cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

D_Roskilde_a_small
Roskilde 2000 – UPADEK IKARA

Tragedia w Roskilde, gdzie ośmiu młodych ludzi straciło życie w czasie koncertu, wstrząsnęła muzycznym światem.

Na łamy prasy powróciła dyskusja nad sensem organizowania masowych festiwali i nad wpływem muzyki na młodą widownię. Byłem bezpośrednim świadkiem tragicznych wydarzeń i określę swoją pozycję na wstępie: moim zdaniem należy organizować takie festiwale, a muzyka nie ma nic wspólnego ze śmiercią. Oto moja ocena duńskiego dramatu Roskilde 2000.

Roskilde to niewielkie miasteczko położone o pół godziny drogi od Kopenhagi – spokojne i czyste, jak inne duńskie miasteczka. Jedyne, co je wyróżnia, to wielki festiwal muzyczny, odbywający się tu rokrocznie od trzydziestu lat na przełomie czerwca i lipca, gdy na północnym niebie zawisają do późnych godzin „białe noce”. Zjeżdża tu wtedy około stu tysięcy ludzi z całej Europy i nie tylko. Spędzają wspólnie kilka dni, mieszkając w wielkim obozowisku, popijając piwo, paląc nieszkodliwe substancje roślinne i słuchając na żywo muzyki. Taki festiwal to marzenie.

Organizacja i bezpieczeństwo były – niestety, nikt już nie powie: są – dumą Roskilde. System ciągłego sprawdzania wszystkiego i wszystkich zaskakuje przyjeżdżających tu po raz pierwszy. W obozie obowiązuje zakaz wnoszenia butelek i rozpalania ognia, a strefy bezpieczeństwa są rygorystycznie chronione – namiot wystający narożnikiem na szeroką drogę przeciwpożarową jest bez pardonu rozbierany przez porządkowych. Nie można powiedzieć, że przyjeżdżający tu ludzie są uczciwi, ponieważ by to ich skrzywdziło. Wygląda na to, że nieuczciwość jest im najzwyczajniej obca.

Tegoroczny – trzydziesty – festiwal nie miał charakteru jubileuszowego. Był (miał być) taki sam jak co roku. Na siedmiu scenach występowało ok. 150 wykonawców, reprezentujących tak odmienne gatunki muzyki jak techno czy… marokański folklor. Główne gwiazdy występują tu na Pomarańczowej Scenie, największej w Roskilde, zamykającej wieżami głośników kilkudziesięciohektarowe pole dla publiczności.

Wokół tego terenu ciągną się pasaże barów, restauracyjek i sklepików. Można tu zjeść i ugasić pragnienie piwem Carlsberg – firma ta jest głównym sponsorem festiwalu. Największą atrakcją Rosklide 2000 był (miał być) udział takich solistów i grup, jak Pearl Jam, The Cure, Oasis, Rollins Band, Pet Shop Boys, Lou Reed, Iron Maiden, Nine Inch Nails, Youssou N’Dour czy Ziggy Marley & The Melody Makers. Festiwal zamykał występ znanej doskonale z ubiegłorocznych koncertów w Polsce formacji Goran Bregovic Wedding & Funeral Orchestra. Ale to tylko Pomarańczowa Scena. Pozostałe – często podzielone tematycznie (np. scena techno i balowa sala taneczna) – oferowały nie gorszy zestaw. Dla przykładu kilka nazw i nazwisk: Juan de Marcos’ Afro Cuban All Stars, The The, Fundamental, Master Musicians Of Jajouka (moimi ulubionymi „haszmanami” z Maroko kierował Bachir Attar, wirtuoz arabskiej lutni), Machine Head, Willie Nelson & Family, North Mississippi Allstars, Stars of Ska, Fields of Nephilim, Bad Company, Chumbawamba, The Flaming Lips, Travis, Live, Everything But The Girl, Desmond Dekker oraz Ricardo Lemvo & Makina Loca. Lista artystów występujących w Roskilde jest równie imponująca rokrocznie.

