cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

BD_small
KONCERT DLA BANGLADESZU

Dokładnie 25 lat temu - w sierpniu 1971 roku - w legendarnej nowojorskiej Madison Square Garden odbył się “Koncert dla Bangladeszu”, jedno z najważniejszych wydarzeń w dziejach rock’n’rolla, a zarazem pierwszy wielki koncert charytatywny
.

Bangladesz i Ravi Shankar

Trochę historii. W roku 1947, kiedy Brytyjczycy zabrali wreszcie swoje “brzemię białego człowieka” z Półwyspu Indyjskiego, to co po nich zostało podzieliło się - jak dobry Bóg przykazał - wedle zasady “świeczka i ogarek”. Wielkie Indie pozostały przy hinduizmie, a liczni w owych regionach wyznawcy islamu utworzyli własne państwo, Pakistan. Jak uczą - metodą repetycji - dzieje ludzkości, dwóch identycznie wyglądających facetów może pałać nieodpartą żądzą zamordowania się nawzajem, tylko dlatego, że wybrali sobie nieco inne wizerunki Najwyższego. Zazwyczaj także Nieskończenie Dobrego. Dzisiaj jest tak w (byłej) Jugosławii. Wówczas w (byłym) Imperium nie wystarczyło, że naród, który zrzucił z siebie jarzmo niewoli, zaczął się dzielić, zanim stanął na nogi. Podzielił się ów naród tak sprytnie, że nie dość, że im z tego wyszły Indie i Pakistan, to i Pakistany zrobiły się dwa - Zachodni, duży, mniej zaludniony i Wschodni, malutki, ale od fanów Proroka aż gęsto. Od jednego do drugiego - tysiąc mil Indii. Wszyscy wyglądają jak bracia, ale pozory mylą. Niewiele łączy ludzi ze sobą. Dzielić ich może cokolwiek.

Pierwsze wolne wybory w roku 1970 doprowadziły do natychmiastowej secesji Wschodniego Pakistanu. Powstał Bangladesh. Ale ludzie niechętnie rozstają się z władzą - bez względu na wyznanie. Armia, lojalna wobec karmiącej ręki Pakistanu, spadła jak sęp z jasnego nieba na swoich braci w wierze. W marcu 1971 roku rozpoczęła się bratobójcza rzeź na nie spotykaną skalę. Już pierwsze tygodnie masowej masakry pochłonęły około miliona istnień ludzkich. Jaka jest dziś wartość życia, mierzona w miskach ryżu? W owej zamierzchłej epoce - opisywane wypadki miały miejsce 25 lat temu - mężczyzna, kobieta albo dziecko, warci byli mniej niż jedno ziarnko. A apetyt rośnie w miarę jedzenia…

Słynny wirtuoz sitaru, Ravi Shankar, jest z pochodzenia Bengali - w Bangladeszu ginęli jego pobratymcy. Zrozpaczony doniesieniami prasowymi o tragedii, z dnia na dzień ustępującymi miejsca kolejnym tematom, artysta postanowił działać. Organizacje, do których się zwrócił, zasugerowały dobroczynny koncert, ale on zdawał sobie sprawę z tego, że narodowa muzyka Indii nie jest magnesem, który przyciągnie tłumy. A liczba uchodźców zaczęła dochodzić do dziesięciu milionów. Uciekinierów dziesiątkowała armia i choroby - najbardziej bezlitosnym (po człowieku) wrogiem, okazała się cholera. Indie - biedne, chronicznie głodujące i rozmnażające się, jak żaden inny nieszczęśnik na tej planecie - nie nadążały z pomocą. Nie miały środków. I wtedy, niczym trąba apokalipsy, z jakiejś innej okrutnej baśni, przyszedł monsun, a razem z nim powodzie. Słodki Boże… Shankar zwrócił się o pomoc do najbogatszego i najbardziej wpływowego człowieka, jakiego znał. Był nim George Harrison.

