłat umyje ręce i przypieczętuje
Jego los

Dokonał najbardziej rewolucyjnej przemiany naszego wieku:

Kręciłem się po Petersburgu
Kiedy zobaczyłem że nadszedł czas na zmiany
Zabiłem Cara i jego ministrów
Anastazja krzyczała na próżno.

I – jak to u Stonesów bywa – im dalej tym lepiej:

Krzyknąłem: „Kto zabił Kennedych?”
Choć tak naprawdę byłeś to ty i ja

Robert Kennedy zginął zaledwie kilka dni przed nagraniem piosenki. Jej ref­ren brzmiał:

Miło mi poznać, mam nadzieję, że odgadłeś moje imię
Ale to co cię frapuje, to zasady mojej gry

Godard planował tytuł „One Plus One”, ale pozostał przy nim tylko w euro­pejskiej wersji filmu. Wersja amerykańska nosi tytuł „Sympathy For The Devil” i nic dziwnego – posłużył on oczywiście doskonale celom reklamowym, ale faktem pozostaje, że interpretacja Jaggera robi największe wrażenie w całym filmie. I pomyśleć, że przy końcowym montażu swojego dzieła Godard podjął decyzję o całkowitym usunięciu wszystkich sekwencji ze Stonesami. Całe szczęście, że nad reżyserem jest jeszcze producent – pan Ian Quarrier powie­dział ponoć tylko jedno słowo, ale chwała mu za nie.

Stonesi wzięli więc po raz pierwszy udział w filmowym przedsięwzięciu fabularnym. Ale wystąpili jako zespół, zagrali siebie. Ujęcia z Olympic Studios są właściwie czysto dokumentalną wstawką i na pewno nie na to czekali miłośnicy zespołu. Prawdziwa filmowa przygoda miała się jednak właśnie rozpocząć – niestety (choć nie wiadomo zasadniczo, czy należy z tego powodu ubolewać), wziął w niej udział sam tylko Mick Jagger.

Donald Cammell od dłuższego już czasu nosił w sobie zamysł scenariusza. Chodziło w nim o konfrontację pomiędzy byłym gwiazdorem rocka a gangsterem. Wytwórnia Warner Brothers zgodziła się sfinansować projekt, jak tylko rozeszła się wieść, że w filmie ma wystąpić Jagger. Żeby nie było nieporozumień, przed­stawiciele wytwórni postawili to jako warunek. Spodziewali się musicalu i wierzyli, że solista Rolling Stonesów nieźle nabije im kasę. Pozostawili twórcom pełną swobodę działania i mieli tego jeszcze gorzko pożałować.

Donald chciał reżyserować sam, ale nie miał w tym zakresie żadnego doświadczenia. Potrzebował fachowej pomocy. Nick Roeg, którego dokooptował, był cenionym operatorem. Zawarli umowę. Donald nie rozmawia z ekipą opera­torską, a Nick nie rozmawia z aktorami. Cammell łamał przyrzeczenie przez cały czas – bardzo pragnął zgłębić tajniki filmowej kuchni. Jego brat, David, pracujący zawodowo w branży filmowej (reklamy telewizyjne) wziął roczny urlop. Miał być producentem filmu, wspomagał go Sandy Lieberson. David Cammell poznał Micka już wcześniej, współpracował kiedyś z Giorgio Gomelskym nad dokumen­tem poświęconym początkom bluesa w Anglii. Został wtedy zagorzałym fanem Stonesów. Wierna towarzyszka Donalda, Deborah Dixon, ta sama, która uciekła Stonesom w drodze do Maroka, asystowała Christopherowi Gibbsowi w przygo­towaniu dekoracji. Tak więc niemal cała paczka znalazła zatrudnienie przy wspólnym projekcie. Tytuł miał brzmieć „Performance” (przedstawienie, wykona­nie, występ).

Znalezienie odpowiednich wnętrz i plenerów należało do Davida Cammella. Trudno było o wielki dom, nie podzielony na mieszkania, ale pamięć pomogła Davidowi. Przypomniał sobie imponujący, stary budynek przy Lowndes Square, gdzie przegrał niegdyś w pokera znaczne pieniądze. Właścicielem był Lenny Plugge, nawiedzony starzec, opowiadający niestworzone historie o swojej prze­szłości. Z radością powitał ekipę i bez zastanowienia wynajął dom – przeczuwał niezłą zabawę. I nie mylił się. Jedynym warunkiem było ubezpieczenie jego kolekcji obrazów, której wartość określił na dwa miliony funtów. Obrazy, porozwie­szane po całym domu, znajdowały się w raczej opłakanym stanie. W kolekcji był i Rembrandt, i Rubens, i Velasquez. Ale – jak wspomina Cammell – były także płótna podpisane i przez Rembrandta, i przez Rubensa... Pan Plugge był rzeczy­wiście wesołym staruszkiem.

Ubierał się w palto z gronostajów – wszyscy wiedzieli, że jest bez grosza, ścigały go zastępy wierzycieli – i co wieczór wychodził do opery. Mimo że miał 85 lat, nie zdarzyło mu się wracać samemu. Często towarzyszyły mu nawet po dwie młode panienki. Przyprowadzał je do domu obiecując, że wkręci je do filmu, pokazywał pracującą ekipę i prowadził prosto do sypialni. Następnego dnia miał zawsze nowe towarzyszki. Starał się maksymalnie wykorzystać sytuację.

Obrazy zostały zdjęte ze ścian, poowijane w koce i zaniesione na górę, do mieszkania dozorcy. Przedziwna to była postać. Zamknięty w sobie, brzydki do bólu, wałęsał się po planie niczym pomagier doktora Frankensteina. Żył z kobietą dotkniętą mongolizmem – jej łóżko roiło się od wszy. Miał jeszcze odegrać swój epizod w filmowej przygodzie Jaggera.

Oczywiście znudzonego karierą i życiem gwiazdora miał grać Mick. Nale­żało jeszcze obsadzić rolę gangstera. W założeniu Cammella miał to być gang­ster amerykański, początkujący reżyser myślał więc o nakłonieniu do współpracy Marlona Brando, którego znał z Paryża. „Ale z Marlonem wszystko trwa wiecz­ność”. Donald przypadkiem poznał Jamesa Foxa – „Urok Jimmiego polega na tym, że nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo jest atrakcyjny”. Mick był zachwycony Foxem. I vice versa. Donald Cammell pozostaje w tej spawie dyskretny: „Musicie zapytać kogoś innego, czy (James Fox) miał romans z Mickiem. Ja nie powiem, ponieważ wiem, że byłoby to źle zrozumiane. Ale przyjemnie było na to patrzeć”.

Zestawienie Foxa i Jaggera stało się kluczem do realizacji filmu. Fox to wspaniały aktor. Cammell widział go w „Służącym” Loseya i był przekonany, że pod płaszczykiem typowo brytyjskiej ogłady kryją się pokłady sadomasochistycznej perwersyjności. Nie mylił się. James skromnie powątpiewał, czy będzie w stanie przeistoczyć się w bandytę, ale Donald nie miał co do tego wątpliwości i podtrzymywał go na duchu. W ciągu kilku dni Fox przeistoczył się, na oczach wszystkich, w innego człowieka. No, może niezupełnie na oczach wszystkich. Wiąże się z tym zabawna anegdota. Ponieważ nie było sensu, żeby udawał gangstera z Chicago czy Detroit, miał się wcielić w ciemnego typa z East Endu. Wyznając widocznie szkołę Stanisławskiego, James Fox przeniósł się na East End, gdzie zamieszkał w pubie na Commercial Road. Tam zaprzyjaźnił się z miejscowymi chłopcami. Właściciel pubu, promotor bokserski Johnny Shannon, proszony był o roztoczenie opieki nad aktorem, którego gościł pod swoim da­chem, i przejął się tą rolą. Pewnego dnia zadzwonił podekscytowany do Donalda Cammella: „Słuchaj, myślę, że powinieneś o tym wiedzieć. Daliście mi Jimma pod opiekę i trochę się martwię. Wydaje się, że za bardzo wszedł w rolę. Wczoraj poszedł z paroma chłopakami na akcję”. Cała ekipa wpadła w panikę – wszystkie plany na nic, jeśli Fox pójdzie do więzienia za włamanie!

Mick także świetnie wskoczył w swoją postać. Turner, supergwiazdor, który porzucił karierę u szczytu sławy i żyje w odludnym domu w towarzystwie dwóch kobiet, był w pewnym sensie przedłużeniem i przejaskrawieniem charakteru Jaggera. To zasadniczo ułatwiało zadanie Micka. Turner nie angażuje się w nic do końca (cały Jagger) – jest obserwatorem, komentatorem, manipulatorem. Rozkoszuje się wyuzdanymi zabawami dekadenta. Prowadzi statyczny tryb życia, wypuszcza się jednak nieustannie na psychologiczne eskapady w kierunku sfer jeszcze nie rozpoznanych, zaledwie przeczuwanych, niebezpiecznych. Prawdzi­we zderzenie następuje dopiero wtedy, kiedy sielankę przerywa pojawienie się Chasa i jego gangu (część chłopców grali naturszczycy z wiadomego pubu).

Jedną z panienek Turnera kreowała Anita Pallenberg. Znakomity wybór! Miała w sobie więcej dekadenckich cech Turnera niż sam Mick. Drugą – francu­skie odkrycie Cammella, Michel Breton. „Była wieśniaczką ze wzgórz wokół St-Tropez – jej ojciec był garagiste. W filmie stanowiła znakomity katalizator seksualny – bardzo piękna, bardzo bystra, absolutnie żadnego wykształcenia. Świetnie wypadała z Jimmym. Miała około 14 lat, kiedy Deborah i ja spotkaliśmy ją i zabrali do Paryża. Już wtedy było wiadomo, że marnie skończy”.

W miarę rozwijania się akcji na planie, rozwijała się akcja poza planem. Mick i James Fox tak dalece utożsamili się ze swymi bohaterami, że nawet po zdjęciach nie zrzucali masek. Zaczęło to wytwarzać pomiędzy nimi, finezyjne początkowo, rozgrywki psychologiczne. Napięcie jednak systematycznie wzrasta­ło – na szczęście było to napięcie twórcze i doskonale owocowało powiększają­cym się materiałem filmowym. Natomiast destruktywnie masochizował się Keith. Nie był bezpośrednio zaangażowany w produkcję, ale w ekipie aktorskiej znajdo­wała się przecież Anita. Richards wiedział, że Mick zawsze interesował Anitę jako potencjalny partner seksualny. Scenariusz przewidywał niejedną scenę erotyczną pomiędzy Turnerem i jego dziewczętami. Razem i osobno. Załamany Keith podejrzewał – najzupełniej zresztą słusznie – że nie skończy się na próbach i symulacji. Przesiadywał całymi dniami w samochodzie zaparkowanym na Lowndes Square, paląc papierosa za papierosem. Prześladowała go myśl o tym, co może się dziać w środku, ale nie mógł zebrać się na odwagę, żeby skonfrontować swoje obawy z rzeczywistością.

Wiązał się z tym poważny problem – Cammell nie mógł zagonić Richardsa do napisania wspólnie z Jaggerem piosenki do filmu. Wspomina reżyser: „Mick bardzo źle obchodził się wtedy z Keithem. (...) To wszystko rozgrywało się na poważnie, po obu stronach było wiele emocji. Anita bawiła się jak nigdy w życiu. A mój romans z Anitą rozgrywał się dokładnie w tym samym czasie. Keith odmawiał napisania melodii. Sabotował film ze względu na Anitę”. Oliwy do ognia dolewał Robert Fraser, który bawił się rolą podżegacza. W końcu Cammell musiał przeprowadzić czystkę i usunąć wszystkich intruzów z planu. Z Robertem na czele. A Fraser był wtedy szczególnie blisko związany z Richardsem, jak powiada reżyser, „z powodów farmaceutycznych”.

Osobny dramat zaczął się w końcu rozgrywać pomiędzy Jaggerem a Foxem. To Mick przeholował. Cammell tłumaczy, że Mick zawsze był zorientowany rywalizacyjnie i że to showbusiness wyrabia taki wzorzec zachowań. Zgoda. Ale faktem jest, że doszło do tego, że to już nie Turner poniżał Chasa – to było w zgodzie ze scenariuszem – ale Jagger poniżał Foxa. Aktor-gangster bardzo to przeżywał. Z Jaggera, niestety, wychodził amator. Zdolny, ale jednak. Fox nigdy nie był pewny, ile potrwa próba – wszystko zależało od Micka. Kiedy Jagger uznawał, że jest OK, zostawiał partnera w pół zdania razem z jego perfekcjonizmem i profesjonalizmem. Potem następowały już tylko dialogi w rodzaju: Fox (stukając do drzwi garderoby) – „Mick, Mick, przeczytaj mi tekst jeszcze raz”. Jagger – „Odpierdol się, Jimmy”. Jagger był bardziej plastyczny i stosował perfidne chwyty, żeby zgnębić Foxa. Kiedy po odegranej przed kamerami scenie reżyser wołał „Stop!”, Jagger doskakiwał do Jamesa wołając: „Ale wiesz, że to nie jesteś prawdziwy ty, to nie jesteś prawdziwy ty!” Amatorstwo Stonesa miało jednak także swoje dobre strony. Mick improwizował na planie wspaniałe teksty, podczas gdy James Fox z zawodową precyzją odtwarzał swoją partię bez najmniejszych odstępstw od listy dialogowej.