Kluczem do powodzenia festiwalu Roskilde była plastyczność muzycznej formuły, albo – po prostu – brak formuły, otwartość, naturalne zrozumienie tej prostej prawdy, że muzyka jest jedna, a dzieli się tylko na dobrą i na taką, której słuchać nie warto. Wykształcił się, rzecz to nieuchronna, pewien „profil” festiwalu. Preferowanym gatunkiem był tu rock (rock, jak miłość, niejedno ma imię) – klasyczny i nowoczesny, lekki i ciężki. A także bardzo nowoczesny i bardzo ciężki. Nikogo już nie dziwi, że obok rocka znalazła tu swoje miejsce muzyka zwana z grubsza „etniczną”. Mariaż rocka z folklorem jest stary jak Dylan, sięga czasów, kiedy Brian Jones – założyciel The Rolling Stones – jeździł w góry Atlas nagrywać narkotyczną muzykę jajouka.

Dlatego pod chłodnym duńskim niebem rozbrzmiewają dziś nieparzyste rytmy rodem z Bałkan, porywają do tańca gorące dźwięki salsy i marenge, zaskakują polirytmią afrykańskie „chodzone”. Dlatego jest tu miejsce na ska i na bluesa. Dlatego znajdzie gorące przyjęcie Willie Nelson, grając pomiędzy Machine Head, a grupą Travis. Warto pamiętać, że Roskilde to już dziś żywa historia muzycznych prądów, trendów i mód. Festiwal narodził się, gdy Skandynawię przemierzali jeszcze długowłosi epigoni ruchu hippisowskiego. Potem przyszedł punk i nowa fala. Następnie zadomowił się tu rap (nie na długo), znalazła trwałe miejsce muzyka techno. Roskilde oznacza wybór.

Piątkowy wieczór zapowiadał się w tym roku szczególnie interesująco. Koncerty na Pomarańczowej Scenie otworzył Ziggy Marley (syn legendy, Boba – Króla Reggae). Po nim wystąpił – przyjmowany bardzo gorąco, popularny w całej Skandynawii – szwedzki zespół Kent. Pearl Jam wychodził na scenę o 22-giej, ale zespół nie był ostatnim wykonawcą tego dnia. Muzyka tradycyjnie rozbrzmiewa w Roskilde do rana i wieczór zamykała dopiero grupa The Cure, której występ zaplanowano na pierwszą w nocy. Na wielu mniejszych scenach koncerty rozpoczynają się nawet później.

Oczekiwałem wyjścia Pearl Jam niemal przed samą sceną. Bardzo cenię i lubię ten niezwykły zespół ze Seattle – uratował honor amerykańskiego rocka po wygaśnięciu fali grunge i przedwczesnym wniebowstąpieniu Nirvany. Eddie Vedder & Co. byli w znakomitej formie. Muzyka Pearl Jam zawiera w sobie silny pierwiastek duchowy, charakterystyczny tylko dla największych artystów. Eddie jest twórcą natchnionym, jego występ w Roskilde w pełni potwierdzał tę opinię – napięcie wzrastało z numeru na numer, robiło się coraz intensywniej (określenie intensity, w sensie nadanym mu przez kanadyjskiego poetę Irvinga Laytona, doskonale przystaje do tej sztuki). Eddie Vedder sięgał – śpiewając – coraz głębiej, wciąż zbliżał się „do wnętrza”, w typowy dla siebie sposób potrząsając głową, niczym muzyk grający na harmonijce ustnej.

Było rewelacyjnie, ale pod sceną robiło się coraz gęściej. Wycofałem się więc nieco, oglądając dalszy ciąg występu na wysuniętym do przodu ekranie. Znakomity koncert porwał mnie i uniósł w rejony, w jakich bywam nieczęsto, gdzie zabiera mnie czasem oglądany na żywo Van Morrison, czasem Bob Dylan. Czekało mnie jednak okrutne przebudzenie – w pewnej chwili zrozumiałem, że pod sceną dzieje się coś złego…

Wynoszono ciała zemdlonych dziewcząt, zebrani w fosie porządkowi bezskutecznie usiłowali zaprowadzić porządek. Nie doszło do żadnych przejawów agresji – ten fakt należy podkreślać przy każdej próbie oceny tragedii w Roskilde. To bardzo ważne! Po prostu tłok zrobił się nie do zniesienia, zaś porządkowi nie byli w stanie dotrzeć do ludzi potrzebujących pomocy. Zrobiło się ciemno, wcześniej zaś spadł ulewny deszcz, zmieniając miękką murawę w kałużę. Ciemność i błoto mają swój udział w tragedii.

