cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

SP_Sierant_small
ORKIESTRA KLUBU SAMOTNYCH SERC SIERŻANTA PIEPRZA

W czerwcu 1967 roku - czyli dokładnie 30 lat temu - ukazał się album Beatlesów Sgt. Peppers Lonely Hearts Club Band. 

Panuje opinia, że jest to najbardziej znacząca płyta muzyki popularnej - żadna przed nią, ani po niej nie była podobnym fajerwerkiem muzycznej wyobraźni, żadna nie zburzyła tylu skostniałych “ścian dźwięku”, żadna nie wymagała użycia równie niekonwencjonalnych środków artystycznych.

Opinie tę podsycali skutecznie krytycy - w obu słynnych plebiscytach Gambaciniego na sto naważniejszych płyt w historii (lata 1977 i 1987), niezmienie zwyciężał “Sierżant Pieprz”. Minęło kolejne dziesięć lat - warto odświeżyć trzydziestoletni romans z albumem i odpowiedzieć sobie samemu na pytania: Czy nadal nic się nie zmieniło? A jaka jest moja “płyta wszech czasów”?

Nie chcemy, żeby fortepian brzmiał jak fortepian. Chcemy, żeby brzmiał jak gitara. Ale gitara ma brzmieć jak fortepian.
Beatlesi - Abbey Road Studios, styczeń 1967

SGT. PEPPER’S LONELY HEARTS CLUB BAND

Pierwsze takty albumu przenoszą nas do sali koncertowej, w której właśnie stroi się orkiestra symfoniczna. Na tym tle udarzają gitary elektryczne - pierwszy raz Beatlesi użyli ciężkiego brzmienia gitar na pierwszym planie w piosence Rain (strona B singla Paperback Writer), wcześniej służyły im wyłącznie jako instrumenty akompaniujące. George Martin gra na organach, a w zakończeniu dołącza czteroosobowa sekcja dęta. Beatlesi po raz pierwszy bawią się stereofonią - i chórki w refrenie i głos solisty “wędrują” od kanału do kanału… Śpiewa Paul. Utwór, jak i cały album, miały się pierwotnie nazywać Dr. Pepper’s-, dopóki ktoś nie uświadomił Beatlesom, że jest w Stanach napój gazowany o takiej nazwie i nie mogą jej użyć (okropny, karmelkowy!). Już 4 czerwca swój koncert w londyńskim Saville Theatre Jimi Hendrix rozpoczyna od bardzo ostrej wersji tej właśnie piosenki. Na widowni zasiadają Paul i George (ze swymi paniami) i są pod wielkim - i zupełnie zrozumiałym - wrażeniem gitarzysty.

WITH A LITTLE HELP FROM MY FRIENDS

Śpiewa Ringo i jest to chyba jego najlepszy wkład wokalny w dorobek The Beatles, choć chórki Johna i Paula pełnią w piosence równorzędną rolę. Robocza wersja tej kompozycji (Lennona i McCartneya) nosiła tytuł Bad Finger Boogie, co zainspirowało grupę The Ivies - przyjętą właśnie na łono firmy Apple - do zmiany nazwy na… Badfinger. Billy Shears (rym do ‘years’) to postać fikcyjna, ‘alter ego’, do którego perkusista powrócił w piosence I’m The Greatest, napisanej przez Johna w 1973 r. Nieszczęsne ‘I get high - z małą pomocą moich przyjaciół…’ uderzało w narkotyczną strunę - wiceprezydent Spiro Agnew, (ten od Dicka Nixona) próbował nie dopuścić do rozpowszechniania piosenki w Stanach. Wiemy dziś dobrze, z jakim skutkiem… Wykonanie tego utworu w Woodstock przez Joe Cockera, uważane jest za najlepszą interpretację piosenki Beatlesów w wykonaniu innego artysty. Z pewnością słusznie.

