cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

anawa-100
ANAWA (fragment)
Anawa/„Anawa" (1973)

Jan Kanty Pawluśkiewicz miał pomysł (a nawet wizję), miał kompozycje oraz nowy, zaskakujący materiał literacki. Cały czas miał też zespół, formację oryginalną w skali światowej i serce pękało na myśl, że trzeba będzie takich muzyków wysłać do domu. Brakowało więc tylko wokalisty. To w Polsce deficytowy towar, ale sytuacja nie była beznadziejna. Nastąpił jeden z tych szczęśliwych przypadków, w które obfituje cała historia muzyki („przypadkiem wpadliśmy na siebie na ulicy/w klubie/w studio”) – Pawluśkiewicz zaprosił do współpracy Andrzeja Zauchę, wokalistę Dżambli.

A konkretnie byłego wokalistę, bo najlepsze rzeczy w polskiej muzyce tamtych lat nie trwały długo. Krakowscy Dżamble – podobnie jak warszawski Klan – wydali zaledwie jedną płytę i przestali istnieć. W ten sposób przeszli do legendy, dowodząc po raz kolejny, że lepiej odejść o wiele za wcześnie, etc. Nie zrozumieli tego Skaldowie, nieomal zrozumiał to Czesław Niemen – efekt zepsuł niepotrzebny „powrót”.

Tymczasem jednak jeden z najlepszych polskich wokalistów nie miał zespołu, jeden z najlepszych zespołów został bez wokalisty. Wyglądało to na małżeństwo doskonałe, ale takim nie było – Andrzej Zaucha nigdy wcześniej nie śpiewał poezji (chociaż na pewno śpiewał w Dżamblach dobre teksty). A co więcej, nie specjalnie go ten nurt interesował (a jego dalsza kariera dowiodła, że interesował go nurt „przeciwny”). Doszło więc do jednorazowej współpracy. Nazwijmy ją małżeństwem z rozsądku, przekonamy się jednak, że i takie związki mogą mieć nader udane potomstwo.

Album ANAWA (1973) wyróżniał się okładką Jana Sawki („oprawcy graficznego”) oraz nieprzewidywalnością na miarę KOROWODU. Album ANAWA to jedno z najbardziej oryginalnych dzieł polskiej fonografii – literackiej, rockowej, awangardowej. Brak kategoryzacji – wszelkiej kategoryzacji – jest warunkiem pełnego „zanurzenia się” w tę niezwykłą muzykę. Podciąganie jej pod art-rock (czyniła to na siłę bezradna prasa) było śmieszne. Bo album ANAWA, to rockowa energia akustycznych instrumentów. Awangardowe rozwiązania – bez gwałtu na słuchaczu. Teatralność połączona ze... śpiewnością. Piosenki o przebojowym potencjale (dowiódł tego po ćwierćwieczu Grzegorz Turnau, wykonując
Linoskoczka), na całkowicie niekomercyjnej płycie. Śpiewana poezja, zaśpiewana nie jak poezja śpiewana. Paradoksy. Paradoksy.

Album otwiera litania paradoksów. Wiersz Ryszarda Krynickiego wykonany a cappella – introdukcja
Kto wybiera samotność (mogłaby nosić tytuł Widać więcej). Melodia o wielkiej subtelności wykonana z mistycyzmem chorału gregoriańskiego, rozwijająca się jednak w (nieznaną chorałowi) delikatną harmonię. Cztery otwarte, niepokojące paradoksy: „Kto wybiera samotność, nigdy nie będzie sam/ Kto wybiera bezdomność, będzie miał dach nad głową/ Kto wybiera śmierć, nie przestanie żyć.” I ten ostatni: „Kogo śmierć wybierze, ten umrze zaledwie”. I pytamy od początku. I nagle cisza.

