cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

lcHAT100
CO MI DAŁ COHEN

Zawdzięczam Cohenowi co najmniej dwie sprawności. Po pierwsze znajomość języka angielskiego, po drugie umiejętność gry na gitarze.

Pierwsza sprawność przydawała mi się w życiu wielokrotnie – podróżowałem po Ameryce, sporo tłumaczyłem. Druga do dziś sprawia mi przyjemność. Na przykład ostatnio w Bieszczadach. Zatrzymuję się u ludzi, których dopiero poznałem, a tej samej nocy zwala się ich stary znajomy, mieszkający na stałe w Berlinie. Mówią o nim „gra Cohena”. Facet wozi w bagażniku gitarę, drugą pożyczamy w okolicy i faktycznie śpiewamy Cohena do samego rana – album po albumie, w oryginalnych tonacjach. Na drugi dzień facet jedzie dalej i tyle go widziałem – grałem Cohena z nieznajomym. Kilka dni później opowiadam o tym samemu Cohenowi, z którym spotykam się – nomen omen – w Berlinie (First we take Manhattan, then we take Berlin…). On uwielbia takie historie. W tekście na okładce składanki THE BEST OF LEONARD COHEN chwali się, że słyszał swoją Suzanne śpiewaną na Morzu Kaspijskim. Ta historia z Bieszczadami bardzo mu pasuje. Ja też mam się czym pochwalić. „Opanowałem twoje palcówki” – mówię. „Potem już nigdy nie palcowałem tak jak trzeba”. „Fakt” – śmieje się Cohen. „To mogło cię załatwić”. Pijemy dwunastoletnią whisky i wspominamy jego koncert w Warszawie. A wtedy – był 1985 rok – było to wydarzenie pierwszej rangi. Wpadłem na pomysł transparentu, które znajome żony uszyły z kilku prześcieradeł. Litery były znacznych rozmiarów, nie miałem więc wątpliwości, że Cohen go dostrzeże – zajmowaliśmy z przyjaciółmi najlepsze miejsca w Sali Kongresowej. Napis – przebłysk czystego geniuszu – głosił tylko tyle: WELCOME BACK. Niby nic, a jednak… Kiedy Cohen wszedł na estradę BACK było zagięte do tyłu i machaliśmy radosnym WELCOME. Kiedy schodził na przerwę wystarczyło zgiąć WEL i nad widownią rozkwitło błagalne COME BACK. Kiedy wrócił po przerwie – słowo, że dostrzegłem na jego twarzy ślad zdziwienia – machaliśmy radośnie pełną wersją: WELCOME BACK. Przy bisach szły wszystkie opcje: COME BACK, WELCOME BACK, COME BACK, WELCOME BACK… Teraz w Berlinie on sam daje mi słowo, że pamięta ten transparent. Wierzę mu, bo naprawdę rzucaliśmy się wtedy w oczy. Co nie było już tak wyraźne, to fakt, ile on wtedy dla nas znaczył. Śpiewający poeci po prostu byli ważni – on, Dylan, Moustaki, Brel, Okudżawa, Wysocki. „Śpiewający poeta” to znaczyło więcej niż śpiewający i więcej niż poeta. Czasy kiedy poeta Jewtuszenko recytował wiersze na stadionach minęły bezpowrotnie, ale czas bardów miał się już także ku końcowi. To byli ostatni idole inteligencji. Mieli coś ważnego do powiedzenia, a fakt, że ubierali swoje słowa w muzykę sprawiał, że trafiali dalej i głębiej. A co takiego ważnego mówił Cohen? Choćby to, że miłości nie da się zatrzymać. Że my wszyscy, każdy mężczyzna i każda kobieta, jesteśmy skazani na klęskę. Że pomiędzy najwyższym uniesieniem cielesnym i najbardziej uduchowionym przeżyciem religijnym można postawić znak równości. To wreszcie, że kiedy zaśnie już ostatnia kochanka zawsze zostajemy absolutnie sami. „Wygląda na to, że nie istnieje nic, co mogłoby pohamować nasz nienasycony apetyt na rozkosz” – powiedział mi ostatnio w Berlinie. „I na krew” – dodał w proroczym widzie (choć zastrzegł wyraźnie, że „nie chce podnosić swoich przepowiedni do rangi proroctw”). „Seks i zabijanie to nasze podstawowe popędy” – powtarzał. W lipcu… Słucham teraz jego najnowszego albumu „Dziesięć nowych piosenek” (Sony, 2001) – Cohena łagodnego, nareszcie pogodzonego z sobą i ze światem, ukojonego medytacją w buddyjskim klasztorze – i nie mam wątpliwości, że po tragedii na Manhattanie byłaby to zupełnie inna płyta. Wielcy współcześni autorzy – Dylan czy Springsteen – popadają coraz częściej w ton apokaliptyczny, ale to Cohen okazał się mimowolnym prorokiem nowych czasów, pisząc dziesięć lat temu: „Widziałem przyszłość, bracie. Przyszłość to zbrodnia” (The Future). Zawdzięczam Cohenowi co najmniej dwie sprawności. Ale nadal, po kilkunastu książkach, płytach i latach, nie opuszcza mnie poczucie, że – tak naprawdę – zawdzięczam mu o wiele więcej. I ciągle sprawdzam, czy się nie mylił. I nie tracę nadziei, że może jednak.

[PRZEKRÓJ, 2002]

LCgitfull

Foto: Sony Music

Leonard Cohen - Archiwum

Naszą witrynę przegląda teraz 93 gości