Znalazłem się za kulisami wielkiej sceny nie przeczuwając jeszcze, że dzieje się coś bardzo złego. Od razu zaniepokoił mnie ożywiony ruch policji, normalnie w Roskilde niewidocznej. Za estradą – w strefie ewakuacyjnej – trwała już wzmożona aktywność karetek pogotowia. Na miejscu były trzy ambulanse. Kilkanaście następnych przybyło na wezwanie dosłownie w ciągu kilku minut – prosto z miasteczka. Sygnały na temat wyjątkowej sytuacji przed sceną dotarły wreszcie do Eddiego, który przerwał występ.

Trzeba zaznaczyć, że tłum oglądany ze sceny nie różnił się niczym od zadowolonej, roztańczonej widowni koncertu rockowego. Incydent w Roskilde był przysłowiowym „upadkiem Ikara” z obrazu Brueghela – obok ginących ludzi trwała świetna zabawa, nikt nie mógł zauważyć ich bezsilnej, niemej udręki. Umarli za życia u stóp żywych.

Po przerwaniu koncertu Eddie powiedział do mikrofonu: „Musimy na pięć minut zapomnieć o muzyce. To bardzo ważne! Proszę sobie wyobrazić, że jestem waszym przyjacielem i jeśli nie cofniecie się o kilka kroków, wyrządzicie mi krzywdę. Macie tu z przodu wielu przyjaciół. Policzę teraz do trzech i wszyscy cofną się o jeden krok, zgoda? Kto się zgadza, niech zawoła: Tak!” Rozległ się chór głosów twierdzących i większość stojących bliżej ludzi wykonała krok do tyłu, ale wycofanie stu tysięcy (!) widzów nawet o kilka kroków przypominało próbę cofnięcia samochodów w korku.

Porządkowi i obsługa sceny wiedzieli już, że muszą dotrzeć na „przedpole”, że są tam ludzie potrzebujący pomocy – nikt nie wiedział dokładnie w jakim stanie. Bez szans byli ci, którzy stracili przytomność i upadli. Zdarzało mi się stać w takim tłoku, że dotknięcie dłonią do kolana było niemożliwe! Wiem, czym jest napór ludzkiej masy. To nie była znieczulica. Podniesienie człowieka z ziemi było niewykonalne.

Tymczasem obserwowałem – z przerażeniem – ruch karetek na zapleczu dużej sceny. Zgromadziło się tam grono miejscowych reporterów. Jeden z Duńczyków tłumaczył mi na angielski komunikaty policji, doskonale słyszalne z aparatów walkie talkie. To od niego usłyszałem po raz pierwszy o zabitych – wkrótce nie mówiło się o niczym innym. Liczba ofiar długo pozostawała przedmiotem spekulacji. Ktoś zasugerował, że karetki opuszczające teren festiwalu na sygnale wiozą rannych, te zaś, które jadą bez świateł sygnalizacyjnych i syreny, pełnią już smutną rolę karawanów. Nie sądzę, żeby było to prawdą. Prawdą było tylko to, że przed Pomarańczową Sceną zginęli ludzie.

Wróciłem na widownię. Na estradzie pojawił się dyrektor festiwalu, pan Leif Skov. Oto, co miał do powiedzenia: „Wielu z was przyjeżdża na nasz festiwal co roku. Ale dzisiaj stało się tu coś strasznego. Ponad 20 osób zostało rannych. Kilka osób straciło życie, a przyjechały tu spędzić miły weekend. Nie żyje czterech, może pięciu ludzi.” Widzowie zareagowali histerycznym: „Nie! To niemożliwe!” Leif Skov poprosił nas o minutę ciszy dla uszanowania zmarłych. „Idźcie teraz spać, albo spędźcie spokojny wieczór” – kontynuował dyrektor. „ Bądźcie dla siebie dobrzy i uważajcie na siebie”. Oczywiście występ The Cure nie wchodził w grę – wszyscy to rozumieli.