LUCY IN THE SKY WITH DIAMONDS

Końca nie było żarliwym spekulacjom - czy pierwsze litery tytułu to świadomy czy nieświadomy skrót od LSD. Beatlesi dementowali. John utrzymywał, że do napisania piosenki zainspirował go obrazek namalowany w szkole przez jego syna, Juliana. Na pytanie, co przedstawia, Lennon Jr. odpowiedział: “Lucynkę na niebie z brylantami”. Lucynka była koleżanką z klasy, a brylanty wyglądały jak zwykłe gwiazdy. Smyki na początku nagrania to nie smyki, a kombinowany na czelestę Hammond. Śpiewa John. Radio BBC na wszelki wypadek wolało zdjąć piosenkę z anteny - darmowa reklama.

GETTING BETTER

Synkopowane bicie znane z wcześniejszych piosenek Paula (np. She’s A Woman). George eksperymentował już poprzednio z sitarem, a na tę sesję przytargał tampurę. Ten kolejny hinduski instrument wygląda jak przerośnięty sitar, ale nie wydobywa się z niego dźwięków tonalnych, a jedynie “rezonujące”, wibrujące tło dźwiękowe. W zakończeniu na fortepianie dołącza George Martin, ale uderzając bezpośrednio w struny - bez użycia klawiszy - co daje doskonały efekt kolorystyczny w połączeniu z tampurą. Śpiewa Paul. Tytułowy zwrot pochodzi od perkusisty, który zastąpił Ringo na tournee w Australii w 1964 roku - Jimmy Nichol pytany co słychać, odpowiadał niezmiennie: “Robi się lepiej”. Paul uznał, że słowa oddają trafnie jego własny stan.

FIXING A HOLE

Paul śpiewa i gra na klawesynie. Solo gitarowe wykonuje George. Interesującą linię melodyczną “zaciemniają” niejasne słowa: o co chodzi z tym “naprawianiem dziury”? W owej beztroskiej epoce wszędzie tam, gdzie tylko coś było niejasne, doszukiwano się aluzji do ukochanych narkotyków. A z poczciwej dziury w drodze już tylko jeden krok do dziury w przedramieniu. Niewinny czasownik też nabiera nowego znaczenia. Paul dementował: “Jeśli ktoś jest narkomanem i szykuje właśnie ramię do nakłucia, to pomyśli sobie o tym, ale to już jego sprawa. A mnie chodziło - na przykład - o to, że jak na ścianie pokoju jest dziura, to może warto by ją zamalować. I sam to zrobię.”

SHE’S LEAVING HOME

Piękna, klasyczna ballada Paula - zarazem gorzki komentarz społeczny na temat alienacji pokoleń. Paul: “Dziewczyna jest znacznie młodsza od Eleanor Rigby, ale to ten sam rodzaj samotności. Najwyraźniej rodzice nie dawali jej tego, co potrzeba.” Partia wokalna podzielona jest pomiędzy Paula i Johna, pozostali członkowie zespołu nie byli obecni na nagraniu. Podkład instrumentalny tworzą instrumenty smyczkowe, solistyczną funkcję pełni harfa - jest to jedyne nagranie na albumie, w którym żaden z Beatlesów nie gra na żadnym instrumencie. Orkiestracji dokonał pan Mike Leander.

BEING FOR THE BENEFIT OF MR. KITE!

Inspiracją do napisania tej piosenki był dla Johna wiktoriański plakat zapowiadający występy cyrku. Jedną z licznych atrakcji przedstawienia był ‘Henry The Horse’ - John połączył wszystkich wymienionych artystów w zgrabnym, surrealistycznym tekście, po usłyszeniu którego George Martin nazwał autora “słownym Salvadorem Dalim”. John śpiewa solo i gra na organach Hammonda, Paul obsługuje obie gitary, a George, Ringo i dwóch ‘roadies’ zespołu dmą w przeróżne harmonijki. Kataryniasty klimat nagrania pogłębiają zastosowane przez Martina organy Wurlitzera. Do tego dochodzą dograne taśmy z autentycznymi wiktoriańskimi organami parowymi (!) - pocięto je na dwunastocalowe kawałki (30.5 cm), a po komisyjnym rzuceniu w powietrze sklejono na nowo, uzyskując w ten sposób czysto losowe nakładanie się fali dźwiękowych.