Doskonałym manipulatorem całej sytuacji był Donald Cammell. Ze znako­mitą intuicją psychologiczną sterował konfliktami pomiędzy aktorami tak, żeby odbywało się to z korzyścią dla konfliktów pomiędzy jego filmowymi bohaterami. W ten sposób praca nad filmem trwała właściwie całą dobę, ale przynosiło to efekty. Cammell też płacił cenę. Pracował jak w transie. Jeśli udawało mu się wykroić parę godzin na sen, kładł się do łóżka kompletnie ubrany, żeby nie tracić czasu. Wyłoniły się jednak i poważniejsze problemy. Pewnego dnia obudził go te­lefon z policji. Zapytano Cammella, co wie na temat zniknięcia kolekcji Plugge’a. Początkowo myślał, że to żart kogoś z ekipy. Ale obrazy naprawdę przepadły. Wszystkie! A wraz z nimi dozorca z góry. Ktoś przypomniał sobie, że tajemniczy typ kupił ostatnio samochód i w ogóle wyglądał bardziej dostatnio niż zazwyczaj. To on wyprowadził całą kolekcję. Cammell: „Wymykał się przez mniej więcej dwa tygodnie, aż aresztowano go w końcu na Paddington Station. Potem zadzwonił i poprosił mnie, żebym wpłacił za niego kaucję. Powiedziałem, że napsuł mi więcej nerwów niż ktokolwiek na świecie i że mam nadzieję, że zgnije w lochu. Dowiedzieliśmy się, że sprzedał obrazy na aukcji – 3800 funtów za całą kolekcję”.

Po aferze z obrazami pojawiła się na horyzoncie wesoła sąsiadka. Na wóz ekipy operatorskiej mówiła „lodziarnia na kółkach” i twierdziła, że na Lowndes Square mieszka więcej utytułowanych osób niż w całym Londynie z wyjątkiem Eaton Square. Obecność filmowców miała, według niej, „zaniżać dobry ton”. „Dobry ton” to w dzisiejszych niełatwych czasach nawet w Anglii szczególnie cenna cecha – pani sąsiadka skierowała więc sprawę do sądu, wnosząc o przerwanie zdjęć. Sprawa trwała dwa dni i zupełnie przypadkiem wyszło na jaw, że na budynku pana Plugge’a ciąży dwukrotny zastaw hipoteczny. Nie miał nawet prawa go wynająć! Kompania ubezpieczeniowa dostała tym sposobem niezły prezent – nareszcie mieli idealny pretekst, żeby się pozbyć staruszka. Cammellowi powiedziano, że może kręcić dalej, byle tylko wszyscy przyzwoicie się zachowywali.

Szkoda, że nikt z sąsiadów nie wiedział, co się działo w środku. Stanley Meadows, aktor grający jednego z gangsterów, tłumaczył swoje dialogi na znany mu z młodości londyński slang i był jedyną osobą na planie „Performance”, która nie rozbierała się do naga. „Miałem zapisane w kontrakcie, że nie będę musiał pokazywać operatorom genitaliów” – mówił z dumą. Pozostali nie starali się o podobną klauzulę, ale nie wydaje się, żeby ktokolwiek tego żałował. W jednej ze scen Mick lądował w łóżku razem z Anitą i Michel. Cała akcja rozgrywała się, ze względów cenzuralnych, pod prześcieradłem. Ale prześcierad­ło było cienkie i widać było wyraźnie, że nie ma mowy o symulacji. Niestety. W laboratorium, w którym sukcesywnie wywoływano powstające negatywy, łóż­kowa scena wpadła w oko pewnej kobiecie, którą Cammell od początku podej­rzewał, że może uznać podobne ekscesy za świńskie. Zadzwonił jeden z dyre­ktorów wytwórni: „Panie Cammell, wie pan, że za coś podobnego możemy się znaleźć w sądzie? Przysłał nam pan materiał wątpliwy pod względem moral­nym, niewykluczone, że o pornograficznym charakterze”.

W ten, mniej więcej, sposób praca nad filmem toczyła się do grudnia. Donald Cammell poświęcił obróbce materiału cały następny rok, a James Fox poświęcił całe następne lata pracy misyjnej, krzewił chrześcijaństwo po świecie i próbował odzyskać ład moralny. Dobrze mu dało w kość. Przedstawiciele Warner Bros. oniemieli, kiedy zobaczyli, co nakręcił Cammell. Spodziewali się czegoś zupełnie innego. Spowodowało to dodatkowe pertraktacje, kolejne inter­wencje cenzury, a co za tym idzie, opóźnienia – londyńska premiera filmu miała się odbyć dopiero w styczniu 1971 roku.

Po zdjęciach wszystko właściwie wróciło do normy. Anita była znowu z Richardsem, który sam musiał uporać się ze swoją zazdrością. Z Irlandii wróciła Marianne. Jagger przez cały czas realizacji filmu rozkoszował się niczym nie skrępowaną wolnością, ponieważ jego dama była w ciąży. Już będąc w odmien­nym stanie Marianne wystąpiła obok Alaina Delona w filmie „Dziewczyna na motocyklu” (w którym ona także pokazywała się nago) i lekarze zalecili jej pobyt na wsi, możliwie daleko od Londynu. Jagger bardzo był dumny i cieszył się z tego, że zostanie ojcem. Takie przynajmniej sprawiał wrażenie. Ale niestety, wysyłając Marianne do Kildare County, aż na drugą wyspę, stracił zupełnie kontrolę nad jej narkotycznym uzależnieniem. Skutkiem było poronienie, które zachwiało emocjonalnie obojgiem. W opinii przyjaciół to jednak Mick silniej przeżywał stratę. Marianne miała przecież syna z Johnem Dunbarem, ale robiła wszystko, żeby uciec od roli matki.

Coraz gorzej działo się natomiast w grupie. The Rolling Stones stawali się powoli kwartetem. Brian Jones odpływał w narkotyczne światy i zupełnie nie można było polegać na nim jako na muzyku. W większości nagrań na przygotowywanej płycie wszystkie partie gitarowe wykonywał Richards. Po majowym nalocie Brian musiał ponownie stawić się w sądzie. Miał dużo szczęścia. 26 września zapadł wyrok – 50 funtów grzywny i 105 funtów kosztów sądowych. Za nielegalne posiadanie konopi indyjskich. A przecież to już druga wpadka! Niezależnie jednak od pobłażliwości sądu Brian się staczał. Było to oczywiste dla jego kolegów i szczególnie drażniło Micka. Stonesi mogli być właściwie pewni, że Brian nie otrzyma wizy wjazdowej do większości krajów, z USA na czele. A to przekreślało ich plany koncertowe. Zaczynało się mówić o zastąpieniu Briana innym muzykiem, wybuchały kolejne fale pogłosek. Najbardziej sensacyjne „przeciekły” w sierpniu od informatorów związanych z grupą Cream – po spodziewanym zakończeniu działalności supertria Stonesów miał rzekomo zasilić sam Eric Clapton.

Brian Jones wiedział o tym wszystkim, ale wszedł już na drogę autodestrukcji i nawet nie próbował się cofnąć. Przyjmował ogromne ilości narkotyków – wszystkie rodzaje, wszystkie kombinacje. Upodobał sobie DMT, jeden z najsilniej­szych halucynogenów. Zawsze otoczony pięknymi dziewczętami, zachował obse­sję na punkcie Anity. Nie mógł jej wybaczyć odejścia. Żeby ułatwić sobie życie – to znaczy zażywanie narkotyków i seksualne orgie, bo do tego życie Briana zaczęło się sprowadzać – został czwartym w zespole posiadaczem. 13 listopada zakupił Cotchford Farm w Sussex, były dom A. A. Milnego, który tam właśnie napisał „Kubusia Puchatka”. Biorąc pod uwagę, że mieszkał tam niegdyś sam Wilhelm Zdobywca, rzecz warta była chyba 31 500 funtów (Charlie Watts dzielił swoją posiadłość z duchem arcybiskupa, tymczasem w Stargroves Jaggera mieścił się kiedyś zaledwie sztab Cromwella). Brian był co do tego przekonany i zaczął spędzać w nowym miejscu coraz więcej czasu. W ogrodzie znajdowała się kamienna figurka Krzysia Robina, naturalnej wielkości. Gdyby umiała mówić...

Płyta, zatytułowana BEGGARS BANQUET, została przenoszona o pół roku. Wiąże się z tym cała afera, afera, która nie pozostała bez wpływu na dalsze losy współpracy Stonesów z wytwórnią Decca. Zawartość muzyczna gotowa była w czerwcu i nawet najbardziej obiektywni obserwatorzy (słuchacze) przyznawali, że jest znakomita. Członkowie zespołu nie mogli się doczekać reakcji fanów – zależało im bardzo na zatarciu wrażeń po THEIR SATANIC MAJESTIES REQUEST. Niestety, poszło o okładkę. Pomysł graficzny pochodził tym razem od spółki Mick-Marianne. Rozkładana koperta płyty miała przedstawiać fragment ściany szaletu, pokryty zwyczajowymi rysunkami i napisami, pomiędzy które wplecione były tytuły piosenek. Na pierwszej stronie widoczny był kawałek deski klozetowej, dolnopłuk i wisząca rolka papieru toaletowego. A także spory kawał rury. Wszystkie elementy odrapane i brudne – na ścianie czerwony napis „The Rolling Stones”.

Decca nie zaakceptowała pomysłu (a naprawdę szkoda, był znakomity pod względem plastycznym, nietuzinkowy – brawo autorzy!), Jagger powiedział, że nie zaakceptuje żadnego innego. Ale i Decca i London Records uznały, że projektowana okładka jest napastliwa. Mick powiedział: „Absolutnie nie uważam, żeby była napastliwa. Decca wydała okładkę przedstawiającą wybuch bomby atomowej (ATOMIC TOM JONES – przyp. aut.). Myślę, że to jest bardziej napastliwe”. Słusznie! Pod koniec sierpnia o konflikcie pisała już cała prasa. Przedstawiciele wytwórni twier­dzili, że jeśli tylko załatwiona zostanie sprawa okładki, płyta po tygodniu będzie w sklepach. Jagger nie chciał rozmawiać. Po jakimś czasie zaproponował kompro­mis – płyta, razem z „szaletową” okładką, może być sprzedawana w szarych kopertach z napisem „Niestosowne dla dzieci”. Tym razem odmówiła Decca. W listopadzie Jagger wyznał, że jest mu wszystko jedno. Targi z wytwórnią określił jako „kompletną stratę czasu”. Płyta ukazała się w sklepach 5 grudnia w całkowicie białej okładce z napisem ROLLING STONES / BEGGARS BANQUET. Miesiąc wcześniej wyszedł BIAŁY ALBUM Beatlesów, odżyła „teoria Lennona”.

O muzycznej zawartości BEGGARS BANQUET najwięcej chyba mówi to, że właściwie do dzisiaj pozostaje ona tą płytą Stonesów, którą Mick Jagger i Keith Richards cenią najbardziej. Identyczną opinię wygłosili w swoim czasie: Brian Jones, który z powstaniem BEGGARS BANQUET niewiele miał wspólnego, oraz Mick Taylor, który z jej powstaniem nie miał wspólnego nic. A wiadomo, jak Brian był zazdrosny o osiągnięcia kolegów.

Płytę otwiera sam Lucyfer, czyli Mick, w piosence Sympathy For The Devil. Zamyka ją utwór Salt Of The Earth, apoteoza proletariatu, nawet jeśli nieco ironiczna, to śmiała i wyprzedzająca o parę lat Working Class Hero Johna Lennona. Całość utrzymana jest na znakomitym, stałym poziomie – produkcja Jimmy’ego Millera trafiła w dziesiątkę. Stonesi po raz pierwszy brzmieli równie dobrze. Kilka piosenek narobiło kłopotów. Jagger jeszcze nigdy nie śpiewał tak explicite o groupies jak w utworze Stray Cat Blues. A bohaterka nie dość że miała zaledwie 15 lat, to jeszcze przyprowadziła koleżankę! Nie trzeba chyba dodawać, że obie znalazły to, czego szukały. Ale strona obyczajowa zawsze była piętą achillesową Stonesów, a tym razem pojawiły się także zastrzeżenia natury politycznej. Chodziło o piosenkę Street Fighting Man.

Wszędzie wokół słyszę, chłopcze
Odgłos stóp maszerujących do ataku
Przyszło lato i czas, chłopcze
Żeby walczyć na ulicach

Nie było to spokojne lato i słowa wywoływały zbyt wiele skojarzeń. Bezpo­średnią inspiracją piosenki były studenckie rozruchy w Paryżu, ale w sierpniu odbywała się w Chicago Prezydencka Konwencja Partii Demokratycznej i na ulicach było rzeczywiście gorąco. Zamieszki zostały krwawo stłumione z rozkazu burmistrza Daleya, a piosenka na wszelki wypadek zakazana. Za przykładem Chicago poszło wiele innych miast amerykańskich. Tłumaczono, że Street Figh­ting Man nawołuje do dalszych rozruchów:

Hej!
Myślę, że nadszedł czas
Na pałacową rewolucję
Będę wznosił okrzyki, zabiję króla
Zgniotę jego sługi

Czy rzeczywiście? Refren piosenki brzmiał:

No tak, ale co może zrobić biedny chłopak
Oprócz tego, że śpiewa w rockandrollowym zespole
W śpiącym Londynie po prostu nie ma miejsca
Na walkę na ulicach
Nie!

Po ukazaniu się albumu chłopcy doszli do wniosku, że jest się z czego cieszyć, i zorganizowali uroczyste przyjęcie. Doszło do walki na torty – piguły z bitej śmietany rozbijały się na twarzach zaproszonych przedstawicieli Dekki. Tak więc nawet w „śpiącym Londynie” udało się Stonesom wziąć odwet za okładkę i opóźnienie w wydaniu płyty. Miejscem akcji był, co prawda, ekskluzywny hotel Gore, nie ulice, ale lepsza mała satysfakcja niż żadna.