A zaraz po niej „superprodukcja” i pierwsza niespodzianka literacka. Pawluśkiewicz sięgnął po „Gilgamesza”, epos sumeryjski sprzed niemal 5000 lat, najstarsze dzieło światowej literatury (zawierające m.in. opis „biblijnego” potopu). Dlaczego cofnął się kompozytor tak daleko? Tak daleko, że dalej już nie można? Wszystko wskazuje, że wyjaśnia to tytuł fragmentu:
Człowiek miarą wszechrzeczy (znamienne, że ów wątek znajdzie po chwili kontynuację w kompozycji do tekstu Giordana Bruna). Człowiek – jak każe nam wierzyć autor eposu – był od początku taki sam. Był „heroiczny”, bo to i tylko to stanowić miało o jego człowieczeństwie. Zaucha śpiewa więc z heroizmem, wciela się nieomal w antycznego króla, zarazem tyrana i bohatera (to także bardzo ludzkie sprzeczności). Muzyka narasta, rozpoczęta akompaniamentem gitary solo, nabiera spektakularnych rozmiarów – głos wokalisty dołącza do chóru, perkusja uderza z wojowniczością godną kotłów Babilonu. Już pierwsze dźwięki basu znamionują niezwykłą plastyczność, melodyjność gry Jana Gonciarczyka.

To właśnie w tym wstępie do „Eposu o Gilgameszu”, w tych kilku zdaniach prologu, możemy odnaleźć narodziny Pawluśkiewicza twórcy wielkich form muzycznych z lat późniejszych. To „Gilgamesz” leży u podstaw jego „Nieszporów ludźmierskich” albo „Ogrodów Jozafata”. Oto trzy minuty „oratorium”, trzy minuty jakże ludzkiej „pasji”.

Kompozytor uzyskuje przejmujący efekt potęgi, lecz ważnym elementem tej potęgi jest głos Zauchy. Album ANAWA ma nie tylko jedną z najciekawszych „introdukcji”, ma też niezwykle obiecujący początek. Tym bardziej, że jednym ruchem przenosimy się z najgłębszego antyku do współczesności. Piosenkę
Abyś czuł – nagranie można nazwać piosenką, przynajmniej w pierwszej części – otwiera riff gitary elektrycznej i talerza, wzmocniony zaśpiewem wokalistów. Ale krótki, „chwytliwy” (popowy wręcz) temat z jasnym, humanistycznym przesłaniem („Po to byś czuł rodzisz się, po to byś czuł, po to byś szedł” – autorem słów jest Moczulski), bardzo szybko ustępuje części instrumentalnej, w której po raz pierwszy przekonujemy się, jak gra „nowa Anawa”.

A gra jak żaden inny zespół na świecie – wtedy i teraz. Kobieca wokaliza rozwija się na tle improwizującego kontrabasu. Perkusyjna pulsacja. Dziwne „przeszkadzające” w tle skrzypce. Nieoczekiwane zmiany dynamiki. Pojawiają się i tutaj elementy muzyki konkretnej (zastosowane przez Pawluśkiewicza już w utworze
Nowy radosny dzień na KOROWODZIE) w odgłosach ze szkolnego dziedzińca. Nieoczekiwane „interludium” wokalne i powrót do tego świata syrenich głosów, szkolnych podwórek i skrzypków, przedrzeźniających z oddali nasze zdziwienie. A przecież Abyś czuł mogło być tylko hitem. Przyjemną, wpadającą w ucho piosenką, tyle że zagraną lepiej od innych.

Ale nie w wydaniu Anawa. Nie u Pawluśkiewicza i nie z takimi muzykami. Przerwa. Kilka akordów fortepianu, instrumentu jakże skromnie wpisanego w tło aranżacji – czy może Jan Kanty odczuwał znużenie po błyskotliwych fajerwerkach pierwszego wcielenia?
Abyś czuł rozpoczynało serię tekstów Leszka Aleksandra Moczulskiego, jednego z pierwszoplanowych bohaterów KOROWODU, jednego z pierwszoplanowych bohaterów albumu ANAWA. Drugim była Widzialność marzeń (czyli Jeżeli wierzysz).

Na marginesie: Tytuł wiersza nie zawsze zdaje egzamin jako tytuł piosenki, ponieważ nie widać go nad nią, kiedy słucha się płyty (tzn. teraz już widać, ale nikt nie patrzy).  Niektóre tytuły na albumie ANAWA nie najlepiej oddawały istotę tekstu i pozostawały niejasne (właściwy tytuł najbardziej znanego utworu z płyty,
Jak linoskoczek, brzmi właściwie Tańcząc w powietrzu – skorygował to dopiero Grzegorz Turnau w 1995).