WITHIN YOU WITHOUT YOU

Jedynym uczestniczącym w nagraniu Beatlesem jest George - koledzy nie podzielali jego pasji do muzyki hinduskiej, której dał już (dość podobny) wyraz w nagraniu Love You Too (z albumu “Revolver”). W aranżacji, imitującej w powierzchowny sposób, tradycyjną muzykę Indii, zastosowano cały szereg narodowych instrumentów tego kraju oraz skrzypce (8) i wiolonczele (3). Utwór jest jedyną powszechnie nie lubianą “piosenką” z albumu, choć niewątpliwie wzbogaca, na swój sposób, jego koloryt. Podobno zbiorowy śmiech na koniec był jednak pomysłem samego autora. George wyśpiewuje pseudo-filozoficzne słowa, trafnie sparodiowane przez grupę The Rutles: Nastał dziwny wiek, kocha człeka człek, miłość mieszka w nas, na mnie już czas…

WHEN I’M SIXTY-FOUR

Wynajęci muzycy zagrali na dwóch klarnetach oraz na klarnecie basowym (nie należy mylić z fagotem). Paul napisał piosenkę z myślą o swoim ojcu, który skończył 64 lata. Dixielandowy klimat nagrania ostro kontrastuje z transowymi odlotami Georga, które w wydaniu analogowym otwierały drugą stronę płyty. Rym ‘would you still need me, would you still feed me’ należy do najbardziej bezpretensjonalnych w całym dorobku autorskim Paula. Niewiele piosenek w owej beztroskiej epoce miało tyle wdzięku…

LOVELY RITA

Śpiewa Paul - on także gra na fortepianie, choć barowe pianino w środkowej części utworu nagrał George Martin. W refrenie łączą głosy Paul, John i George - wszyscy trzej używają też grzebieni z bibułką dla stworzenia brzęczącego efektu ‘sza, sza, sza’ Jazzująca partia fortepianu w zakończeniu to już sam Paul. Nawarstwianie różnego rodzaju dźwięków na koniec nagrania dało efekt hałasu, powtórzony jeszcze w tym samym roku w piosence Magical Mystery Tour. Beatlesów ubawiło, że (powszechnie przecież znienawidzone) panienki rozdające mandaty za parkowanie nazywają się w Stanach tak ładnie. Utwór do dziś wywołujący przekleństwo na ustach nowojorczyka.

GOOD MORNING GOOD MORNING

Mamy tu całą farmę - w nagraniu wykorzystano autentyczne głosy zwierząt, choć w zastosowaniu tego pomysłu należy oddać palmę pierwszeństwa zespołowi The Beach Boys, który sięgnął po identyczny chwyt na swoim ‘opus magnum’, wydanym rok wcześniej albumie “Pet Sounds”. Jest także sekcja dęta z samego Liverpoolu. Śpiewa John, autor piosenki zainspirowanej telewizyjną reklamą płatków kukurydzianych (złośliwi twierdzą, że utwór godny jest inspiracji). Solo na gitarze wykonuje (uwaga!) Paul. W chaotycznym szaleństwie zakończenia jest jednak metoda: George Martin usłyszał, że gdakanie kury odbywa się dokładnie na tej samej wysokości, co dźwięki gitary otwierające kolejny utwór. Odpowiedni montaż sprawił, że z farmy przenosimy się z powrotem do sali koncertowej od której wszystko się zaczęło, zamykając cykl tej - jedynej w swoim rodzaju - magicznej, muzycznej podróży. No… prawie zamykając.