Promujący piosenkę Jumpin’ Jack Flesh film, którego twórcą był Michael Lindsay-Hogg, wzbudził ogromne zainteresowanie i był – zdaniem Jaggera – niebagatelnym czynnikiem wpływającym na sukces singla. Zrodził się więc pomysł, żeby w podobny sposób zareklamować płytę BEGGARS BANQUET. Tak doszło do realizacji telewizyjnego widowiska „The Rolling Stones’ Rock-and-Roll Circus”, które miało wynagrodzić wiernym fanom nieobecność zespołu na estra­dzie. Reżyserował ponownie Lindsay-Hogg, profesjonalista mający za sobą doświadczenie kilku lat pracy nad Ready, Steady, Go! Do programu zaproszono szereg znakomitości. Nie skorzystał z zaproszenia Dr John (czyli Mac Rebennack, voodoo-rocker z Nowego Orleanu), nie przybyła także grupa Traffic. Udział wzięli natomiast John Lennon i Yoko Ono, Eric Clapton, Mitch Mitchell (perkusista The Jimi Hendrix Experience), zespoły The Who i Jethro Tull oraz cała plejada barwnych postaci z Robert Frossett Circus – klowni, akrobaci, żonglerzy, połykacz ognia, a także zwierzęta, wśród których wyróżniał się imponującym wyglą­dem syberyjski tygrys. Jakby tego wszystkiego było mało, wystąpił także amery­kański bluesman Taj Mahal oraz brytyjska zakonnica (no, prawie) Marianne Faithfull. Jeśli do tego wszystkiego dodamy jeszcze boksującego kangura, szykowało się bezprecedensowe widowisko. Doprawdy szkoda, że nikt go nie zobaczył. Aha, właśnie – nie doszło do emisji programu.

Dlaczego? Zaważył chyba perfekcjonizm Micka. Nagrania ciągnęły się w studiach BBC przez trzy grudniowe noce. Zaproszono do udziału widzów – bilety wysyłał fanklub i redakcja „New Musical Express”. Przybywające zastępy fanów ubierane były przy wejściu w kolorowe kapelusze i poncza. Sensację wywołało powołanie jednorazowej supergrupy The Dirty Mac, w składzie: Eric (gitara solowa), John (gitara rytmiczna), Keith (gitara basowa), Mitch (perkusja), Yoko (to co zawsze), która wykonała piosenkę Lennona z BIAŁEGO ALBUMU, Yer Blues. Większa część widzów nie doczekała się Stonesów. Chłopcy wyszli na scenę ostatniego dnia dobrze po północy i widownia była już w znacznym stopniu przerzedzona. Na rozgrzewkę i powitanie najbardziej wytrwałych zagrali Route 66, Confessin’ The Blues i Jumpin’ Jack Flash. Potem kamery zaczęły pracować. Jeszcze dwa razy Jumpin’ Jack Flash, trzy razy Parachute Woman i – premiero­we wykonanie, zapowiedź następnego singla i longplaya – You Can’t Always Get What You Want. Po przerwie zagrali jeszcze kilka piosenek, kończąc występ utworami Sympathy For The Devil i Salt Of The Earth. W tym ostatnim do zespołu przyłączyła się widownia, John i Yoko, Eric Clapton oraz The Who. O szóstej rano wykonawcy i widzowie udali się do domu.

Jagger nie był zadowolony z występu Stonesów. Wszyscy goście wypadli świetnie, tego nikt nie kwestionował. Szczególne wrażenie zrobili The Who, Jethro Tull i Mariannę śpiewająca Something Better. Mick nie zgodził się jednak na emisję programu. Nikt nie powiedział tego wprost, ale występ Rolling Stone­sów położył Brian. Ludzie, znajdujący się w studiu w czasie kręcenia „Rockandrollowego Cyrku Stonesów”, opisywali, że Brian był kompletnie „nabuzowany”, nieprzytomny, nieobecny. Ledwo trzymał się na nogach. Niezdolny praktycznie do niczego więcej oprócz uderzania kilku podstawowych akordów, przynosił wstyd zespołowi.

Zainteresowanie programem ostygło, ale nie wygasło przez następne 20 lat. Co jakiś czas pojawiała się pogłoska, że „The Rolling Stones’ Rock and Roll Circus” będzie wreszcie pokazany w telewizji, albo że ukaże się przynajmniej płyta ze ścieżką dźwiękową programu. Nikt raczej nie spodziewał się... książki. Piękny album z fotosami z koncertu wydany został w roku 1992. Płyta i film ukazały się wreszcie w 1996 roku. Upłynęło zbyt wiele czasu, żeby miały stać się sensacją, ale recenzje zebrały... entuzjastyczne! Na płycie jest tylko muzyka i najlepsze wykonanie należy bezsprzecznie do grupy The Who. Absurdalna kantata A Quick One (While He’s Away) warta jest dobrego skręta w każdej wersji, a szczególnie uchwycona na żywo. „Cyrkowe” wykonanie nikogo z pew­nością nie rozczaruje (chociaż brak tu jeszcze zdumiewającej perfekcji, uzyskanej przez The Who na słynnym koncercie w Leeds dwa lata później). Marianne z wielkim spokojem i z dużą klasą śpiewa Something Better, niezły popis daje też zespół Jethro Tuli, wtedy jeszcze sensacyjny debiutant. Amerykański bluesman Taj Mahal (czas pokazał, że jednak drugoligowy) nie najlepiej pasuje dziś do obrazka i z lekka nudzi, choć w owym czasie wzbogacił widowisko symbolicznym choćby nawiązaniem do muzyki korzeni. Cieszy natomiast spontaniczna supergrupa, The Dirty Mac – ale tylko przez chwilę. Dopóki chłopcy grają Yer Blues Johna z BIAŁEGO ALBUMU, zabawa jest przednia. Kończy się jednak natych­miast po pojawieniu się dziewczynki – w prostym jamie Whole Lotta Yoko, tytułowa Yoko (ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że już sam tytuł sygnalizował, iż będzie jej za wiele...) zagłusza swoim skowytem nawet elektryczne skrzypce (grał na nich Ivry Gitlis)! I tyle goście, reszta płyty należy do gospodarzy.

Dość zgodnie przeważała opinia, że nie jest to najlepszy występ Stonesów, choć słychać, że zespół wyraźnie się rozgrzewa. Jumpin’ Jack Flash wypada blado, Parachute Woman niewiele lepiej. Chłopcy łapią dobre wibracje w piosence No Expecta­tions, ale prawdziwy koncert rozpoczyna się dopiero w trakcie premierowego wykonania You Can’t Always Get What You Want. W utworze Sympathy For The Devil jest już bardzo dobrze, a cały występ kończy zbiorowe odśpiewanie Jaggerowskiej apoteozy proletariatu, Salt Of The Earth. I to wszystko. Ale mamy jeszcze wizję...

Zapis telewizyjny dłuższy jest od płyty zaledwie o kilka minut, na które składają się popisy akrobatów oraz połykacza ognia. Ale nie o cyrk tu chodziło. Ten film to dziś zupełnie niezła wizytówka owej interesującej epoki – kulminacji epikurejskich czasów londyńskiego Undergroundu (i to bardziej bezpretensjo­nalna niż przeintelektualizowany film Antonioniego, „Powiększenie”). Wygląda to wszystko dosyć kiczowato, ale ma swój urok – takie to były czasy. Wymalowany Jagger w roli dyrektora cyrku po raz kolejny pokazuje, że urodzeni ekshibicjoniści w showbusinessie zawsze zajdą najdalej. Keith Richards łączy czarny cylinder z opaską na oku, Charlie Watts ma ogromną czapę maga, Brian Jones – jak zwykle – ledwo stoi, a Billa Wymana – jak zwykle – nie widać. Poprzebierana w kolorowe poncza widownia reaguje entuzjastycznie, ale kryje się za tym, jak wiemy, pewna manipulacja – program nagrywano przez dwie doby i nie wszyscy byli w stanie wytrzymać do końca. Główną materię filmu tworzą jednak – na szczęście – wykonania muzyczne. Otwiera Jethro Tull. Gdy ogląda­my, w osobie Jana Andersona, nawiedzonego, ekstatycznego fauna, zawieszo­nego w powietrzu na jednej nodze i wygrywającego na flecie poprzecznym swoje quasi-barokowe melodie, nie chce się wierzyć, że mamy przed sobą praktycznie nieznaną, debiutującą grupę. Jethro Tull miało w przyszłości zatracić pierwotne bluesowe brzmienie, ale i tak czuje się, że jest to zalążek obiecującej kariery. Zupełnie niewiarygodny jest natomiast, oglądany na filmie, występ The Who. To już naprawdę warto zobaczyć – czterech ludzi: tylko dwie gitary i perkusja... a ile muzyki! A Quick One While He’s Away odsłania swoje tajemnice. Warto również przyjrzeć się niepoprawnej i enigmatycznej Mariannę – ślicznie wygląda w czar­nej, satynowej sukni. Osobowością niewątpliwie rzucającą się w oczy jest na filmie John Lennon. Jego bełkotliwe dialogi z Jaggerem oscylują w zdrowym kierunku typowo brytyjskiego absurdu, absolutnym przebojem jest jednak zapo­wiedź Rolling Stonesów w wydaniu Johna. Na albumie słychać zaledwie dwa słowa: „And now...” Resztę trzeba zobaczyć. Nieodżałowany John wykonuje przekonującą wersję bardzo mocnego Yer Blues z BIAŁEGO ALBUMU, a towa­rzyszący mu panowie czują się świetnie. Znacznie gorzej zaczyna to wyglądać po pojawieniu się Yoko Ono. Ale mówi się trudno – nie ostatni to raz, kiedy za zobaczenie Johna płacimy cenę, której na imię Yoko. Na szczęście pozostała część filmu należy już tylko do Rolling Stonesów. I uwaga! To, co na płycie brzmi jak przeciętny występ zespołu, wzbogacone o wizję urasta nagle do rangi wy­darzenia, Jagger przechodzi siebie. Urodzony showman śpiewa, skacze, plą­sa, zaczepia widownię, wreszcie – w trakcie Sympathy For The Devil – rozbiera się do pasa, żeby ukazać zdobiące tors malunki. Lucyfer wcielony, jest w kapital­nej formie i dla niego samego należy sięgnąć po ten film. Chyba że ktoś w ogóle lubi Rolling Stonesów. Albo The Who. Albo Lennona. A nawet tylko sex, drugs & rock and roll...

Warto pamiętać, że jest to także ostatni zarejestrowany występ Briana Jonesa. Pół roku później założyciel i ojciec chrzestny The Rolling Stones już nie żył. Tymczasem jednak dobiegał końca rok 1968. Zbliżały się święta. Brian i Suki Poitier wybrali się na Ceylon (tak, na Oceanie Indyjskim była jeszcze wtedy taka wyspa), gdzie złożyli wizytę Arthurowi C. Clarkowi, autorowi sfilmowanej przez Kubricka książki „2001: Odyseja kosmiczna”. Mick, Marianne, jej syn Nicholas oraz Keith i Anita wyjechali na wypoczynek do Brazylii. Richards i jego pani zamierzali wypoczywać czynnie: „Bardzo zainteresowaliśmy się magią i traktujemy ten wyjazd niezwykle serio. Mamy nadzieję spotkać pewnego magi­ka, który uprawia zarówno czarną, jak i białą magię. Ma bardzo długie i trudne imię, którego nie potrafimy wymówić. Nazywamy go Banana, żeby było krócej”. Jagger wolał wałęsać się po plaży. Mocno się opalił i zapuścił krótką brodę.

NIECH KRWAWI

Wiosną 1969 roku Stonesi wiedzieli już doskonale, że czas pokazać się fanom „na żywo”. Mick i Keith myśleli poważnie o kolejnym tournée amerykań­skim, ale zarówno obciążenia związane z dwoma procesami, jak i ogólny stan psychiczny Briana, praktycznie dyskwalifikowały go z udziału w koncertach. W zespole coraz jawniej mówiło się o konieczności znalezienia nowego gitarzy­sty. Cały styl i brzmienie Stonesów opierały się na współpracy dwóch gitar – od tego nie można było odstąpić. Wkład Briana w nagrywanie ostatniej płyty był prawie żaden. Keith dublował większość partii, do studia wpadali zaprzyjaźnieni muzycy, Dave Mason, Eric Clapton. Muzyk, zaszczycony propozycją wejścia do The Rolling Stones, musiał być kompetentny, w najbardziej profesjonalnym tego słowa znaczeniu, ale nie mógł być zbyt silną indywidualnością artystyczną. Miał się wtopić w Stonesów, a nie zachwiać grupowym układem.