George Harrison i przyjaciele

Harrison jako pierwszy artysta zastosował sitar w muzyce rozrywkowej. Ozdobił wschodnimi kolorami piosenkę Beatlesów Norwegian Wood - był rok 1965. W odróżnieniu od większości muzyków rockowych tamtej epoki, gitarzysta zachował, na resztę życia, zainteresowanie kulturą i filozofią wschodu. Jego przyjaźń z mistrzem sitaru przetrwała o całe dekady Wielką Czwórkę. W czasie, kiedy bogowie urządzili sobie igrzyska na Półwyspie Indyjskim, obaj panowie przebywali w Kalifornii, kończąc pracę nad ścieżką dźwiękową do filmu “Raga”. Harrison, do głębi poruszony doniesieniami z Bangladeshu, od razu zgodził się zorganizować pomoc. Opowiada Ravi Shankar: “Nagle wszystko zaczęło się dziać bardzo szybko. George zadzwonił do Hiszpanii, gdzie Ringo pracował nad filmem. Potem pogadał z Leonem Russellem i ze wszystkimi wspaniałymi muzykami, którzy przyjechali zagrać z nami ze wschodniego i z zachodniego wybrzeża […] .” A było tych muzyków trochę…

Leon Russell - pierwszy ‘supersessionman’. Już jako dziecko przejawiał niebywałą łatwość w opanowywaniu instrumentów. Studiował grę na fortepianie od trzeciego roku życia. Założył zespół mając 14 lat - w Tulsie, skąd pochodził (stan Oklahoma) podał zawyżony wiek właścicielowi szynku, żeby móc zagrać z grupą Ronnie Hawkins & The Hawks (późniejszym The Band). A potem grał już z kim chciał … Porwał go z domu Jerry Lee Lewis. Podkradł następnie sam Phil Spector - młody Russell grał na większości sesji hitowych legendarnego producenta. Wspólne tournee z Joe Cockerem - utrwalone jako album i film “Mad Dogs and Englishman” - uczyniło go gwiazdą. Potem przyszły sesje z Dylanem - Watching The River Flow i When I Paint My Masterpiece. I rok 1971.

Billy Preston - organista nieujarzmiony - miał niegorszy staż. Zaczął od trasy koncertowej z Little Richardem. Potem wciągnął go do swojej orkiestry Ray Charles. George Harrison, który zobaczył Prestona w programie telewizyjnym - był pod takim wrażeniem, że zaproponował kontrakt z firmą Apple. Czarnoskóry muzyk stał się jedynym “piątym Beatlesem”, biorąc udział w większości ostatnich sesji zespołu (fortepian elektryczny w Get Back oraz organy w Let It Be to jego niezapomniany wkład do albumu i filmu “Let It Be”). Po rozpadzie Beatlesów zagrał na albumie Harrisona “All Things Must Pass” i wylądował na deskach Madison Square Garden w dniu koncertu dla Bangladeszu.

Rolę osobnej grupy akompaniującej pełniła na pamiętnym koncercie formacja Badfinger - nagrywający dla Apple podopieczni Beatlesów. Jesienią 1969 roku, pod egidą McCartneya, muzycy ci nagrali soundtrack do filmu “The Magic Christian” (z Ringo Starrem i Peterem Sellersem w rolach głównych). Piosenka Paula, Come And Get It, przebój z filmu, przyniosła im rozgłos. Lider zespołu, Peter Ham, jest autorem pięknej piosenki, Without You. W wykonaniu grupy Badfinger przeszła niezauważona, ale amerykański piosenkarz, Harry Nilsson, zrobił z niej wielki, światowy przebój w 1972 roku. Chłopcy zagrali na “All Things Must Pass”, wzięli udział w nagraniu albumu “Imagine” Lennona oraz przeboju Ringo Starra It Don’t Come Easy. Po drodze był Bangla Desh…

Beatlesi i koncert bez Beatlesów

Koncert dla Bangladeshu zorganizował były (były?) Beatles. Wspomnienie Wielkiej Czwórki było w 1971 roku ciągle żywe. Dwa lata mijające od rozpadu grupy były dla opinii publicznej zbyt krótkim okresem, aby uwierzyła, że ponowne nawiązanie współpracy przez wszystkich czterech członków zespołu, nie wchodzi w grę. Główną atrakcją benefitu w Madison Square Garden miał być występ Lennona - George poprosił przyjaciela o wykonanie trzech utworów, na co tamten bez oporów przystał. Na afiszu pojawiło się jednak nazwisko Ringo Starra. Nowojorska prasa oszalała. “Jeśli John, George i Ringo stają obok siebie na jednej scenie, to czy Paul McCartney może być daleko?”. Albo: “Czyżby - nareszcie! - ‘reunion’ Beatlesów?” - rozbudzały apetyt fanów nagłówki. Na samą myśl, że McCartney może być blisko i że nagle przyjdzie mu się znaleźć w samym środku jakiejś post-Beatlesowskiej szopki, Lennon pobił Yoko Ono i zażądał, żeby zapakowała go na najbliższy samolot w dowolnym kierunku. Dosłownie na kilka godzin przed rozpoczęciem koncertu, uspokojony, leciał do Paryża (McCartney był przez cały czas daleko).