W godzinę a może dwie później zorganizowano w Roskilde konferencję prasową. Tutaj po raz pierwszy padła liczba ośmiu ofiar. Zginęli wyłącznie młodzi mężczyźni, w większości mieszkańcy Skandynawii. Prawdopodobnie dziewczyny łatwiej było podać nad głowami, zwykle jest ich zresztą mniej przed samą sceną. Stracili życie ci, którzy upadli i nie wstali. Udusili się pod naciskiem tłumu, który – ani dobry, ani zły, po prostu bezwładny i bezwolny – coraz bardziej powiększał nacisk…

Leif Scov powiedział na konferencji prasowej: „Podczas koncertu Pearl Jam doszło do nas, że kilka osób upadło przed samą sceną. Naszym porządkowym nie udało się wydostać ich przez barierkę. Przekazali wiadomość fotografom pracującym w fosie przed sceną, a ci dali znać wokaliście, żeby przerwał koncert. Poproszono widzów, żeby zrobili trzy kroki do tyłu. Zrozumieliśmy, jak poważna jest sytuacja. Okazało się, że co najmniej dziesięć osób wymaga pomocy i wezwano karetki. Od tej chwili wszystkie służby robiły, co było w ich mocy. Wiemy, że osiem osób straciło życie.” Leif Scov był najwyraźniej wstrząśnięty, przygnieciony tragedią. Po długim wahaniu postanowił jednak, że festiwal musi trwać – przedwczesne odesłanie stu tysięcy ludzi do domu mogło być groźniejsze w skutkach. Niewątpliwie była to słuszna decyzja.

Sobota była na Pomarańczowej Scenie dniem żałoby. Przez całą noc – do południa –  policja przeprowadzała wizję lokalną. Późnym popołudniem odbyły się uroczystości poświęcone ofiarom poprzedniej nocy. Wystąpili organizatorzy festiwalu, pieśniarka gospel wykonała przy akompaniamencie fortepianu dwa utwory żałobne. Widzowie znosili przed scenę kwiaty i znicze. Głos zabrał biskup Roskilde, który zacytował Księgę Hioba i poprosił tłum o wspólne Pater Noster – każdy modlił się we własnym języku, ludzie płakali jak bobry. Podczas kazania biskupa młody człowiek krzyknął donośnie przed samą sceną: If you see somebody dyin’ at your feet, pick him up! Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Prawdziwe emocje uwolnił dopiero koncert fenomenalnego Somalijczyka, Youssou N’Dour, poświęcony ofiarom.

Youssou jest prawdziwym „czarnym aniołem”, zjawiskiem. Jego niezwykły głos sprawia, że w muzyce pojawia się magiczny pierwiastek duchowy, nawet gdy śpiewa banalne piosenki. W jego sobotnim występie nie było jednak nic banalnego. On sam powiedział kilka ciepłych słów o duchu żyjącym w afrykańskiej muzyce, który uleci do nieba i zabierze nasze myśli do umarłych. A potem śpiewał jak natchniony anioł, zaś emocje wśród widzów przybierały na sile. Kiedy doszedł w finale do przepięknej piosenki Seven Seconds Away (jego pamiętny przebój w duecie z Neneh Cherry), poprosił widownię o śpiewanie refrenu, sam zaś porwał pęk kwiatów, zeskoczył ze sceny (zaskakując tym spontanicznym gestem nawet porządkowych) i… ruszył przed siebie, aby złożyć wiązankę na środku murawy. Ludzie rozstępowali się przed nim, zamykając korytarz za plecami artysty – Youssou wszedł w żywioł, który okazał się przyjazny, ogarnął go i przyjął, nie wyrządzając krzywdy. Ten piękny gest ukazał, że nie ma się czego lękać na „przedpolu Roskilde”, że muzyka jest najważniejsza, zaś pamięć żywych towarzyszy zmarłym. Dorośli faceci szlochali jak małe dzieci.

Z godziny na godzinę składano pod sceną coraz więcej świec i kwiatów. Wieczorem ogłoszono, że koncerty odwołała oczekiwana tego dnia grupa Oasis. Podobną decyzję zakomunikował po niej duet Pet Show Boys. Fatalnie się stało, że tak zareagowano, chociaż nietrudno to – rzecz jasna – zrozumieć. Youssou zaśpiewał na scenie przed którą kilka godzin wcześniej umierali ludzie i nie było w tym profanacji. Poświęcił swój występ zmarłym i tak zostało to przyjęte. Po nim zagrał agresywny amerykański Rollins Band i muzyka nadal leczyła rany – bez przemocy, bez lęku. Dlaczego bracia Gallagher (znowu razem) nie chcieli poświęcić swojego występu ofiarom Roskilde?