Od pewnego czasu apetyty Micka i Keitha skupiały się wokół osoby młodziutkiego Micka Taylora, niezwykle utalentowanego gitarzysty, który przeszedł właśnie przez twardą bluesową szkołę Johna Mayalla. 17 stycznia 1968 roku Taylor skończył 20 lat. Już w szkole zainteresował się bluesem, stał się prawdzi­wym fanatykiem. Potem pracował jako grawer, ale przez cały czas grał – w zespole nieskromnie nazwanym The Gods (Bogowie). Przez tę amatorską kapelę zdążyło się przewinąć kilka znanych postaci (m.in. Greg Lake – potem King Crimson i Emerson, Lake and Palmer), a po kolejnych transformacjach stała się ona zalążkiem zespołu Uriah Heep. Ale już bez Taylora. Ten bowiem, oprócz tego że grał, intensywnie „bywał”. W klubach. Pewnego wieczoru spełnił się sen młodego gitarzysty. Na koncercie legendarnych Bluesbreakers okazało się, że Eric Clapton zachorował i sam Mayall zaprosił Micka Taylora na estradę, żeby zastąpił jego najznakomitszego solistę. Wypadł doskonale, ale był nieprzyzwoicie młody. Grał stanowczo za dobrze jak na swój wiek. Kiedy Clapton odszedł od Bluesbreakers, żeby założyć Cream, zastąpił go Peter Green. Kiedy Green odszedł, zakładając Fleetwood Mac, Mayall uznał wreszcie, że niebieskooki chłopaczek o twarzy cherubinka może zostać stałym członkiem jego grupy. Mick Taylor grał z Bluesbreakers prawie dwa lata. Na koniec chciał już grać coś więcej, nie tylko bluesa. Z Richardsem rozumiał się doskonale. Lubił muzykę Stonesów, Keith imponował mu jako gitarzysta rytmiczny. Wprawdzie solo gitarowe z Sympathy For The Devil pokazuje, jak dalece rozwinął się Richards jako solista, ale nie to było jego prawdziwym powołaniem. Od niego przede wszystkim zależała decyzja o przyjęciu nowego muzyka i Keith uznał, że włączenie Taylora do grupy nada brzmieniu Stonesów optymalny balans. A w dodatku przybliży zespół do muzycznych korzeni.

Nagły zwrot w karierze nie przewrócił Taylorowi w głowie. „Po prostu przyjmuję, że byłem najlepszym dostępnym gitarzystą w danej chwili” – powie­dział reporterom. Niestety, trzeba było jeszcze zrobić coś z Brianem. Jagger i Richards mieli na szczęście dość cywilnej odwagi, żeby zakomunikować mu to osobiście. Poprosili Charliego Wattsa, żeby wystąpił w roli katalizatora – i we trzech odwiedzili Briana w jego narkotycznej samotni. Brian nie utrudniał rozmo­wy. Zachował się tak, jakby był na nią przygotowany. Ustalono wspólnie, że poda się prasie kompromisową wersję – Brian sam odchodzi od Rolling Stonesów ze względu na różnice w zapatrywaniach muzycznych, ma inne plany artystyczne, prawdopodobnie poprowadzi własny zespół etc. Stonesi planowali, w celu zapre­zentowania publiczności nowego składu, darmowy koncert w londyńskim Hyde Parku. Mówiło się, że Brian powinien wpaść i zagrać parę numerów ze swoją byłą grupą – taki gest przekonałby wszystkich, że w zespole nie było niezdrowych fermentów i uczyniłby odejście Briana nieco lżejszym.

Podczas wizyty Micka, Keitha i Charliego gospodarz Cotchford Farm spra­wiał wrażenie bardziej zebranego niż w poprzedzającym okresie. Pozory! Staczał się w zawrotnym tempie, a stopniowe oddalanie się od zespołu przyprawiało go o prawdziwą paranoję. Im więcej ćpał, tym gorzej grał, im gorzej grał, tym więcej ćpał. Błędne koło. Ossie Clark, projektant mody i kumpel Stonesów, wspomina, jaka rozpacz ogarniała Briana, kiedy budził się z narkotycznych transów i uprzy­tomniał sobie, że nie bierze udziału w pracy zespołu: „Oni są tam wszyscy, nagrywają, mają zamiast mnie kogoś innego. Dla mnie nie ma już miejsca”.

Ale ostateczna rozmowa, której faktycznie spodziewał się od dłuższego już czasu, spełniła w pewnym sensie funkcję katharsis. Brian zaczął na spokojnie rozważać swoje plany muzyczne. Odnowił kontakt z Alexisem Kornerem – roz­mawiali o bluesie i o nowej grupie Kornera, The New Church. Brian chciał dołączyć, ale Alexis zachęcał go do stworzenia własnej formacji, twierdził, że powinien zostać liderem. Oddany, bezinteresowny entuzjasta – udział eks-Stonesa mógł znacznie podnieść prestiż zespołu Kornera, którego gwiazda zgasła na zawsze w chwili pojawienia się Johna Mayalla i jego kolejnych Bluesbreakers.

Brian uwielbiał swoją nową posiadłość, Cotchford Farm. Wszystkim go­ściom z Londynu pokazywał z dumą statuetkę Krzysia i zegar słoneczny z Pu­chatkiem, Prosiaczkiem oraz innymi zwierzętami. Zaprzyjaźnił się z ludźmi mie­szkającymi w okolicy, zaczął bywać w lokalnym pubie, The Haywagon. Zapraszał mnóstwo gości, przyjechali do niego rodzice. Zastali go w niezłej formie, w le­pszej w każdym razie, niż się spodziewali. Po raz pierwszy od dzieciństwa Briana rozmawiali o jego siostrze, która zmarła w wieku dwóch lat, kiedy Brian miał cztery. Ojciec pomagał w pracach gospodarskich, wiele robót wykonali wspólnie. Pozory wskazywały na to, że wymuszone, choć nieuchronne, odejście od Stonesów Brian przyjął z ulgą. Wciąż tylko pozory. Pogłębiała się jego paranoja, widział światła, słyszał głosy, czuł się więziony we własnym domu. Prześladowała go obawa, że zrobił karierę przypadkiem, że pozbawiony jest jakiegokolwiek talentu. Wciąż mówił o tym ze swoimi domownikami.

Mieszkała z Brianem jego najnowsza dziewczyna, 21-letnia szwedzka pielęgniarka, Anna Wohlin. W budynku gospodarczym mieszkanie zajmował Frank Thorogood, technik budowlany nadzorujący remont posiadłości. Żyła z nim Janet Lawson, pielęgniarka o rok tylko starsza od towarzyszki Briana. Frank był od niej starszy dwukrotnie. Tom Keylock, którego ręka zdążyła się już zagoić po „brawurowym” wyczynie w Zurychu, doszedł do wniosku, że z Brianem było mu weselej i porzucił Richardsa, wracając na łono poprzedniego pryncypała. Brian przyjął go bez wymówek i tak Tom i jego żona stali się kolejnymi domownikami Cotchford Farm.

Chłopcy wyrzucili Briana z zespołu na skutek jego uzależnienia, ale nie potrafili wyciągnąć z tego wniosków dla siebie. Keith zaczynał brać coraz więcej i to coraz cięższych narkotyków. Anita pod względem głodu nowych doznań oraz otwartości na każdy rodzaj gwałtu na samej sobie mogła iść w zawody z Bria­nem. Marianne coraz rzadziej bywała trzeźwa i miała już za sobą pierwsze doświadczenia z heroiną. A heroina wciąga jak mało co. Mick, choć oczywiście ostrożny, nie był dość ostrożny. W dniu, w którym oficjalnie ogłoszono, że Jagger zagra tytułową rolę w filmie Richardsona „Ned Kelly”, 28 maja, policja dokonała nalotu na jego londyńskie mieszkanie. Znaleziono i marihuanę, i haszysz, zabra­no Micka wraz z Marianne na posterunek. Wyszli za kaucją 50 funtów. Znaleziono jednak także coś więcej – złowieszczy biały proszek. Tego samego dnia rano ktoś oferował Marianne heroinę. Kupiła, ale podejrzewała, że sprzedano jej zwykły talk. Jaggera zmroziła ta wiadomość. Kto jak kto, ale on nie wierzył w zbiegi okoliczności. Gdyby to rzeczywiście była heroina... Pomimo złych doświadczeń po aferze w Redlands, postanowił przekupić kogoś w policyjnym laboratorium. Na szczęście nie zaszła taka potrzeba. Mariannę została oszukana – to był talk.

Jaggera czekał więc kolejny proces o posiadanie „towaru”, ale musiał żyć z tą perspektywą tak, jakby nic się nie działo. Machina o nazwie The Rolling Stones zaczynała ruszać. 9 czerwca ukazało się w prasie zawiadomienie o zmia­nie gitarzysty. Trzynastego o 14.30 Stonesi rozsiedli się na trawie w Hyde Parku otoczeni tłumem fotoreporterów. W ten sposób przedstawiono światu Micka Taylora. Także w czerwcu ogłoszono planowany koncert w Hyde Parku: „(...) Nie ma jeszcze żadnych wiążących ustaleń na temat udziału innych artystów, ale tym, którzy przybędą na koncert, zapewnia się pięć godzin wolnej od jakichkolwiek opłat nieprzerwanej rozrywki”. Termin ustalono na sobotę, 5 lipca, impreza miała się rozpocząć o godzinie trzynastej.

Stonesi pracowali bardzo intensywnie. Mick Taylor nie miał za dużo czasu, żeby wgrać się w zespół, trwały więc wielogodzinne próby. Szykowano program na Hyde Park, ale też przystąpiono już do nagrywania nowego materiału. Piosenki, które miały wejść na kolejny longplay Stonesów, przygotowywano w Olympic Sound Studios w Londynie. Chłopcy, jak zwykle, pracowali całymi nocami. 3 lipca, około trzeciej nad ranem, do studia zadzwoniła żona Toma Keylocka. Poprosiła do telefonu Jaggera i powiedziała, że Brian nie żyje.

W nocy z 2 na 3 lipca, krótko po północy, Brian Jones utopił się we własnym basenie na ukochanej Cotchford Farm. Wokół śmierci byłego Stonesa próbowano stworzyć atmosferę sensacji. Faktem jest, że niektóre wydarzenia owej tragicznej nocy prowokują do spekulacji, ale brutalna prawda jest względnie prosta.

Brian i Anna oglądali telewizję, popijając niemałe ilości alkoholu. Około 22 Brian poszedł do mieszkania nad garażem i zaprosił Franka i Janet. Po chwili oboje dołączyli. Popili trochę razem, oglądając amerykański program komediowy, „Laugh In”. Po zakończeniu programu Brian wyłączył telewizor i zaproponował kąpiel w basenie znajdującym się ogrodzie. Janet Lawson zeznawała później, że ostrzegała Briana, iż nie jest w najlepszej formie do pływania. Oczywiście nie posłuchał. Poszedł z nim Frank, Anna i Janet zostały w domu. Thorogood powró­cił po paru minutach, „po ręcznik czy po papierosa”. Ale zagadał się z paniami – Brian został w basenie sam. Janet poszła, po jakimś czasie, sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Zobaczyła ciało Briana leżące na dnie basenu. Zawołała o pomoc – Frank i Anna przybiegli natychmiast. Zanim Frank zdążył zdjąć spodnie, Anna, kompletnie ubrana, wskoczyła do basenu. Wspólnymi siłami wyciągnęli ciało, wypompowali wodę, dokonali masażu mięśnia sercowego. I Janet, i Anna zastosowały sztuczne oddychanie, przez prawie 15 minut. Podo­bno Brian – choć trudno w to uwierzyć – chwycił delikatnie dłoń Anny. I nie poruszył się już więcej.

Śledztwo prowadzone przez policję z East Grinstead wykazało śmierć przez utonięcie. Doktor Albert Sachs, który w Queen Victoria Hospital przeprowa­dził sekcję zwłok, stwierdzał w swym raporcie, że Brian pływał pod działaniem alkoholu i narkotyków. Autopsja wykazała także, niespodziewaną przy uwzględ­nieniu wieku ofiary, degenerację wątroby. Wszystko wyglądało więc dosyć prosto, pozostało jednak wiele niedomówień. Nie wiadomo, czy na Cotchford Farm przebywał w czasie nocnych wydarzeń Tom Keylock. On sam twierdził, że był wtedy w Londynie, ale jakoś nikt nie mógł tego potwierdzić. Istnieją podejrzenia, że na farmie znajdowało się znacznie więcej osób. Co najmniej około tuzina. Zgodnie z tą wersją, w posiadłości Briana odbywało się przyjęcie – rzecz zupeł­nie prawdopodobna. Ponieważ większość gości była głęboko zainteresowana tym, żeby ich nazwiska nie zostały powiązane ze sprawą, wszyscy zdążyli się ulotnić przed przybyciem policji. Czasu na to było dość. Les Perrin, rzecznik prasowy Stonesów, zawiadomiony o tragedii zdążył przybyć z Londynu przed dotarciem na miejsce lokalnej policji. Trudno oczywiście stwierdzić, w jaki czas po wypadku zawiadomiono policję. Może znacznie później niż Perrina? Padły sugestie, że i po karetkę pogotowia można było zadzwonić wcześniej. Nie powinno to obciążać Anny, Janet i Franka – starali się ratować życie Briana. Z drugiej strony jednak, było ich co najmniej troje. Któreś mogło pobiec do telefonu. Chyba że zajęte było właśnie wyprawianiem pozostałych gości... Nie należy zapominać, że zdenerwowanie i alkohol nie pomagają w takich wypad­kach w wyborze optymalnej strategii działania. Już samo to wystarczy, żeby wyjaśnić postępowanie obu pielęgniarek i Franka Thorogooda.

Spekulacje na temat ewentualnego morderstwa należy chyba odrzucić. Mówiło się, że Brian mógł mieć długi u handlarzy narkotyków. Że może przysłano kogoś, żeby go nastraszył i że ten ktoś przedobrzył. Nie znaleziono jednak żadnych śladów gwałtu. Brian był stanowczo zbyt dobrym i zbyt bogatym klientem, żeby handlarze postanowili się go pozbyć tylko dlatego, że nie płacił na czas. Brian skarżył się wielokrotnie, że z jego domu ginęły przeróżne przedmioty, ale to można chyba całkowicie wytłumaczyć jego stylem życia. Przyprowadzał do siebie zupełnie obcych ludzi, odjeżdżał na narkotykach, nie sprawował najmniejszej kontroli nad sytuacją.