Widzialność marzeń
otwierają akordy fortepianowe a la Let It Be. Andrzej Zaucha śpiewa dwa zdania tak, jakby miała to być piosenka pop. Złudzenie nie trwa nawet pół minuty – gitary i kontrabas rozwiewają wszelkie wątpliwości. Instrumentalnie – głos pojawia się dopiero po liku taktach. Ale jaki głos! Andrzej Zaucha śpiewa, że „jeżeli wierzysz, przejdziesz przez wszystkie naraz ulice” i robi to najpiękniejszym głosem, jaki potrafi z siebie wydobyć. Pełnym, białym głosem na długich nutach.  Jego „jeżeli wierzysz” to autentyczne bel canto z kontrapunktem kontrabasu na tle dyskretnego śpiewu całego zespołu – najbardziej romantyczne nagranie z całego albumu płynie, płynie i płynie, bo głos wokalisty przeplata się ze śpiewem chóru niczym fale. I równie niepostrzeżenie odpływa pozostawiając miejsce dla finału, nawiązującego bezpośrednio do instrumentacji utworu Nowy radosny dzień.

Kojąca piosenka. Piosenka-balsam. Ale nie na długo, mimo że instrumentalne zakończenie oddala się nieśpiesznie. Tym razem i Zaucha i Pawluśkiewicz i cała Anawa szykują mocne uderzenie. Najmocniejsze:
Ta wiara. Słowa Moczulskiego wymagają przypomnienia, wymagały także najlepszej muzyki. Muzyki porywającej, inna by się po prostu nie nadawała. I równie porywającego wykonania. Oto słowa:

Ta wiara – w którą tyle razy uwierzono
Ta wiara – tyle razy podeptana
Ta wiara – która była tarczą i bramą
Ta wiara – i ostatnią ucieczką
Ta wiara – przenoszona z modlitwy do modlitwy
Ta wiara – oszukiwana
Ta wiara – która była bardziej wiarą głupców
Ta wiara – która przenosiła góry

Sensowna tylko w godzinę śmierci
Z którą się urodziłem
Ale której nikt nie mógł zachować przy życiu
Tarcza i kurtyna

Która nie była nigdy odpowiedzią
Lecz tylko pytaniem
Która nie była nigdy odpowiedzią
Lecz tylko pytaniem


Krótki, ostry wstęp gitarowy, cztery kolejne akordy uderzane niczym we flamenco.  Zaucha ponownie śpiewa pełnym głosem i ponownie towarzyszy mu cały zespół, ale teraz występuje w dwóch rolach – jako „napędzający” pozostałych śpiewaków i jako solista. W tej pierwszej roli pojawia się tylko na początku. W tej drugiej – powtarza słowa pieśni z maksymalną ekspresją. Zespół dokonuje licznych repetycji. Fragment „Tarcza i kurtyna/ Która nie była nigdy odpowiedzią/Lecz tylko pytaniem” powraca wielokrotnie, aż słowa solisty zaczynają sprawiać ból. Ta muzyka nie kryje teatralnej mocy, teatralnego ładunku. To pieśń tak doskonale uniwersalna, że mogłaby służyć równie dobrze do inscenizacji „Misterium męki Pańskiej”, co „Czarownic z Salem”. Albo zilustrować scenę zbiorowego opętania w filmie „Diabły” Kena Russella.

Pojawia się solo na wzmocnionych elektrycznie skrzypcach, tym razem na pierwszym planie. Pasja i siła tej muzyki i tych słów, podobnie jak w religii, graniczą z przemocą. Kontrabas idzie w zawody ze skrzypcami. Chór – w powtórnym wejściu jest to chór, nie chórek – podkreśla podniosły charakter utworu. Pojawia się efekt bicia w dzwony, uzyskany przez bezpośrednie uderzanie w struny fortepianu. Czy to Pawluśkiewicz? Jeżeli tak, to jego dzwony nie biją na larum. Im samym udzieliło się opętanie. „Która nie była nigdy odpowiedzią, lecz tylko pytaniem?” Wiara – zgoda. Religia – nigdy.

A potem już nic tylko zawieja, zawieja, zawieja. Czyli to nie były „Diabły z Loudun”, a nasze własne, smoleńskie diabły z Ludynia na końcu świata. Diabły matki Joanny od Aniołów. Chociaż równie dobrze mogły to być anioły matki Joanny od Diabłów.

