cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

small_Fab_Faux_02
LIVERPOOL – OBSESJA NA PUNKCIE THE BEATLES

Liverpool to kolebka The Beatles i miasto pełne jest dzisiaj śladów po Wielkiej Czwórce. Ale przez wiele lat gniewało się na swych najsławniejszych synów –  Beatlesi stali się obywatelami świata i zapomnieli o rzece Mersey. John Lennon powiedział wprost, że nie tęskni za Liverpoolem. Teraz ma tu pomnik… 

Doroczną pielgrzymkę do „miasta Beatlesów” odbywają tysiące ludzi. W tym roku jestem jednym z nich, a jest to rok szczególny – Tydzień Beatlesów uświetni światowa premiera nowej wersji filmu „Żółta łódź podwodna”. Obecność zapowiedział Sir George Martin!

Yesterday

Nasza planeta ma ruchomy muzyczny biegun, który przemieszcza się po jej powierzchni w nieprzewidywalny sposób. Wiedeń, Nowy Orlean, Seattle – te miasta były w różnych epokach muzycznymi stolicami świata. W latach 1958-1964 zaszczyt ów stał się udziałem Liverpoolu. Brytyjski i światowy pop wszedł na orbitę brzmienia z nad rzeki Mersey – charakteryzowała je wysoka melodyczność, wyeksponowane współbrzmienie dwóch gitar elektrycznych i dość wyrafinowane harmonie wokalne. Ocenia się, że w okresie szczytowej eksplozji „Mersey Beatu” działało w mieście około pięciuset zespołów! Najwybitniejszym z nich mieli się okazać The Beatles, wcześniej odnieśli jednak sukcesy The Merseybeats, Rory Storm & The Hurricanes, The Searchers i The Swinging Bluejeans. Piosenką najbardziej do dziś utożsamianą z „brzmieniem Liverpoolu” jest nostalgiczny przebój grupy Gerry & The Pacemakers, Ferry Cross The Mersey. Linia promowa, która łączy oba brzegi monumentalnej rzeki – prom kursuje tędy od XII wieku – przyjęła ten tytuł na swój slogan reklamowy. Ale kiedy odbywam rejs historycznym szlakiem, pasażerowie śpiewają inną piosenkę – gitarzysta na górnym pokładzie zaintonował Yellow Submarine.

A Hard Day’s Night

Wszystko zaczęło się w klubie The Cavern, ciasnej i niskiej piwnicy, położonej głęboko pod powierzchnią Mathew Street. Ta wąska uliczka niezmiennie stanowi liverpooolskie centrum nocnych uciech i całą noc rozbrzmiewa na niej muzyka. Beatlesi wystąpili tu po raz pierwszy po powrocie z Hamburga 9 lutego 1961 roku. Szybko zdobyli status „zespołu rezydenta” i zgromadzili wokół siebie publiczność. Brian Epstein – późniejszy menażer Wielkiej Czwórki – zobaczył ich tu pierwszy raz w listopadzie tego samego roku. W latach 1961-1963 zagrali w The Cavern 275 razy!

Pierwsze wrażenie przy wejściu do klubu: bardziej przypomina tajne przejście w zamku templariuszy, niż kolebkę rock’n’rolla. Niski, duszny, pełen niespodziewanych rozgałęzień. Na szczęście dźwięki A Hard Day's Night nieomylnie doprowadzają mnie pod legendarną scenę. Jest tak mała, że koledzy zazdrościli Beatlesom leworęcznego basisty (Paul) – łatwiej było im się na niej zmieścić! Budynek nad klubem zrównano z ziemią w 1973 roku, ale piwnicę odbudowano i The Cavern zajmuje dziś nieomal to samo miejsce, co w przeszłości. Najważniejsze, że można dotknąć ściany za sceną – widnieją na niej nazwy zespołów, które tu występowały. W samym środku widać napis „The Beatles” – fotografia tego „fresku” jest dziś najbardziej popularną pocztówką z Liverpoolu…