Z tajemnic związanych ze śmiercią Briana nie wyjaśniony po dzień dzisiej­szy pozostaje natychmiastowy wyjazd Anny Wohlin do Szwecji. Ktoś (kto?) zorganizował to za nią, a policja – zupełnie niebywałe – nie miała do tego faktu żadnych zastrzeżeń. A przecież Anna należała do głównych świadków tragedii, była osobą, która towarzyszyła Brianowi w ostatnich godzinach życia. Może policja była po prostu absolutnie przekonana, że owej pamiętnej nocy na Cotchford Farm miał miejsce rzeczywiście „tylko” nieszczęśliwy wypadek?

Od samego rana 3 lipca w londyńskim biurze Stonesów zaczęli się zbierać wstrząśnięci członkowie zespołu, ich przyjaciele i współpracownicy. Tragiczna śmierć Briana była dla wszystkich szokiem. Ci, którzy go znali, nagle zdali sobie sprawę, jak bliski i jak odległy zarazem był Brian. Mick Jagger: „Brak mi słów, jestem zgnębiony i zaszokowany. Byliśmy jak paczka, my Stonesi. Jak rodzina. Mogę tylko odmawiać modlitwy. Mam nadzieję, że znalazł wreszcie spokój... Właściwie, to nawet nigdy nie byłem z nim blisko”. Keith Richards: „(...) nie widywałem go zbyt często. Widywaliśmy się z nim głównie w sądzie, na procesach”. Charlie Watts: „Tak naprawdę to nie mogę powiedzieć nic o Brianie – to bardzo osobiste, nie można podsumować przyjaciela na zimno. Wielka to osobista strata, odbiera mi słowa. Czego bym nie powiedział, to i tak nie będzie dość”. Początkowo mówiło się o odwołaniu zbliżającego się koncertu w Hyde Parku, ale ktoś podrzucił myśl, że powinien się odbyć i być poświęcony pamięci Briana. Na tym stanęło.

Następnego dnia po śmierci Briana ukazał się nowy singel Rolling Stone­sów, Honky Tonk Woman:

Spotkałem w Memphis przesiąkniętą ginem królową baru
Próbowała zabrać mnie na górę na jeden numer
Knajpiana panienko
Daj mi – daj mi – daj mi
Knajpianego bluesa

Przespałem się z rozwódeczką w Nowym Jorku
Obsypała mnie potem różami...

Ta oczarowana Jaggerem „rozwódka z Nowego Jorku” to podobno Linda McCartney, z domu Eastman. Od 12 marca 1969 roku żona wielkiego Beatlesa. Przedtem faktycznie rozwódka, po nieudanym studenckim małżeństwie z nieja­kim Melvillem See, po którym została jej córka Heather. Linda potrafiła zaszaleć – w 1964 roku opublikowała w jednym z czasopism dla młodzieży artykuł opisujący noc spędzoną przez nią z Jaggerem, prawdziwie upojną noc. Sama podsunęła więc klucz do napisanej w kilka lat później piosenki. Co na to Paul? Teraz już nic.

Honky Tonk Woman było pierwszym nagraniem Stonesów w nowym skła­dzie. Wprawdzie ojciec Briana twierdził, że podczas jego pobytu na Cotchford Farm syn puszczał mu taśmę z własną wersją tej piosenki, jeszcze bardziej country niż oryginał, ale na singlu znalazła się inna aranżacja. Lato 1969 roku przyniosło zespołowi kolejny wielki sukces – Honky Tonk Woman zostało hitem numer jeden po obu stronach Atlantyku. Na przełomie lipca i sierpnia w Wielkiej Brytanii, na przełomie sierpnia i września w USA. Była to dla Stonesów dobra prognoza przed planowanym tournée po Stanach.

Tego samego dnia książę Rupert Loewenstein wydawał ogromne przyjęcie. Wszyscy goście mieli być ubrani na biało. Mick Jagger kupił w sklepie Michaela Fisha stylizowaną grecką tunikę. Była nieco za długa, wyglądał w niej jak w sukience. Tragiczny zgon Briana rzucał cień na imprezę, ale jedyny prawdziwy dysonans wywołało przybycie Marianne Faithfull – założyła żałobę po Brianie, jako jedyna ubrana była na czarno.

Nazajutrz odbył cię największy koncert w dotychczasowej historii rocka. Do Hyde Parku przybyły tłumy, fala wielbicieli zespołu napłynęła z kontynentu. Liczbę widzów ocenia się w przybliżeniu na 250 tysięcy, ale wiele źródeł podaje znacznie wyższe oceny. Policja – rzecz w Londynie wyjątkowa – pozwoliła fanom przenocować na terenie parku. Podczas samego koncertu też nie miała wiele roboty. Kontrolę nad tłumem sprawował efektywnie motocyklowy gang Hell’s Angels (Aniołowie Piekła). „Aniołowie” w swoich czarnych skórzanych strojach gęsto nitowanych metalowymi kapslami wyglądali przerażająco, zachowywali się nie­zbyt taktownie, ale wywiązywali się z zadania. Dostarczali do punktów pierwszej pomocy setki zemdlonych dziewcząt, a ich wódz, Wild Child (Dzikie dziecko), konstruktywnie wykorzystywał swój autorytet i nieograniczoną władzę. Impreza rzeczywiście rozpoczęła się około pierwszej po południu. Już od świtu ludzie w Hyde Parku znajdowali się wszędzie. Wszędzie. Aż po czubki drzew. Wystąpiło kilka zespołów – między innymi King Crimson, New Church Alexisa Kornera i Family, której basista Rick Grech miał wkrótce zasilić kolejną po Cream supergrupę Erica Claptona, Blind Faith.

Stonesi zostali przywiezieni samochodami prosto z Hyde Park Hotel – była to istna przeprawa przez morze ludzi. Odbyła się na szczęście bez zakłóceń. Mickowi dopiero po kilku próbach udało się uciszyć tłum na tyle, żeby wygłosić mowę: „Naprawdę chciałbym powiedzieć coś o Brianie...” Widownia zamarła w oczekiwaniu, a Jagger odczytał w spokoju dwie strofy „Adonisa” Shelleya, wiersza napisanego z okazji śmierci poety Keatsa: „Pokój. Pokój. On nie umarł, nie zasnął. Obudził się jeno ze snu życia...”

Tłum oszalał. Podniecenie udzieliło się nawet filmującym wydarzenie kamerzystom. Na znak dany przez Jaggera otworzono tekturowe pudełka. Uniosło się z nich z trudem kilka odrętwiałych motyli. Po chwili spadały na ziemię. Nie udał się patetyczny symbol. Chmara motyli wzlatujących ku niebu miała stanowić metaforę uwolnienia udręczonej duszy Briana. Niestety, motyle podusiły się w zbyt szczelnie zamkniętych pudełkach. Nie zawiedli natomiast Stonesi. Zespół dał popis, choć dla Micka Taylora był to debiut wymagający stalowych nerwów. Ale po koncercie w Hyde Parku wiedział już na pewno, że jest Stonesem.

Pośród tych, którzy zostali dobrowolnie, żeby pomóc oczyścić Hyde Park, rozdano 400 egzemplarzy najnowszego singla. Znajdująca się na stronie B piosenka You Can’t Always Get What You Want była zapowiedzią nowej płyty długogrającej. Zapowiedzią bardzo interesującą. Słowa refrenu głosiły:

Nie zawsze dostaniesz to, czego chcesz
Nie zawsze dostaniesz to, czego chcesz
Ale czasem – jak spróbujesz
Może uda ci się dostać to
Czego potrzebujesz

Od chwili śmierci Briana historię Stonesów zaczęły wyznaczać dni. Już nie lata, sezony koncertowe czy pory roku, ale dni. Basen – singel – Hyde Park. Następnego dnia po koncercie Mick i Mariannę wyjechali do Australii.

Oboje zobowiązani byli kontraktem w związku z rolami w filmie „Ned Kelly”. Ich odlot na plan interpretowano jednak powszechnie jako ucieczkę od pogrzebu Briana. Podejrzenie to dotyczyło właściwie samego Micka, choć ten znajdował się pod silną, dwustronną presją – producent filmu, Neil Hartley, groził Jaggerowi procesem, jeśli nie stawi się na czas (7 lipca), podczas gdy lokalny gang z miejscowości Glenrowan, z której pochodził Ned Kelly, groził Jaggerowi ogole­niem wszystkich włosów, jakie ma, jeżeli się stawi. Irlandzkiego bohatera w Australii ma grać Anglik?! Glenrowan Gang postanowił do tego nie dopuścić. Ale dopuścił, ginęła tradycja dawnego watażki.

Mick i Marianne dotarli na Szósty Kontynent. Dziewczyna była kompletnie załamana – najbardziej z całego otoczenia Briana przeżyła jego odejście. Pierw­szego dnia pobytu w Sydney zażyła 150 tabletek uspokajających. Odratowana po przeszło dwóch dobach spędzonych w stanie śpiączki, została skierowana na hospitalizację z powodu uzależnienia heroinowego. O udziale w filmie nie było mowy. Powiedziała później dziennikarzom, że czuła się związana śmiercią Bria­na, ponieważ i Brian i ona byli ofiarami Micka! To były dni. Basen – singel – Hyde Park – Australia – tabletki.

Na pogrzebie Briana w Cheltenham wikary modlił się o szybki powrót Marianne do zdrowia. Kiedy kondukt wjeżdżał na miejscowy cmentarz, stojący przy bramie policjant zasalutował. Charlie Watts zaśmiał się. Zapytany z niesma­kiem, co się dzieje, odparł: „Policjant zasalutował. Brian gdzieś tam skręca się ze śmiechu, przygląda się i zaciera ręce”. W żałobnej ceremonii oprócz Wattsa wzięli udział Bill Wyman i Ian Stewart. A także duża grupa współpracowników zespołu, przyjaciele, znajomi, rodzina, byłe kochanki Briana. Linda Lawrence przybyła z małym Julianem – miała wkrótce zostać żoną Donovana, popularny piosenkarz usynowił dziecko. Keith i Anita nie mieli odwagi się pokazać, przybyła natomiast wierna do końca, nieżyjąca już dzisiaj Suki Poitier.

Co zostało po Brianie oprócz pięciu czy sześciu, a może więcej nieślubnych dzieci? Zostały pierwsze płyty The Rolling Stones. Został dulcimer w Lady Jane, marimba w Under My Thumb, flet w Ruby Tuesday, sitar w Paint It Black. Została wydana w 1971 roku płyta BRIAN JONES PRESENTS THE PIPES OF PAN AT JOUJOUKA. Płyta, którą Brian, zafascynowany dźwiękiem fletni Pana, nagrał w czasie tygodniowego obrządku pogańskiego w Maroku (podczas gdy towarzy­sząca mu w wyprawie Suki leżała w szpitalu na skutek przedawkowania) i którą samodzielnie wyprodukował, skrupulatnie opracowując całe godziny zarejestrowanych taśm.

Został szatański uśmiech zarejestrowany przez filmowców na koncercie TAMI, kiedy wiedział już, że nie jest w stanie przykuć więcej uwagi niż Jagger. Zostały liczne fotografie, pokazujące go pięknym i brzydkim, silnym i słabym. Została ta najbardziej szokująca – Brian w hitlerowskim mundurze stojący na rozdeptanej lalce. Szalony protest antyfaszystowski, nikt go nie zrozumiał. Wię­kszość osób przyjęła manifestację Briana odwrotnie do jego intencji.

Większość osób... Brian chciał być kochany przez większość, przez wszystkich. To właśnie ta potrzeba zagoniła go do narkotycznej samotni. Infantylny, niezdolny do miłości, nieustannie szukający zapomnienia w nieskrępowanym, wyuzdanym seksie, nie był w stanie zdobyć uwielbienia ani całego świata, ani tej jednej jedynej, na której w całym życiu rzeczywiście mu zależało. W specjalnie poświęconej Brianowi audycji radiowej „A Story Of Our Time – Brian Jones, The Rolling Stones” nadanej przez BBC w marcu 1971 roku, ojciec Briana obciążył jego śmiercią Anitę i Keitha, twierdząc, że to odejście Anity zabiło jego syna.

Jak każda osoba próżna, był Brian zapatrzony w siebie. Kiedy Bob Dylan wydał swój epokowy utwór Like A Rolling Stone, Brian cieszył się, że to o nim. Kiedy Dylan wydał Ballad Of A Thin Man, Brian przeraził się, że to o nim także (słynny, przysłowiowy już dzisiaj refren brzmiał: „Bo coś się tu dzieje, a pan nie wie, co to jest, nieprawda, panie Jones?”). W obu wypadkach kompletnie bez sensu. Ale taki już Brian był. Każdy, kto Briana nie wychwalał, był jego potencjal­nym wrogiem. A przed wrogami uciekał jak mógł najdalej...

To, co tak naprawdę pozostało po Brianie, to wspomnienie postaci, która zdefiniowała swoją epokę. Jego droga życiowa, kariera i śmierć, mówią więcej o tym, czym był rock, niż najlepsze rockowe płyty. Atrakcją czasów, w których żył, były – seks, narkotyki i rock and roll. Nasycił się i pierwszym, i drugim, i trzecim. Nie mógł żyć dłużej. „Przeżył całe życie w 26 lat” – jak powiedział Richards. Keith rozmawiał na ten temat z Brianem: „Są ludzie, o których wiadomo, że nie zdążą się zestarzeć... Brian i ja zgadzaliśmy się, że on, Brian, nie będzie żył zbyt długo... Pamiętam, jak powiedziałem – człowieku, ty nigdy nie dociągniesz do trzydziestki, a on odparł – wiem”. W dniu śmierci Briana Pete Townshend napisał: „To był normalny dzień dla Briana, człowieka, który umierał co dzień”. Inny wielki samotnik rocka, Jim Morrison, poświęcił Brianowi wiersz „Ode to L.A. while thinking of Brian Jones, deceased”. Zaczynał się od słów:

Jestem mieszkańcem miasta
Właśnie wybrano mnie, żebym zagrał Księcia Danii
Nieszczęsna Ofelia...