Z tej lodowatej zawiei, która zacina wystarczająco długo, by odsunąć wizję stosów inkwizycji (bo i takie obrazy może podsuwać
Ta wiara), wyłania się delikatny dźwięk gitary. Najpierw gitary, potem gitary i kontrabasu, nareszcie pojawiają się głosy. To kolejna niespodzianka literacka na tej płycie: Giordano Bruno. I jedno, ale dosłownie jedno zdanie – aforystyczna myśl z pism męczennika: „Będąc człowiekiem nie jestem bliższy nieskończoności niż gdybym był mrówką, ale też nie jestem dalszy niż gdybym był ciałem niebieskim.” To wszystko. Cała teoria względności w jednym zdaniu.

Podobnie jak we wstępie (piosenka
Będąc człowiekiem zamykała stronę A longplaya,  o czym warto pamiętać przy tak precyzyjnie zaprogramowanych płytach) rozwija się melodia o niezwykłej subtelności i ponownie ma coś z chorału, choć może mieć tyle samo z rzewnej dumki, zanuconej sennie przy ognisku. Solo na trąbce – wszystko w tym miejscu wydawało by się bardziej odpowiednie od trąbki, zapewne dlatego robi ona takie wrażenie. I powraca tekst, to samo zdanie nieszczęsnego dominikanina, zmienia się jednak kategoria gramatyczna, zmienia się jego adresat. Filozof mówił o sobie, ale mówił do nas: „Będąc człowiekiem nie jesteś bliższy nieskończoności niż gdybyś był mrówką, ale też nie jesteś dalszy niż gdybyś był ciałem niebieskim.” Przedziwne, ale w drugiej osobie słowa te wydają się nieść pocieszenie.

Drugą stronę albumu otwierał utwór przypominający z grubsza tradycyjną piosenkę,
Stwardnieje ci łza (Moczulski). Demaskatorski tekst poety („I nic cię nie uleczy i nic cię nie obroni i nic cię już nie zrani i nic cię nie zaboli”) jest świetnie skontrastowany z instrumentalnym refrenem opartym na wokalizie. Zaucha wyrzuca z siebie słowa na monotonnym rytmie, lecz w refrenie pojawia się śpiewny motyw, powtarzany równo z towarzyszeniem orkiestry. W tym samym czasie taki sam zabieg kompozytorski – skontrastowanie monotonii zwrotek z tekstem z melodyką refrenu opartego na samej wokalizie – zastosował zupełnie niezależnie Marek Grechuta w piosence Wędrówka.

Popisowa gra perkusji przywodzi na myśl wykorzystanie kotłów przez współczesnego kompozytora greckiego, Mikisa Theodorakisa, wybitnego twórcy muzyki teatralnej, głównie do dzieł antycznych. Długie wycieszenie buduje atmosferę oczekiwania...

...a oczekiwanie to zaspakaja najbardziej znana piosenka z płyty ANAWA (niestety –  należy dodać – jedyna znana piosenka z tej wspaniałej płyty),
Tańcząc w powietrzu (Jak linoskoczek), ponownie do tekstu Moczulskiego. Utwór zaczyna się niewinnie i balladowo i atmosfera niewinności (albo i końca niewinności, jak wolał Don Henley), towarzyszy mu do końca, wyrasta natomiast daleko poza ramy ballady. „Niepewnie idziesz pochylony, drogą co nigdzie nie prowadzi” – takimi słowami rozpoczyna się opowieść o linoskoczku, metafora losów współczesnego człowieka, który „tak jak po fali, tak jak po linie – jak nad przepaścią idzie drogą”. Andrzej Zaucha odmalowuje ten poetycki obraz z przekonaniem, któremu nie sposób się poddać, ale pojawia się w jego głosie intrygujące ciepło. Odkładamy na bok wyznania wiary i przestajemy biczować się oskarżeniami. Więcej heroizmu. Jak u Gilgamesza, jak u Bruno. Ale także więcej akceptacji. Może to nic złego „nie widzieć ziemi pod stopami”?

Część środkowa „Jak łatwo serce wpada w gniew” – to formalne zapożyczenie, tylko w konstrukcji i w aranżacji, melodyka jest nowa, ze środkowej części
Dni, których nie znamy („Jak rozpoznać ludzi, których już nie znamy?” – nawet prawa ręka fortepianu wykonuje podobne ruchy). Część finalna łączy głos solisty z głosami całego zespołu i buduje kulminację wokół dwóch słów, które lepiej posłużyły za tytuł: „Jak linoskoczek – zręcznie idziesz poprzez świat, jak linoskoczek – zawsze swym cyrkowym krokiem”.