Nie miało to wpływu na przebieg koncertu. Mimo bardzo krótkiego okresu przygotowań i niedostatecznej ilości prób (nie odbyła się ani jedna z udziałem wszystkich muzyków), “Koncert dla Bangladeshu” przebiegł bez przeszkód, a jego uczestnicy zaprezentowali się, z jednym tylko wyjątkiem, z jak najlepszej strony. Publiczność Madison Square Garden - jak zawsze - dopisała. Zwiastunem imprezy było jedynie maleńkie ogłoszenie w New York Timesie, ale w przededniu sprzedaży słynną halę otoczyło koczowisko owiniętych w śpiwory ludzi. W dniu koncertu - 1-go sierpnia - czarnorynkowa cena biletu osiągnęła $1000 (a rok był 1971 - tyle wtedy kosztował nowy Harley).

Koncert. Rozpoczynają mistrzowie ze wschodu - Ravi Shankar (sitar), Ali Akbar Khan (sarod) i Alla Rakah (tabla). Długa, rozbudowana kompozycja, nosi tytuł Bangla Dhun. Nie po raz pierwszy publiczność rockowa styka się z narodową muzyką Indii. Shankar wystąpił już wcześniej na festiwalu Monterey Pop, w roku 1967. Potem ostra dawka Harrisona - Wah-Wah, My Sweet Lord (“Mój słodki Boże…”) i Awaiting On You All. Piosenki pochodzą z albumu “All Things Must Pass”. Kolej na porcję wrażeń, czyli gra i śpiewa Billy Preston. Ekstatyczne wykonanie That’s The Way God Planned It (tytuł, w aspekcie idei przewodniej koncertu, z lekka ironiczny) porywa widownię. Podobnie Ringo Starr i wielki hit, It Don’t Come Easy - bębniarz myli słowa piosenki, którą nie tylko sam napisał, ale która była wówczas nadawana przez wszystkie stacje radiowe świata. Ale zbiera najgorętsze oklaski. Wraca Harrison - wykonuje Beware Of Darkness i pierwszy na koncercie numer z repertuaru The Beatles, While My Guitar Gently Weeps. Intensywnej dawki energii dostarcza występ Leona Russella. Zasiadający przy fortepianie długowłosy gawędziarz łączy w jedną muzyczną opowieść utwór Stonesów Jumpin’ Jack Flash oraz temat Youngblood. W kolejnej odsłonie Harrisona, Here Comes The Sun. Na drugiej gitarze akustycznej gra Peter Ham, lider Badfinger. Trudno w to uwierzyć, ale na scenie znajduje się jeszcze jeden gitarzysta…