Rozliczenie majątku Briana Jonesa wykazało, że pozostawił 360 000 dolarów długu. W czasie pogrzebu ksiądz odczytał przypowieść o synu marnotrawnym.

Mick Jagger znalazł się w Australii w prawdziwym potrzasku. Mariannę była w szpitalu, producenci zastąpili ją inną aktorką. Mick nie miał wyboru – musiał robić to, do czego był zobowiązany. Ale nie było to takie łatwe. Zorientował się bardzo szybko, że nowe przedsięwzięcie w najmniejszym stopniu nie będzie przypominało fascynujących doświadczeń z okresu pracy nad „Performance”. Już sam scenariusz wyglądał dość tuzinkowo. Akcja, zaczerpnięta z życia, stanowiła interesujący materiał wyjściowy, ale scenariusz właśnie życia ją pozbawiał.

Był bowiem Ned Kelly postacią autentyczną, o czym po pogróżkach Glenrowan Gang trudno było zapomnieć. Dziewiętnastowiecznym australijskim watażką, w którym irlandzka społeczność Szóstego Kontynentu upatrywała narodowe­go bohatera. Niewinnie skazany wraca do domu po odsiedzeniu wyroku mając niecałe dwadzieścia lat. Na podupadającej rodzinnej farmie zastaje wszystko nie po swojej myśli. Brat jest w więzieniu, siostra została wbrew swej woli wydana za mąż, a matka związała się z koniokradem. Po kilku nie najlepiej rokujących konfrontacjach z miejscowymi „grubymi rybami” Ned uznaje, że więcej zdziała funkcjonując poza prawem. Marzy mu się wolna Republika Wiktorii. Organizuje gang składający się głównie z przyjaciół i członków rodziny, proceder zaczyna kwitnąć. Po pewnym czasie matka Neda zostaje aresztowana za zamiar popeł­nienia zabójstwa. Rycerski rozbójnik proponuje władzom zamianę – odda się w ręce sprawiedliwości w zamian za wolność matki. Władze odrzucają ofertę. Gang Neda zastrzelił w obronie własnej trzech policjantów i wszyscy jego człon­kowie są już i tak na listach gończych. Zdradzeni i otoczeni, giną jeden po drugim w czasie zasadzki na pociąg policyjny, niektórzy z własnej ręki. Ned Kelly, który próbował sprowadzić pomoc, zostaje złapany żywcem, osądzony i powieszony.

Tak, materiał był niezły, ale film po prostu wymknął się Richardsonowi. W ekipie aktorskiej panował całkowity brak entuzjazmu, wszyscy bardzo źle znosili australijskie upały. Niemal całe dwa miesiące trwania zdjęć Marianne spędziła w Mount St Michael Hospital pod Sydney. Policja zainteresowała się, czy tabletki, za pomocą których próbowała ze sobą skończyć, znalazły się w jej posiadaniu legalnie. Na szczęście jej londyński lekarz był w stanie to udokumen­tować. Mick miał z Marianne bardzo ograniczony kontakt, większość czasu spędzał razem z ekipą w terenie. Sam otarł się o szpital. 18 sierpnia o mały włos nie stracił w wypadku dłoni. W strzelbie, trzymanej przez niego na planie, wybuchł ładunek – skończyło się na szesnastu szwach. Nie była to szczęśliwa eskapada. Mick i Marianne w nie najlepszych nastrojach wrócili do Londynu we wrześniu.

Lepiej przedstawiały się sprawy w drugim, obserwowanym równie uważnie, konkubinacie. Anita i Keith otrząsnęli się po śmierci Briana bardzo szybko, a w poczucie winy nie dawali się po prostu wmanipulować. „Tylko dlatego, że dziewczyna zostawia jednego faceta i odchodzi z innym, to jeszcze nie powód, żeby czuć się winnym” – tłumaczył Richards. „Zdarza się to cały czas. Mógł to być ktoś 12 tysięcy mil stąd, ale przytrafiło się to jak raz facetowi, który stał na scenie po drugiej stronie Micka. To wszystko”. To nie było wszystko – Anita urodziła Richardsowi syna. Przyszedł na świat 10 sierpnia i nadano mu imię Marlon. Wygląda na to, że po pewnym aktorze.

Rolling Stonesi przygotowywali się pełną parą do kolejnego amerykańskie­go tournée. W połowie września ukazała się składankowa płyta THROUGH THE PAST, DARKLY (BIG HITS VOLUME 2). Ten drugi wybór największych przebojów grupy dedykowany był pamięci Briana i zasłynął z powodu pierwszej w historii fonografii (i na szczęście jak dotąd ostatniej) ośmiokątnej okładki. Wydanie nowego longplaya miało zbiec się w czasie z koncertami w USA i planowane było na koniec roku.

Stonesi nie deklarowali chęci wystąpienia w Europie, w październiku zro­dziła się jednak plotka, że szykują niespodziankę. Zachodnioniemiecki wydawca, Axel Springer, był właścicielem wieżowca stojącego w bezpośredniej bliskości muru berlińskiego. To z dachu tego właśnie budynku zespół The Rolling Stones miał rzekomo dać darmowy koncert. Tysiące fanów zbierały się w okolicy, w różnych terminach. Po obu stronach muru. Policja nie dawała sobie rady – plotka nie znajdowała żadnego potwierdzenia – dokonano w sumie około pięć­dziesięciu aresztowań.

W październiku członkowie zespołu byli już w Los Angeles i rozpoczynali próby. Keith był zachwycony perspektywą powrotu na estrady. Mick niepokoił się o Marianne – wprawdzie w powrotnej drodze z Australii zafundowali sobie spo­kojne wakacje w Indonezji, ale jej stan pozostawiał bardzo wiele do życzenia. Jagger dobrze wiedział, że na życie Marianne narkotyki mają już większy wpływ niż on sam, czy ktokolwiek inny. I stało się to tak nagle, w ciągu ostatnich dwóch lat, u jego boku.

Szóste amerykańskie tournée, po przeszło trzyletniej przerwie, rozpoczęło się 7 listopada koncertem w Fort Collins w stanie Kolorado. Był to kolejny podbój, Rolling Stonesi odnieśli fenomenalny sukces. Entuzjazm widowni ani trochę nie osłabł, choć sama widownia, zgodnie ze słowami Jaggera, nieco się zmieniła: „Na Wybrzeżu i w wielu innych miejscach były bardzo duże grupy ludzi, różnych ludzi, którzy słuchali. (...) To było w pewnym sensie nowe”. Stonesi potraktowali pierwsze koncerty jako dalszy ciąg prób, na które przez filmowe wojaże Jaggera nie mieli dość czasu. Ich gra systematycznie się poprawiała. Mick przyznał, że w Detroit grali o 100% lepiej niż na początku trasy. Za to zachowywali się coraz gorzej. Organizatorzy koncertów wyrywali sobie włosy z głowy – nikt jeszcze nie był tak chciwy jak Stonesi, szczególnie Jagger. Domagali się niesłychanie wysokiego minimum za każdy koncert, a ich udział procentowy w zyskach nie miał odpowiednika w historii showbusinessu. Mało tego! Zespół zaczął się notorycznie spóźniać z wyjściem na estradę i opóźnienie to sukcesywnie wzra­stało. Widownia w Inglewood Forum w Los Angeles czekała na Stonesów cztery godziny! Ale to organizatorzy narzekali, nie widzowie. W Nowym Jorku na otwarcie kas czekało około 6000 osób. Podczas dwóch koncertów w Madison Square Garden zarejestrowano materiał do przygotowywanej płyty „live”. Stojąc na estradzie w otoczeniu monumentalnych wzmacniaczy i wież głośnikowych, grę Rolling Stonesów śledziło z uwagą dwóch mistrzów odmiennych muzycznych dyscyplin – Jimi Hendrix i Leonard Bernstein. Obecność wielkiego dyrygenta, wieloletniego dyrektora Filharmonii Nowojorskiej, nikogo nie dziwiła. Stonesi wnieśli trwały, nieprzemijający wkład w muzykę naszego wieku. Ich twórczość już w 1968 roku znalazła się w obowiązkowym programie Wyższej Szkoły Muzycznej Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles.

Dwa tygodnie wcześniej, kiedy Stonesi występowali w Phoenix, próbował zobaczyć ich na żywo inny znany artysta, Jim Morrison. Tylko próbował. Lider The Doors, jak zwykle kompletnie pijany, wywołał awanturę na pokładzie samolotu lecącego do Arizony. Mogło być nieźle – za „zakłócenie lotu międzynarodo­wego liniowca” groziła Jimowi kara grzywny w wysokości 10 000 dolarów i wyrok do 10 lat więzienia. Ale znowu się wywinął. Napastowana przez idola stewardesa odstąpiła od jakichkolwiek roszczeń, co ucięło sprawę. Koncert Stonesów, będący celem jego eskapady, przesiedział jednak Morrison w areszcie. Ciekawe, co udobruchało dziewczynę? Autograf?

Rolling Stonesi zobaczyli, po raz kolejny, że mają Amerykę u swych stóp. Mick Jagger wpadł więc na pomysł wynagrodzenia fanom ich bezprzykładnej lojalności. Postanowił zorganizować, na zakończenie tournée, wielki darmowy koncert. Zaprosić inne zespoły, nakręcić film. Teoretycznie. W praktyce bowiem umysł Jaggera owładnięty został ideą Woodstock. Stonesi w Woodstock nie byli. Zgromadzili ogromne tłumy w Hyde Parku, ale było minęło, film z Hyde Parku pokazany został jedynie w brytyjskiej telewizji. A tymczasem Woodstock zaczęło urastać do rangi symbolu. „Trzy dni pokoju i muzyki” stały się kwintesencją epoki hippisów. Półmilionowe zgromadzenie „dzieci kwiatów” razem słuchało muzyki, razem jadło, spało, ćpało, uprawiało miłość. A było kogo słuchać – Jimi Hendrix, Crosby Stills Nash & Young, Jefferson Airplane, Santana. Sama śmietanka. Psychodelicy, folkowcy, bluesmani. Joan Baez i Arlo Guthrie, Joe Cocker i Sly Stone, Paul Butterfield Blues Band i The Band. Dylana nie było, ale tylko dlatego, że go nie było, festiwal nosił nazwę Woodstock – w rzeczywistości odbył się na farmie pod Bethel, w znacznym oddaleniu od siedziby tajemniczego rekonwale­scenta. Z Wielkiej Brytanii przyjechało Ten Years After, ogromny sukces odniósł zespół The Who. Na domiar złego wytwórnia Warner Brothers sfilmowała całą imprezę i jeszcze przed premierą filmu spodziewano się powszechnie, że będzie to wydarzenie. Tego już było Jaggerowi za wiele. On będzie miał własny Woodstock! Rolling Stonesi dadzą światu koncert koncertów, festiwal festiwali, największe wydarzenie w dziejach rocka!

Takie były plany. Teraz trzeba je było jeszcze wprowadzić w życie. A czasu brakowało. Darmowy koncert zaplanowano na początek grudnia. Żeby pogłębić wrażenie konkurencyjności z Woodstock, miał się odbyć na Zachodnim Wybrze­żu. Menażer trasy, Sam Cutler, starał się o zgodę na występ w Golden Gate Park w San Francisco. Ale Wydział Parków tego miasta zabronił czasowo koncertów rockowych, ze względu na akty przemocy, jakie miały miejsce na poprzednich tego typu imprezach. Stonesi nie tracili jednak nadziei.

Pomysł darmowego występu starano się przez pewien czas utrzymać w tajemnicy, żeby nie miało to wpływu na frekwencję podczas pozostałych jeszcze koncertów przewidzianych w ramach tournée. Płonne obawy. Stonesi gromadzili ogromne pieniądze, mówiła o nich cała Ameryka, a gdyby konflikty w zespole The Beatles doprowadzić miały do nieodwracalnych skutków, obwoła­no by ich ostatecznie światową grupą numer jeden. Pewien cień zawisł nad Jaggerem podczas koncertów zespołu w Teksasie – dowiedział się z prasy, że Marianne przyprawiła mu rogi. Wyfrunęła do Rzymu w towarzystwie włoskiego reżysera Maria Schifano, o którym mówiła, że jest „czarujący jak książę z bajki”, na co ludzie przyziemni dodawali „i bogaty jak arabski szejk”. Mick oczywiście od groupies nie mógł się opędzić, zresztą wcale nie próbował, ale jego męska ambicja ucierpiała z powodu tej sensacji. Najwierniejszą kochanką była – jak zawsze – widownia. Po koncercie w Madison Square Garden obsypał Jaggera prawdziwy deszcz płatków róży. Po takim prysznicu humor może się poprawić. Udobruchał się zupełnie, kiedy zobaczył swoje zacne oblicze spoglądające z okładki „Newsweeka”.

Stonesi grali znakomicie, a materiał z płyty BEGGARS BANQUET świetnie sprawdzał się w kontakcie ze słuchaczami. Mick śpiewał jak jeszcze nigdy przedtem. Keith, uwolniony od nadmiernej koncentracji na drugim gitarzyście, był najszczęśliwszym „niewolnikiem rytmu”. Mick Taylor godnie wywiązywał się z funkcji solisty i zaczynał rozumieć, że być Stonesem, to nie tylko być muzykiem, nawet najlepszym. Podczas amerykańskiego tournée zaczął używać kokainę i nauczył się robić sobie makijaż.