Dwadzieścia dwa lata później ten sam refren zaśpiewa na płycie Grzegorza Turnaua TO TU, TO TAM (1995) sam kompozytor. Jan Kanty Pawluśkiewicz – jak linoskoczek?

Uwierz w nieznane
- jako autor tekstu powraca Ryszard Krynicki – to najbardziej „awangardowy” utwór na płycie. Rozpoczynają smyczki w konwencji kwartetowej i towarzyszy temu charakterystyczne pomieszanie stylów (to zapewne postmodernizm, chociaż wtedy nikt tego jeszcze nie mógł wiedzieć), bo od Beethovena skaczemy od razu do Szostakowicza, a wtedy nagle pojawia się... perkusja. Rozpędzona, brutalnie wdziera się na terytorium tak obce, że trudno sobie wyobrazić bardziej dramatyczny kontrast. I od razu wokalista: „Nie bój się lęku przed nieznanym, nie bój się nie bój siebie samego”. Sielanka linoskoczka nie trwała długo, stąpanie nad przepaścią jest jednak ryzykowną zabawą. Tylko czy mamy – tak naprawdę – inny wybór?

Części śpiewane utworu przeplatają się ze zbiorową improwizacją, której smaku zakosztowaliśmy już w
Abyś czuł. Jednak prawdziwa „jazda” zaczyna się od połowy numeru, kiedy wokaliza (grającego tu także na bongosach) Andrzeja Zauchy staje się „pretekstem” do namalowania całej palety kolorów – kontrabas, skrzypce, efekty. Wszystko zmienia się co chwila, nie przerywają gry bongosy, powracają słowa. Okrzyki padające w finałowym tutti nie kończą utworu. Wchodzimy w strefę tradycyjnie określaną jako free, choć Anawa niczego nie gra tradycyjnie.

Zgodnie z perfekcyjnym programowaniem albumu rozbudowana kompozycja
Uwierz w nieznane przygotowuje miejsce na balladę. I nie jest to ballada skomplikowana, ale skupia najlepsze cechy brzmienia Anawa: akustyczne ciepło, niezwykłą barwę. Połączone brzemienia gitary akustycznej (po klasycznie odegranym wstępie) i głosu wokalisty, subtelnymi skalami wzbogaca fortepian. Kiedy pojawiają się smyczki nie możemy uwolnić się od skojarzeń z KOROWODEM – Ocalić od zapomnienia, albo Niebieski młyn. Tak, zwłaszcza ten drugi utwór. Nawet tematyka jest podobna.

Finałowe piosenki albumu powstały do tekstów Leszka Aleksandra Moczulskiego i obie mają podobne przesłanie. Pierwsza,
Kto tobie dał, stawia „dziecinnie proste” pytania o odpowiedzialność: „Jak piłeczkę kolorową do ręki świat, kto tobie dał”. Jednak tekst stara się trafić głębiej. Dotknąć naszego dziecinnego zawstydzenia, owszem, ale także sprowokować do refleksji filozoficznej: „Kto bawiąc się zerwał jabłko w ogrodzie/ Kto zerwał je dla zabawy, kto zmienił je w berła blask?”. Od jabłka w ogrodzie myśl przeskakuje do anegdoty z Newtonem i grawitacją, zaś następna, ostatnia piosenka idzie jeszcze dalej: Zabawimy się w zagładę?

Czyni to jednak w żartobliwym stylu i – wbrew realności zagrożeń – optymistycznie: „Ludzie to duże dzieci, na pewno kiedyś dorosną.” Ten złożony, wielowątkowy (także muzycznie) album, zamyka zwykła, prosta piosenka. Pacyfistyczna wymowa utworu
Nie przerywajcie zabawy trafia do nas bez filtra kamuflażu, Zaucha śpiewa od ucha, w refrenie bawi się znakomicie cały zespół i powraca (tu: antywojenna) trąbka. No dobrze, użyjmy tego słowa jeden raz – piosenka ma „hippisowskie” przesłanie.

I to już koniec. Wielka muzyka, wielkie teksty, wielki wokalista, wielki zespół. Anawa, mówiąca nam: „Nie bój się lęku przed nieznanym, które istnieje w tobie samym”.

„Korowód" [work in progress]

anawa-500

Oprawca graficzny: Jan Sawka [Polskie Nagrania, 1973]

Satysfakcja - Varia

Naszą witrynę przegląda teraz 10 gości