bdesh05

Clapton i Dylan

Jest nim Eric Clapton - Wielki Nieobecny. Slide guitar w
My Sweet Lord - to on. Historyczna partia gitarowa w utworze While My Guitar Gently Weeps (pierwszy solista spoza zespołu na płycie Beatlesów) - to także on. A jednak… nie wychodzi z cienia. Nie zbliża się do mikrofonu. Nie wykonuje żadnej własnej kompozycji, mimo nieustających roszczeń dobiegających z widowni. Co się stało? Po prostu - Clapton, gitarzysta zwany “bogiem”, zbliża się do dna narkotycznego upadku. Narażony, jako muzyk, na szczególną “troskę” nowojorskich celników, nie zabrał z Anglii heroiny, od której był uzależniony. Ostry zespół odstawienia przekreślił możliwość udziału w próbach. Na domiar złego - zaopatrzył się na Manhattanie w niewłaściwy “towar”. Substytut heroiny - morfinopodobna pochodna metadonu - umożliwił dotarcie na scenę, ale i niewiele więcej. Był w strasznym stanie, wiedzieli o tym jedynie najbliżsi. Widownia nie potrafiła zrozumieć drugoplanowej roli Mistrza… Ale widownię czekała niespodzianka, która kazała zapomnieć o nieobecności Beatlesów. George Harrison zapowiedział lakonicznie: “A teraz stary przyjaciel nas wszystkich - Bob Dylan”. Niektórzy do dziś przysięgają, że nad Madison Square Garden uniósł się dach… Żeby zrozumieć rangę tego wydarzenia, trzeba spojrzeć wstecz. Dylan stał się legendą zanim skończył 25 lat, ale z konsekwencją odmawiał pogodzenia się z tą rolą. Od jego ostatnich koncertów minęło pięć lat. Artysta - po wypadku motocyklowym - zaszył się w samotni wiejskiego domu pod Woodstock i zaniechał występów. Zrobił tylko dwa wyjątki - w 1968 roku pojawił się na koncercie pamięci Woody Guthriego, a w rok później na festiwalu Isle of Wight. Zawsze z The Band. Tej nocy miał miejsce trzeci wyjątek. Efekt zaskoczenia potęgował i wygląd i głos Dylana. Ubrany w jeansową kurtkę, wygięty nad gitarą i harmonijką, wygląda tak młodo, jak przed dziesięciu laty, kiedy nikomu nie znany, pojawił się na Greenwich Village i opowiadał, że podbije świat. Śpiewa swoim “dawnym”, nosowym głosem - nie ma w nim nic z podejrzanej miękkości ostatnich płyt country. I to jak śpiewa - na nowo odczytuje stare utwory, samą interpretacją nadaje nowe znaczenia dawnym pieśniom protestu. Harrison poprosił go o wykonanie Blowin’ In The Wind. “A ty zagrasz I Wanna Hold Your Hand?” - odparł Dylan. Ale wykonał same stare rzeczy - od A Hard Rain’s Gonna Fall, apokaliptycznej wizji totalnej zagłady, poprzez nieśmiertelne Blowin’ In The Wind i Mr.Tambourine Man, po jedną ze swoich najpiękniejszych piosenek miłosnych - Just Like A Woman. Towarzyszyli mu - z delikatnością, która kwestionuje sens słowa akompaniament, George (gitara elektryczna), Leon Russell (bas) i Ringo (tamburyn). Jeden z krytyków napisał: “Jezus i Gandi, wykonujący w duecie Satisfaction, nie otrzymaliby owacji na miarę Dylana”.

Pieniądze czyli finał

Na koniec było jeszcze zbiorowe odegranie Something i pełne dramatyzmu prawykonanie najnowszego singla Harrisona, Bangla Desh (płyta ukazała się kilka dni wcześniej). Potem przyszła kolej na podliczenie kasy. Wpływy (dwa występy - popołudniowy i wieczorny - obejrzało w sumie 50 tysiecy ludzi) wyniosły dokładnie  $ 243.418.50 (słownie: dwieście czterdzieści trzy tysiące, czterysta osiemnaście dolarów i pięćdziesiąt centów). Czek wpłacono na konto ONZ - specjalna fundacja przeznaczyła środki na pomoc dzieciom uchodźców z Bangla Desh. Dalsze dochody miała przynieść sprzedaż płyt z koncertu (bardzo dobrych) oraz dystrybucja filmu (słabego). I faktycznie - w roku 1972 wpłynęły dwa miliony. A potem nastąpiło, trwające dziewięć lat, rozliczenie finansowe rozwiązanej firmy Apple i blokada wszystkich kont. Ostatnia wpłata - wysokości 8.8 miliona dolarów - wpłynęła w 1981 roku. Dokładnie w dziesięć lat po “Koncercie dla Bangladeszu”.

Epilog

Na całym świecie ludzie nadal się mordują, a klęska goni klęskę. Indie dobijają naszą maleńką planetę największym przyrostem naturalnym i zupełnie nic nie można z tym zrobić. Jeśli którąś z powyższych obserwacji uważasz za trywialną, jest pewność, że osiągnąłeś już bardzo niebezpieczny stan duchowej degrengolady, ale trudno się dziwić. Eric Clapton poddał się kuracji i ma się niezgorzej, chociaż życie pisze mu bluesa, jaki już tylko on sam potrafi wyśpiewać. Bob Dylan przestał pisać. Harrison przestał grać, ale od 1980 roku i tak wiadomo, że Beatlesi już się nie zejdą. Biedny George dał się jeszcze złapać na plagiat i to za My Sweet Lord. Mój słodki Boże… Pete Ham z Badfinger popełnił samobójstwo w 1975 - nie poradził sobie z brakiem sukcesu. Billy Preston okazał się pedofilem, gwałcicielem i ekshibicjonistą. Siedzi w więzieniu - bo i co zrobić ze zboczeńcem? Pewnie nuci: That’s The Way God Planned It. Jeśli przyjmiemy założenia monoteizmu, musi chodzić o tego samego, który sprowadza deszcze…

[MACHINA, 1996]

bdesh04

Foto: Camouflage Productions + Bill Ray (B&W) 

Satysfakcja - The Beatles

Naszą witrynę przegląda teraz 94 gości