Stonesi grali i wszystko wokół nich grało także – prasa pełna była doniesień o zespole, tłumy szturmowały do kas, a Allen Klein liczył pieniądze. Szacuje się, że dwadzieścia koncertów przyniosło 2 miliony dolarów zysku, z czego milion chłopcy mieli do podziału między siebie. W grudniu ukazał się oczekiwany longplay. Nosił tytuł LET IT BLEED i nie mógł znaleźć się w sklepach w lepszym momencie. Zamówienia już przed rozpoczęciem tournée wynosiły milion egzem­plarzy. Zanim Stonesi wrócili do Anglii, w samych Stanach po pierwszym milionie nie było już śladu. Dla firmy London Records był to największy bestseller w jej dotychczasowej historii.

Coraz więcej problemów przysparzała jednak organizacja obiecanego kon­certu pożegnalnego. Wiadomość szybko przeciekła do prasy i odwrotu już nie było. Nikt zresztą nie myślał o odwrocie. Mick ciągle wierzył, że uda się załatwić Golden Gate Park i powtarzał, że Stonesi zawsze organizowali wszystko w ostat­niej chwili i zawsze z dobrym skutkiem. Chwila rzeczywiście robiła się ostatnia – był początek grudnia. Niestety, jedynym osiągalnym miejscem lokalizacji imprezy wydawał się Sears Point Raceway, godzinę jazdy samochodem na północ od San Francisco, tuż nad Zatoką. W relacji Sama Cutlera było to jednak miejsce „nieprzyjemne pod względem estetycznym”. Istniały także obiekcje innego typu. Obawiano się, że w tak bezpośredniej bliskości miasta imprezie grozić może „nalot” gubernatora Ronalda Reagana i jego chłopców, którzy mogliby wykorzy­stać swoją akcję jako propagandową pokazówkę w kampanii antynarkotykowej.

I tym samym umocnić swoją popularność u statecznych mieszkańców Kalifornii. Stonesi wiedzieli bardzo dobrze, że jeśli będzie koncert, będą narkotyki. Szukano więc dalej. Nad organizatorami – ze strony zespołu byli nimi Jo Bergman i Chip Monck (prawa ręka legendarnego producenta Billa Grahama i jeden z konferan­sjerów w Woodstock) – z każdym dniem rosła presja. Rozgłośnie radiowe Za­chodniego Wybrzeża co godzinę informowały słuchaczy o postępach w organiza­cji koncertu. Gotowa była ekipa filmowa prowadzona przez braci Maysles, tysiące fanów czekały na hasło, gotowe ruszyć w drogę, kiedy tylko zespół da znak. Zespół na początek wyznaczył termin – koncert odbędzie się 6 grudnia. Pytanie gdzie, pozostawało otwarte.

Jerry Garcia, lider kultowej grupy Grateful Dead, radził Stonesom, żeby do pilnowania porządku zaangażowali oddziały Hell’s Angels z San Francisco. Porozumiano się i umowa została zawarta. Sam Cutler dobił targu za równowartość 500 dolarów wypłaconą podczas koncertu w... piwie. „Aniołowie” zrobili dobrą robotę w Hyde Parku, mieli ogromny autorytet (tzn. wzbudzali przerażenie) na całym Zachodnim Wybrzeżu i nieraz sprawowali kontrolę nad tłumem na wystę­pach Grateful Dead i innych zespołów. Ponadto stanowili świetną oprawę dla demonicznego emploi Stonesów. Prawdziwa armia przyboczna Lucyfera!

Sears Point miało te plusy, że były tam niezłe warunki dojazdowe, parking, woda i dałoby się w miarę szybko zapewnić inne niezbędne elementy zaplecza. Wszystko wskazywało na to, że jednak trzeba będzie zdecydować się na to miejsce, kiedy wybuchła bomba. Mądrale z odpowiedzialnej za koncerty Rolling Stonesów w Los Angeles firmy Concert Associates przypomnieli sobie, że ich nadrzędna kompania, Filmways, jest właścicielem toru wyścigowego Sears Point. Stonesi nagle dowiedzieli się, że nie mogą skorzystać z tego miejsca za darmo, a to, że chcieli grać za darmo, nikogo nie wzruszało. Filmways zażądało 125 000 dolarów, gotowe jednak było w zamian przyjąć prawa do dystrybucji filmu Mayslesów. Cwaniacy! Jagger nie chciał słyszeć o podobnych targach! Losy całego przedsięwzięcia zawisły nagle w próżni.

I wtedy, jakby tylko po to, żeby pogłębić jeszcze bardziej analogie z Wood­stock, miejscowy businessman, Dick Carter, zaoferował zespołowi za darmo opuszczony tor wyścigowy w Altamont, którego był właścicielem (Woodstock odbyło się na terenie farmera, Maxa Yasgura). Wszyscy odetchnęli. Do planowa­nego terminu pozostały 24 godziny! Podniosły się głosy, że nikt nie będzie w stanie zapewnić niezbędnego zaplecza – wody, żywności, sanitariatów i pomo­cy medycznej. Ale takie głosy podnosiły się także przy okazji Woodstock, a przebieg festiwalu rozwiał wszelkie obawy. Jedyną plagą było zablokowanie wszystkich dróg dojazdowych, z główną New York Freeway włącznie. W Wood­stock miały miejsce trzy zgony, dwa urodzenia i cztery poronienia, ale w takiej masie ludzkiej przebywającej przez trzy doby pod gołym niebem nie była to wcale najgorsza statystyka. Przede wszystkim w Woodstock rzeczywiście panował spokój. Była to oczywiście jedna wielka narkotyczna orgia, ale palono głównie marihuanę i haszysz i panowała atmosfera powszechnego braterstwa. Obawy sceptyków okazały się przedwczesne, więc i w Altamont nikt nie chciał wysłuchać głosu Kasandry. Bill Graham, najbardziej doświadczony impresario rockowy na świecie, powiedział: „Nie mogą tego robić – powinni to odwołać, albo wybuchnie im to prosto w twarz”.

Była sobota, 6 grudnia. Tysiące fanów ściągały do Altamont. Rolling Stonesi, zespół o stalowych nerwach, do ostatniej chwili nagrywali w słynnych Muscle Shoals Studios w Alabamie. Chip Monck dokonywał cudów. Przez całe piątkowe popołudnie zwożono sprzęt nagłaśniający i budowano scenę. O dziewiątej wieczorem była gotowa. Żeby zapewnić oświetlenie, sprowadzono genera­tory pracujące na silnikach Diesla. Technicy nie ustawali przez całą noc. Dokoła pełno było wraków samochodowych, pierwsi widzowie urządzali sobie w nich schronienia. Rozpalano ogniska, w świetle lamp grupa ludzi grała w piłkę. Jesz­cze w nocy zjechały – jak ktoś złośliwie zauważył – główne elementy wyposaże­nia zaplecza: dwanaście przenośnych klozetów i większość handlarzy narkotyka­mi z Zachodniego Wybrzeża. Około drugiej nad ranem helikopterem przyleciał Mick Jagger. Dokonał błyskawicznej inspekcji, wszystko odbywało się zgodnie z jego instrukcjami. Porozmawiał z kilkoma dziennikarzami, z paroma dziewczę­tami. Jedna dała mu szalik, inna pocałowała i odbiegła wyjąc z podniecenia.

Podniecona była także lokalna prasa. Doczekali się wreszcie własnego Wood­stock! Teraz trzeba było jeszcze pobić to oryginalne. W USA istnieją silne tendencje rywalizacyjne pomiędzy „Wybrzeżami”. Oba mają własną specyfikę – własną muzykę, literaturę, film, akcent, własne style życia. Około trzeciej radio KFRC poinformowało słuchaczy, że korki na wszystkich dojazdach do Altamont przekroczyły 20 mil długości. Nie było to zgodne z prawdą – dojazdy były przejezdne. No, ale przecież w Woodstock zablokowano nawet główną autostradę...

O 7 rano Hell’s Angels pozwolili tłumom gromadzącym się na okolicznych wzgórzach zejść w dolinkę, w której postawiono scenę. Napływało coraz więcej ludzi. Dopiero rano zaczęły się naprawdę problemy z dojazdem. Lokalne drogi przemieniły się w parkingi. Zaczęto porzucać samochody już na autostradzie, piechurów czekała jednak trudna droga w pofalowanym terenie – łatwo było zabłądzić. Pojawili się okoliczni mieszkańcy w roli przewodników. Pięć dolarów od osoby za doprowadzenie na miejsce koncertu. Aż trudno w to uwierzyć – tłumy płynęły przecież w tym samym celu i w tym samym kierunku – ale setki osób błąkały się aż do wieczora, nie trafiając nawet na ślad koncertu!

Ale może to ich właśnie należy uważać za szczęściarzy? Już od rana było wiadomo, że na torze w Altamont zaczyna się dziać nie najlepiej. Sprzedawcy hot dogów i właściciele wyczarterowanych helikopterów robili duże pieniądze, ale tak naprawdę to wszystkiego brakowało – żywności, wody, opieki medycznej i sani­tariatów. Z jednym wyjątkiem. Pod dostatkiem było tylko narkotyków. I to tych najcięższych i najgorszych. Handlarze narkotykami przykładnie wywiązali się z zadania. Tanie wino i piwo szybko się skończyły, a wtedy poszły w ruch mari­huana i haszysz, tabletki i LSD. „Używki” też się jednak miały wkrótce wyczer­pać – w Altamont władzę przejmował „acid”.

Około południa zgromadzenie przekroczyło 300 tysięcy osób. Do Wood­stock trochę jeszcze brakowało. Ktoś wpadł na genialny pomysł rozczęstowania pomiędzy „Aniołów” dużej ilości LSD i to dobrze zaprawionego amfetaminą. Kto? Chyba już nigdy się to nie wyjaśni. Po takiej mieszance nikt nie robi się „beautiful”. I tak zaczęła się tragedia w Altamont.

Najpierw wystąpił zespół Santana, rewelacyjny debiutant z Woodstock. W powietrzu wyczuwało się napięcie, ale mogło się wydawać, że rozpoczęcie koncertu uspokoi masy. Niestety, nawet latynoamerykańskie rytmy, które zafascynowały i porwały hippisowskie tłumy w Woodstock, nie przykuły uwagi „Anio­łów”. Większość z nich odjeżdżała już na ostro – funkcja porządkowych wyzwa­lała szczególnie agresywne zachowania. Hell’s Angels zamiast wprowadzać porządek, wprowadzili terror, a na skutki nie trzeba było długo czekać. Już po pierwszym numerze Santany jakiś młody człowiek spróbował przedostać się w kierunku sceny. Został dopadnięty przez grupę „Aniołów” i skopany tak, że kilka godzin przeleżał w miejscu, w którym upadł. Nikt nie wiedział, czy żyje. I nikt nie kwapił się, żeby to sprawdzić. Dwoje ludzi zaczęło się rozbierać – wyraź­nie pod wpływem muzyki Santany. Natychmiast zostali pobici. Pewien fotograf dostał po głowie kijami bilardowymi za to, że miał przy sobie magnetofon. Wymagał założenia trzynastu szwów. Santana widział, co się dzieje, ale próbował grać dalej. W końcu Hell’s Angels przerwali i jemu, goniąc kolej­ną ofiarę przez scenę.

Jako drugi grał zespół Jefferson Airplane. Kalifornijscy psychodelicy byli na swoim terenie, należeli ponadto do grup uznanych przez motocyklowe gangi – tego dnia jednak nikogo to nie brało. Bardzo szybko na estradzie znalazło się więcej „Aniołów” niż muzyków. Następowała eskalacja agresji. Pośród „odjeżdża­jących” osób na widowni rosło przerażenie, niektóre dostawały drgawek. Zespół wykonywał właśnie swój największy przebój, Somebody To Love, kiedy jakiś czarnoskóry chłopak z obnażonym torsem wskoczył na scenę. Oberwał kijami po głowie i plecach, po czym zrzucony został na dół, żeby stojąca tam grupa „Aniołów” też mogła się zabawić. Marty Balin, wokalista Jefferson Airplane, zeskoczył z estrady, nie chcąc dopuścić do morderstwa. Pobito go do nieprzyto­mności. Zespół ciągnął bez niego, a kiedy Paul Kantner zapytał „Aniołów”, dlaczego robią to co robią, wydawało się, że zaraz podzieli los kolegi. Po chwili Marty oprzytomniał i natychmiast wciągnął się z powrotem na estradę – mimo wszystko było tam jednak choć trochę bezpieczniej niż na widowni. Muzyki właściwie nikt nie słuchał.

Lekarze nie radzili sobie z sytuacją. Było ich zbyt mało, a zaplecze medy­czne nie zostało, tak naprawdę, zorganizowane. Kierujący nimi dr Richard Fine miał powiedzieć, że tak służba medyczna, jak i wszyscy, którzy zgromadzili się na widowni, zostali po prostu wykorzystani przez organizatorów. „Dostaliśmy gówniane poparcie od ludzi, którzy za tym stali i którzy nie zdawali sobie sprawy, co jest najistotniejsze z medycznego punktu widzenia. Nie upoważnili nas do takich rzeczy, jak opracowanie jakiejś sensownej procedury ewakuacyjnej. I nie mieliśmy czasu zmobilizować ludzi ze środowiska do pomocy przy wszystkich niedobrych odjazdach. Po prostu planowanie było do dupy. Wiele odjazdów było tak agresywnych, bo w powietrzu wisiało tak wiele agresji”.

