cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

Johnny_Cash_Biography
Johnny Cash (1932-2003)

FACET – NIE BEZ POWODU – W CZERNI

Noszę się na czarno za ubogich i przegranych
Za tych, co nie mają już nadziei i cierpią głód
Noszę się na czarno za więźnia, który dawno
Odpłacił za swe czyny, ale siedzi dalej
Bo w takich czasach żyjemy
Man In Black (1971)

Rejestrując przejmującą wersję utworu Hurt z repertuaru grupy Nine Inch Nails, Johnny Cash naprawdę żył w stanie ciągłego cierpienia. Jego odejściu towarzyszył ból nieuleczalny w dwójnasób – stracił ukochaną żonę i sam był śmiertelnie chory. Odszedł wielki artysta amerykański, o którego istnieniu współczesne pokolenie słuchaczy – zwłaszcza słuchaczy muzyki rockowej – dowiedziało się za sprawą wyjątkowej serii płyt American Records. Paradoksalnie, filar muzyki country i legenda tego gatunku, traktowany był nieufnie przez ortodoksję z Nashville.

Johnny Cash funkcjonował w ramach muzyki country i niewątpliwie należy do jej największych mistrzów. Ale – tak naprawdę – robił sporo wbrew własnej tradycji. Jego uczciwość i prostota wypowiedzi wywodzi się z tradycji bluesa i muzyki folk. Country zaś umiejscawia go w tradycji – patriotycznej i religijnej, najszlachetniej pojmowanej właśnie przez niego, dalekiej od pompy i patetyczności. Johnny Cash adresował całą swoją sztukę do „little men”, do zwykłych, prostych ludzi. Tych samych ludzi, dla których zrezygnował ze wszystkich kolorów oprócz czerni.

Postawa tego artysty była typowo rock’n’rollowa – zresztą nagrywając dla firmy Sun Records obok Elvisa Presleya i Jerry’ego Lee Lewisa, Cash uczestniczył niejako w narodzinach rocka. Był buntownikiem, nieomal punkiem. Emanował energię dziką i niebezpieczną, dziki i niebezpieczny był też jego styl życia. Miotał z poszanowanych scen „son-of-bitchami”, z lekkością metalowca rzucającego „motherfucki”. Nagrywał płyty, które trzeba było bipować już w latach 60! Nagrywał płyty w więzieniach – Folsom Prison i San Quentin – demonstrując jako pierwszy artysta komercyjny postawę punkową na dekadę przed punkiem. Ale on naprawdę nawiązywał z więźniami wspólny język, artystę i słuchacza nie oddzielała żadna bariera.

Był Johnny Cash wszystkim, kim nie powinien być stereotypowy gwiazdor country (zakładając, że nawet gwiazdorstwo ma w sobie coś stereotypowego), typowy
good all-American boy. Awanturował się po barach i pił na umór. Po serii największych przebojów na przełomie lat 50. i 60. (a ma on w dorobku ponad sto hitowych singli), stał się istnym alkoholowym „desperado”. Kiedy legendarna świątynia country, sala Grand Ole Opry w Nashville, zamknęła przed nim podwoje – artyście odmówiono możliwości występu w 1965 roku – Cash własnoręcznie roztrzaskał tam reflektory przy wejściu. On zresztą wszystko robił własnoręcznie. I dlatego wpadł w El Paso podczas próby przemytu amfetaminy z Meksyku – zapakował proszkami pudło do gitary i liczył, że facet z jego twarzą przejdzie przez cło. Ale przeliczył się. Taką twarz nosi się bowiem na dobre i na złe, jak imię Zuzia, które pijany ojciec dał bohaterowi jednej z najbardziej popularnych piosenek Casha, Boy Named Sue.

Uczciwość i odwagę, te dwie najbardziej męskie cechy mężczyzny, zobaczyła w twarzy artysty żona przyjaciela od pijackich ekscesów, piosenkarka country June Carter. Po rozwodach obojga, Cash oświadczył się jej na scenie. Żona okazała się dobrym aniołem drugiej połowy jego życia – to przy niej wyszedł z narkotyków, przestał pić i powrócił do najwyższej formy artystycznej. Kiedy widziałem go na żywo po raz ostatni – na wielkim koncercie z okazji 30-lecia działalności Dylana (Madison Square Garden, 1992) – wykonał w duecie z żoną
It Ain’t Me, Babe. Właśnie ta piosenka Dylana była ich pierwszym wspólnym hitem w 1964 r.

Z samym Dylanem również śpiewał. Nagrali razem duet na album
Nashville Skyline, ale piosenka Girl From The North Country to ledwie wierzchołek góry lodowej. Miał być z tego pełen album duetów, ale – chociaż słucham bootlegu pisząc te słowa – nie będę się upierał, że rezultat Dylan & Cash Sessions z 1969 r. musiał ujrzeć światło dzienne. Często spoglądam na Casha przez pryzmat Dylana. Mam do Johnny’ego stosunek osobisty, ale dość nieortodoksyjny z punktu widzenia tradycji country.

Lubię go za to, że śpiewał ludziach biednych, o nieludzkich warunkach ich życia, tragedii Indian i historii Dzikiego Zachodu. Za to, że stawał w obronie praw Indian, choćby nagrywając legendarną
The Ballad of Ira Hayes. Lubię go także i za to, że – ten były żołnierz US Air Force – był twardym przeciwnikiem wojny w Wietnamie. Lubię go nawet za to, że tak gorliwie nawrócił się na chrześcijaństwo, bo nie mam wątpliwości, że czerpał ze swojej wiary tylko to, co najlepsze. Johnny wystąpił w Polsce na festiwalu w Sopocie. Legenda głosi, że nazajutrz po koncercie chciał bezpłatnie zaśpiewać w kościele, ale uniemożliwiły to komunistyczne władze.

Moją pamięć o Cashu wypełniają obrazy i dźwięki dalekie od ortodoksyjnej tradycji. Meksykańskie trąbki w
Ring Of Fire. Panienki w The Rebel – Johnny Yuma. Piękny hymn Were You There (When They Crucfied My Lord), nagrany razem z The Carter Family, wielopokoleniowym zespołem, który Ameryce dał muzykę country, a jemu żonę. Magiczne momenty muzyczne z June Carter Cash, jak w If I Was A Carpenter. Duety z Dylanem. Bipy na starych winylowych płytach z występów w więzieniach. Balladę o nieszczęsnym Chłopcu imieniem Zuzia, śpiewaną w polskiej wersji przez M. Czechowicza. Harmonijkę w Orange Blossom Special. Nagrania z Tomem Pettym na początku serii American Recordings. I oczywiście The Wanderer z U2, kiedy starzejący się mistrz country uratował przed całkowitą klęską płytę Zooropa – wpadkę mistrzów rocka. A teraz Hurt, wypełniony śmiertelnym bólem... 

Ale te nagrania zostały, będą z nami żyć bardzo długo. I tylko nigdy nie usłyszymy już najsłynniejszego powitania w historii showbiznesu: "
Hello, I’m Johnny Cash!"

[MUZA, 2003]

Popkulturystyka - Pożegnania...

Naszą witrynę przegląda teraz 67 gości