Fatalnie się stało, że cień tej tragedii zawsze będzie już wisiał nad grupą Pearl Jam. Eddie Vedder jest zdruzgotany. Temu wrażliwemu człowiekowi przypisano już piętno śmierci – cały świat obiegły depesze: ZABICI NA KONCERCIE PEARL JAM! Będzie musiał nauczyć się żyć z tym piętnem – myślę, że jest to bardzo trudne. Żal mi zabitych, ale Eddiego i jego zespół żal mi także. Nie zasłużyli na to.

Kiedy doszło do tragedii na niesławnym koncercie The Rolling Stones w Altamont (6 grudnia 1969) można było mówić o – przynajmniej pośredniej – winie zespołu. Kiedy zginęli ludzie podczas wejścia na koncert grupy The Who do Riverfront Coliseum w Cincinnati (3 grudnia 1979) mówiło się – i to nie bez racji – o winie organizatorów. Stratowano wtedy jedenaście osób i była to największa tragedia w historii koncertów rockowych (oby nikt już nigdy nie powiększył tej tragicznej statystyki). Ale tutaj?

Roskilde szuka dziś winnych – trwa śledztwo policji, nawarstwiają się domniemania. Sądzę, że ich nie znajdzie, ponieważ winnych nie było – przynajmniej takich, których można pociągnąć do odpowiedzialności, winnych osobowych, z twarzą i nazwiskiem. Zawinił tylko ślepy los – jak w przypadku powodzi czy burzy. Tragiczny przypadek oraz prawo wielkich liczb, które mówi, że kiedy sto tysięcy ludzi będzie się regularnie zbierać w jednym miejscu, to prędzej czy później stanie się tam coś złego.

Roskilde było festiwalem pod dobrą gwiazdą. Statystyka oszczędzała to pokojowe zgromadzenie przez 30 lat. Ale kiedy uderzył los, zebrał krwawe żniwo i wstrząsnął posadami organizacji i sumieniami ludzi. Nie wiadomo dziś, czy festiwal będzie kontynuowany w przyszłości. Moim zdaniem powinien być. Dramatyczna decyzja podejmowana przez organizatorów bladym świtem w sobotę po tragedii była słuszna. Oddać pokłon ofiarom, zachować pamięć o niepotrzebnej ofierze. Ale kontynuować, nie załamywać się, grać dalej. Nie dlatego, że the show must go on – te słowa często podszyte są cynizmem, którego w Roskilde nie było. Ale dlatego, że life must go on – a tego już nic i nikt nie zmieni. Zerwanie byłoby poddaniem się, przegraną z losem. Kontynuowanie to także pogodzenie się z losem, ale heroiczne – jedyne zwycięskie i… ludzkie.

Muzyka przetrwa – wierzę w to niezbicie. Ma w sobie niezgłębioną, niewyczerpalną  moc pokoju i piękna. A tragedie będą się powtarzać, ponieważ są nieprzewidywalne. Przewidzieć można co najwyżej zagrożenia, a te przewidziano tutaj wszystkie. Serce pęka mi z żalu za zmarłymi – ci młodzi ludzie przyjechali się zabawić i zabawa była przednia. Obawiam się, że już za każdym razem, kiedy usłyszę Seven Seconds Away, łzy napłyną mi do oczu tak samo, jak wtedy w tłumie do którego z bukietem kwiatów wkroczył Youssou N’Dour. Ale płacz nie przywróci życia zmarłym, tak samo jak nic nie sprawi, by nazwa Roskilde była – jak do tej pory – synonimem bezpieczeństwa.

Jeśli jednak przetrwa festiwal, pojadę tam za rok – ze zniczem dla ofiar tragedii, ale też złakniony muzyki, bo to nie w niej zaczaił się przecież ślepy los. Muzyka zachowa pamięć o zmarłych i przyniesie ukojenie żywym. Tak, mam nadzieję, że za rok pojadę ponownie na festiwal w Roskilde, gdzie – w ciągu kilku krótkich dni – dane mi było posmakować nieba i piekła. Jednocześnie.

[IGEN, 2000]

T_14_full_xx

Foto: DW i archiwum DW

Satysfakcja - Varia

Naszą witrynę przegląda teraz 10 gości