Była już prawie trzecia po południu, kiedy pierwszym helikopterem Stone­sów przylecieli Jagger i Mick Taylor. Hell’s Angels próbowali zapewnić im przej­ście, gdy jakiś młody człowiek dopadł Jaggera z okrzykiem „Nienawidzę cię, nienawidzę cię!” i wymierzył mu cios w twarz. Obaj Stonesi szybko skryli się w przyczepie, która służyła im za przebieralnię. Grali właśnie The Flying Buritto Brothers, a na widowni nieco się uspokoiło. Mick Jagger wyszedł zobaczyć, co się dzieje, a kiedy zaczęli śpiewać Crosby Stills Nash & Young, wrócił do środka. Miał potem pretensję, że nie został wprowadzony dokładnie w przebieg wypadków i poinformowany o napięciu i przemocy panujących na widowni, ale nie wszystkich przekonał o szczerości swojego gniewu.

Zapadał zmierzch i zrobiło się chłodno. Rozpalono pierwsze ogniska. Kiedy Crosby Stills Nash & Young kończyli swój występ, nad głowami widzów podawano nosze z ciałami osób potrzebujących pomocy. Około siedemnastej tuzin „Aniołów” podjechał na motocyklach pod scenę przemierzając całą długość widowni. Odbyło się to bez wypadków, co zakrawa na cud. Opowiada Sonny Barger, Prezydent Oddziału Hell’s Angels w Oakland: „(...) wszyscy ładnie wsta­wali, niektórzy proponowali nam coś do picia (...) Musieliśmy znaleźć się w bliskim kontakcie z co najmniej tysiącem ludzi i z całego tysiąca mieliśmy problem tylko z jedną osobą... jakaś zdzira wyskoczyła i powiedziała coś, co wyglądało na bluzg, a potem padło coś o «Aniołach» i jeden z «Aniołów» zatrzymał motor i powiedział do swojej starej, która siedziała z tyłu – «Masz zamiar pozwolić jej mówić tak o Aniołach?» i ona zeskoczyła z motoru, strzeliła tamtą w twarz, weszła z powrotem na motor i pojechaliśmy dalej już bez przeszkód”.

Stonesi nie wychodzili. Jeden z „Aniołów” przeznaczonych do osobistej ochrony członków zespołu powiedział później dziennikarzowi: „Jagger jest w tym wszystkim tak cholernie próżny. Mówiliśmy mu cały czas: – Hej, wiesz co? Masz tam pół miliona pieprzonych ludzi, którzy zrobili cię tym, kim jesteś, a ty siedzisz sobie tutaj i grasz na czas! A on na to: – Mój makijaż wygląda lepiej w nocy”. Wszyscy tracili powoli cierpliwość. Wybuchła afera z motocyklami – podobno jacyś „cywile” zaczęli kopać motory „Aniołów”. Oczywiście krew polała się natych­miast. Nikt nie zaczyna z Hell’s Angels, nikt nie rusza ich motorów. Lekarze byli zrozpaczeni – organizatorzy odmówili zapalenia świateł, co ułatwiłoby docieranie do rannych i ich opatrywanie. Oświetlenie osłabiłoby efekt dramaturgiczny wyj­ścia Stonesów na scenę.

Nareszcie wyszli. Na estradzie panował tłok, znajdowało się tam co naj­mniej sto innych osób. Dla Stonesów zabrakło właściwie miejsca. Mick poprosił kolegów z zespołu o rozstąpienie się, co umożliwiłoby mu zwyczajowe pląsy. W pomarańczowo-czarnej pelerynie z atłasu wyglądał dosyć demonicznie. Jumpin’ Jack Flash wypadł blado, ale przynajmniej zrobił początek. Tłusta dziewczy­na, kompletnie rozebrana, próbowała wdrapać się na scenę. Doskoczyło do niej pięciu „Aniołów”. „Jestem przekonany, że nie potrzeba was wszystkich, żeby się tym zająć” – powiedział Jagger. Tłum zachichotał. „Aniołowie” rozstąpili się spoglądając gniewnie na Micka. Jeden z nich uderzył dziewczynę w głowę, łamiąc kij. Inny doskoczył do Jaggera i zaczął tańczyć na scenie parodiując obleśnie jego ruchy.

W połowie Sympathy For The Devil (nomen omen) wybuchła bijatyka kilka metrów przed śpiewającym Jaggerem. Hell’s Angels katowali Murzyna. Być może dlatego, że próbował zbliżyć się do sceny, ale większość świadków miała inną wersję. Towarzyszyła mu atrakcyjna biała dziewczyna i to spowodowało, że podpadł „Aniołom”. Murzyn próbował uciekać, dopadnięto go z tyłu i zadano pchnięcie nożem. Wtedy wyciągnął z marynarki pistolet. Wyrwano mu broń i został ponownie pchnięty nożem. Upadł na kolana. Jeden z „Aniołów” chwycił go mocno za ramiona i raz za razem kopał w twarz. Drugi doskoczył i wymierzył kilka tęgich kopniaków w żebra. Murzyn przewrócił się. Jakieś dziewczęta krzy­czały jak opętane, kilka osób wokoło znajdowało się w stanie kompletnego amoku, najwyraźniej „odjeżdżając” na LSD. Ktoś chciał pomóc czarnemu, ale „Aniołowie” nie pozwalali się zbliżać. Po kilku minutach odeszli. Stojący obok ludzie brudząc się krwią odwrócili ciało ofiary i zauważyli „dużą dziurę w plecach”. Ciało zostało uniesione w powietrze. Próbowano przetransportować je w kierun­ku sceny, żeby zwrócić uwagę na to, co się stało, i sprowadzić pomoc. Ale „Aniołowie” otaczający scenę nie przepuścili niosących rannego. Próbowano dostępu z różnych stron – „Aniołowie” blokowali drogę. Dopiero po kwadransie rozpaczliwych usiłowań Murzyna doniesiono do namiotu Czerwonego Krzyża na zapleczu estrady. Tam stwierdzono, że nie żyje. Nazywał się Meredith Hunter.

Wiadomość ta nie dotarła do zespołu, ale Stonesi i tak zmuszeni byli przerwać występ. „Aniołowie” zaczepiali teraz Micka. Kpili z niego i śmiali się, kiedy nawoływał o zachowanie spokoju: „Bracia i siostry, no dobrze już. Niech wszyscy się uspokoją. Możemy się uspokoić, wszyscy. Niech wszyscy się uspokoją, no...” Jagger nie reagował na zaczepki: „Niech wszyscy się uspokoją. Czy jest tam ktoś, kto został ranny? (...) Zawsze dzieje się coś dziwnego, kiedy gramy ten numer”. Zaczęli grać, ale im się nie kleiło. Hell’s Angels przerzucili przez scenę jakieś ciało. Jagger czuł, że nie kontroluje sytuacji. Bał się. Nie było go prawie widać, ginął w tłumie „Aniołów”. Któryś z fatalnych „strażników” rozgrzewał przed samą sceną swojego harleya. Na widowni odchodziła młócka.

Wystąpił Richards. Był spokojny, jak zawsze. Wskazując kilku „Aniołów” tłukących niemiłosiernie czyjąś głowę, powiedział: „Albo ci faceci się uspokoją, albo nie gramy”. Żadnej reakcji. Pięści, kije, kopniaki. „Uspokójcie się! Hej, jeśli się nie uspokoicie, nie będzie żadnej muzyki!”. Jeden z „Aniołów” wyrwał mu mikrofon i ryknął gromko: „Pierdolę!!!”. Jagger był najwyraźniej zdenerwowany, Mick Taylor stał jak skamieniały. Billa i Charliego praktycznie nie było widać. Jedynie Richards pozostawał niewzruszony. Stonesi postanowili wziąć się w garść. Stray Cat Blues przeszedł bez incydentów – wykonując tę piosenkę podczas amerykańskiego tournée Mick zaniżył wiek dziewczyny do trzynastki. Następnie Under My Thumb. Przez scenę ponownie przeniesiono czyjeś ciało. Do głosu doszedł Sam Cutler, rzekomy konferansjer: „Przede wszystkim wszyscy, którzy znajdują się w tej chwili na scenie, mają z niej zejść – z wyjątkiem Stonesów. Bardzo wszystkich proszę. Potrzebujemy lekarza i karetkę i to natych­miast. Po prostu siądźcie, zachowujcie się spokojnie, zrelaksujcie się. Możemy nad tym zapanować”.

Rolling Stonesi ponownie zaczęli grać i grali, o dziwo, coraz lepiej. Ri­chards zmusił ich do koncentracji, swoją grą narzucił poziom, do którego musieli równać. Zaczął grać naprawdę wyśmienicie i pokazał klasę w opanowaniu. Jagger pociągnął głęboki łyk z butelki Jacka Danielsa, zamachał nią w kierunku widowni. „Za wasze zdrowie!” – krzyknął. Wracał do formy. Podczas Satisfaction zespół został obsypany różami. Stonesi, niczym rozpędzony pociąg towarowy, przejechali przez Honky Tonk Woman i Street Fighting Man. Ta ostatnia piosenka stanowiła godne zakończenie. Mick przesłał widzom pocałunki, a już w chwilę później cała grupa leciała helikopterem do San Francisco. Około północy plymouth sedan, rocznik 1964, przejechał przez grupę ludzi siedzących wokół ogniska, zabijając dwie osoby. Rankiem znaleziono kolejne zwłoki – w kanale irygacyjnym. Tej ostatniej ofiary nigdy nie zidentyfikowano.

Przez blisko tydzień działała propaganda sukcesu. Prasa Zachodniego Wybrzeża rozpływała się w zachwytach. „300 000 i muzyka” – mieli swoje drugie Woodstock. Podobnie radio. Ron Naso ze stacji KFRC podawał w wiadomo­ściach: „Uważamy, że było pięknie. Wszystko poszło gładko, a ludzie byli zado­woleni. Kiedy zbierze się razem dużo ludzi, parę rzeczy może się zdarzyć, niestety. Nikt nic na to nie poradzi. W końcu spójrzmy, co dzieje się codziennie w Wietnamie”. Ale byli świadkowie i były zdjęcia. Bracia Maysles nakręcili film, który w rok po tragedii wstrząsnąć miał milionami ludzi na całym świecie. Policja rozpoczęła śledztwo, prawda musiała wyjść na jaw. Prawda bardzo gorzka dla Stonesów. Pierwszą adekwatną relację z Altamont opublikowała „San Francisco Chronicie”. Zaczęła się długa i niełatwa dyskusja nad winą i odpowiedzialnością. Bardzo szybko skończyły się porównania z Woodstock. Meredith Hunter stał się symboliczną ofiarą seksu, narkotyków i przemocy, nieodłącznych atrybutów mu­zyki Stonesów, a właściwie muzyki rockowej w ogóle. Altamont stało się symbo­licznym końcem epoki „dzieci kwiatów”. Epoki rockowych festiwali i utopijnego szczęścia dla wszystkich, którego wizją było przez moment Woodstock. Koncert Rolling Stonesów uznany został za faktyczne objawienie Lucyfera we własnej osobie. Śmierć zadana w chwili, kiedy zespół śpiewał o współczuciu dla szatana, wydawała się czymś więcej niż przypadkiem. Dla wielu ludzi było to nieuchronne dopełnienie bluźnierstwa. Stonesi musieli zrewidować swój stosunek do satani­zmu. Takie było żądanie ogółu i zespół wiedział dokładnie, że to nie przelewki. Chłopcy poczuli, że przebrali miarę. Demoniczne emploi zadrwiło z nich i to w okrutny sposób. Piosenka Sympathy For The Devil na całe lata wypadła z repertuaru Rolling Stonesów. Zbyt wiele wywoływała skojarzeń.

Do tragicznych wydarzeń w Altamont doprowadziły różnorakie przyczyny. Winę za zajścia ponosi w największym stopniu ich nieodpowiedzialny organizator, ale to przecież nie muzycy bili i mordowali. Altamont pokazało coś więcej – obnażyło mechanizmy rządzące showbusinessem. Mechanizmy, które powodo­wały Stonesami tylko dlatego, że chcieli przestrzegać reguł gry. Trzymali się reguł zbyt sztywno, dlatego ponieśli porażkę. Tragiczną porażkę. Wiele osób podpisa­łoby się pod wypowiedzią Kasandry numer jeden, Billa Grahama, kiedy w tak typowy dla siebie sposób wywodził: „Zapytam pana, panie Jagger, jakim prawem wychodził pan co wieczór na scenę w kapeluszu Wuja Sama, zrzucał go z kompletnym lekceważeniem i wyjechał z tego kraju mając w kieszeni 1,2 miliona dolarów? I jakim prawem przeprowadził pan ten darmowy festiwal? Tylko niech pan nie mówi, że nie wiedział pan, do czego to doprowadzi. Jakim prawem odjechał pan, dziękując wszystkim za świetną zabawę, a «Aniołom» za pomoc? Jest teraz gdzieś w swoim kraju, a co zostało tutaj? Spóźniał się na każdy koncert. Na każdy pierdolony koncert! Kazał się wykrwawiać i promotorowi, i widzom. Jakie prawo ma ten bożek, żeby zstępować na ten kraj w podobny sposób?... A wiecie, co jest dla mnie największą tragedią? Że ta pizda to świetny wykonawca”.

 

DANIEL WYSZOGRODZKI
SATYSFAKCJA - THE ROLLING STONES 1962-2002 
[In Rock, 2002]

Satysfakcja

Satysfakcja - The Rolling Stones

Naszą witrynę przegląda teraz 59 gości