SGT. PEPPER’S LONELY HEARTS CLUB BAND (REPRISE)

Paul odlicza one-two-three-four i wszyscy chłopcy ruszają z ostrą repryzą tytułowego tematu. Tym razem bez wokalisty solowego - całą “śpiewającą trójkę” słychać razem. Brakuje dęciaków z pierwszej wersji, a zakończenie nabiera typowo koncertowego charakteru, co podkreśla zastosowanie taśm z aplauzem widowni. To niewątpliwie ta wersja zainspirowała Hendrixa. Z wyciszenia w burzy filharmonicznych oklasków wyłaniają się akordy fortepianu i gitary akustycznej otwierające finałowy utwór płyty.

A DAY IN THE LIFE

Najciekawszy utwór al bumu. I najbardziej kontrowersyjny. John napisał piosenkę o wypadku samochodowym, w którym zginął przyjaciel zespołu. Paul dołączył do niej zupełnie inny temat muzyczny - wspominał poranną pogoń za autobusem dowożącym dzieci do szkoły. W efekcie stworzyli obaj niezwykłą mini-suitę, która zachwyciła / zbulwersowała (niepotrzebne skreślić) słuchaczy wersem “I’d love to turn you on” - zachęcającym ponoć do spróbowania narkotyków. Chłopcy twierdzili, że namawiają w tekście do spróbowania autentyczności i prawdy, ale nikt rozsądny nie chciał im wierzyć. I słusznie - sami eksperymentowali z LSD już od roku. Radio BBC piosenkę - zgodnie z tradycją unikania kontrowersji - skreśliło. W aranżacji wykorzystano 41-osobową orkiestrę, która brawurowym ‘cresecendo’ buduje istną piramidę dźwięku, po to, by urwać nagle i pozostawić miejsce (trwającemu 43.5 sek!) monumentalnemu akordowi, wykonanemu przy użyciu trzech fortepianów i harmonium. Rejestrowano orkiestrę czterokrotnie, a nagrania zmontowano z lekkim przesunięciem w czasie, co pogłębiło niezwykły (nieziemski?) efekt brzmieniowy. Mokry sen Wagnera i budzik.

FINALE GRANDE czyli koniec końca

Dźwięk o wysokości 20.000 Hz dodano w zakończeniu specjalnie z myślą o psach Wielkiej Brytanii (pomysł Johna). Trwa 8 sekund. Amerykańska wersja albumu pozbawiona była tej ciekawostki, co obrońcy praw psa w Stanach Zjednoczonych zbyli obojętnym milczeniem. Wewnętrzny rowek płyty analogowej zawierał trwający 2 sek. collage dźwięków nagranych w trakcie przyjęcia wydanego z okazji (uwaga!)… nagrania akordu zamykającego A Day In The Life. Jeżeli nagraniu innych akordów albumu również towarzyszyły specjalne uroczystości, koszt jego produkcji oraz czas studyjny poświęcony pracy nad płytą stają się bardziej zrozumiałe… Były to bowiem liczby nie tylko w skali nieznanej dotychczas w przemyśle muzycznym, ale w ogóle niewyobrażalne - odpowiednio 50.000 funtów i 700 godzin. Dla porównania, koszt nagrania pierwszego albumu Beatlesów wynosił 400 funtów, a sesje trwały w sumie 13 godzin. W ciągu pięciu lat od powstania zespołu, czterech chłopców z Liverpoolu zmieniło bezpowrotnie kształt muzyki popularnej. Od tej pory, historia muzyki dzieli się na dwie ery: przed “Pieprzem” i po “Pieprzu”. We hope you will enjoy the show…


Osoby:

John Lennon - śpiew, gitary, marakasy, organy Hammonda, fortepian, grzebień
Paul McCartney - śpiew, gitary, fortepian, organy, klawesyn, harmonijka, grzebień
George Harrison - śpiew, gitary, tamburyn, sitar, tampura, harmonijka, grzebień
Ringo Starr - perkusja, instrumenty perkusyjne, śpiew (jeden raz!), harmonijka
George Martin - producent bez ograniczeń, multi-instrumentalista, współtwórca

[MACHINA, 1997]

SP_20_Years_400

Satysfakcja - The Beatles

Naszą witrynę przegląda teraz 26 gości