Eight Days A Week

Kluby położone przy Mathew Street były kiedyś wylęgarnią talentów „Mersey Beatu” – dziś stanowią główny ośrodek dorocznego Mathew Street Festival, organizowanego od 1993 roku (w ostatni weekend sierpnia) ulicznego festynu towarzyszącego zlotowi „beatelmaniaków” z całego świata. Sam Beatle Week przyciąga już ponad sto tysięcy ludzi, a liczba ta rokrocznie wzrasta. Nic dziwnego, że miasto podporządkowuje się najazdowi, który zmienia ulice sennego Liverpoolu w roztańczony uliczny festyn. Dziś cała już niemal Mathew Street pogodziła się ze swoją „historyczną misją” – kluby położone w pobliżu The Cavern noszą takie nazwy Abbey Road i Rubber Soul. Jest nawet Lennon’s Bar – w pobliżu jego wejścia stanął w 1997 pomnik Johna… Pomnik całej Wielkiej Czwórki zdobi pobliskie centrum handlowe, Cavern Walks.

Najbardziej zatłoczonym miejscem na całej ulicy jest z reguły Beatle Shop – miejsce, w którym każdy fan zespołu (a niżej podpisany zalicza się do zagorzałych) może się spodziewać ataku serca. Czego tu nie ma! Płyty, koszulki, książki, nuty, znaczki… I nie można dopchać się do lady. Kilka kroków od tego „sezamu” znajdował się inny sklep, który wszedł na trwałe do legendy The Beatles – NEMS. Sprzedawał w nim płyty Brian Epstein i to właśnie tutaj usłyszał od klientów o The Beatles… Wieści musiały się tu rozchodzić tak szybko, jak przemieszczają się tu dziś ludzie szukający przyjaciół w okolicznych pubach i sprawdzający, kto gra na której scenie. Na Mathew Street zawsze jest gorąco, ale ostatni tydzień sierpnia naprawdę trwa tutaj osiem dni.

Your Mother Should Know

Tegoroczny zjazd miał wiele szczególnych momentów. Pierwszym z nich było ponowne otwarcie – dokładnie w czterdzieści lat od oficjalnej inauguracji (w sobotę, 28 sierpnia 1959 roku) – piwnicy pod domem Pete’a Besta, znanej w swoim czasie jako The Casbah Coffee Club. To matka chłopca postanowiła udostępnić swój dom grającej młodzieży. Jej syn grywał na perkusji, a fakt, że był oryginalnym pałkerem The Beatles, czyni go najbardziej nieszczęśliwym człowiekiem showbusinessu… Pomimo oddania pani Best, a także pomimo tego (a może właśnie przez to?), że Pete Best postrzegany był jako najbardziej atrakcyjny członek zespołu, John, Paul i George usunęli go ze składu natychmiast po zdobyciu kontraktu płytowego w Parlophone. Jego miejsce zajął Ringo Starr (z grupy Rory Storm & The Hurricanes). I chłopiec i jego matka dotkliwie przeżyli ten cios, chociaż trzeba przyznać, że Pete Best nie był dobrym perkusistą. Teraz spaceruję po jego ogrodzie, na tyłach domu. Do piwnicy wchodziliśmy pojedynczo i gospodarz zakazał reporterom robienia zdjęć. Robi je sam i sprzedaje po pięć funtów – za to z autografem… Oglądam z bliska człowieka, który uchodzi za największego „przegranego” w całej historii rocka i dochodzę do wniosku, że Pete Best ma to wypisane na twarzy. Kupuję jego „najnowszy album” – wiązankę rock’n’rollowych standardów, zagraną i nagraną na poziomie strażackiej remizy, ale trzeba coś kupić, żeby otrzymać podpis „byłego Beatlesa”. Wolę to, niż membranę do bębna. Na największej, tej od „stopy” – oferowanej w przydomowym straganie za pięćdziesiąt funtów – Pete Best napisał własnoręcznie: „Once a Beatle, always…” Dobrze, że nie dokończył powiedzenia. W jego wypadku mija się ono z prawdą.

Magical Mystery Tour

Najpierw było The Casbah – Beatlesi zaczynali tu jeszcze jako The Quarry Man. Do klubu The Cavern trafili przez Hamburg. Pozostałe szlaki Wielkiej Czwórki oplatają Liverpool i nie trzeba oddalać się zbytnio od miasta, żeby pójść ich tropem. Richard Starkey – znany lepiej jako Ringo Starr – wychował się w dzielnicy Dingle. Dzisiaj cały jej sektor określa się mianem Ringolandu. Tutaj urodził się „największy farciarz” showbusinessu, tutaj chodził do szkoły i tutaj mieści się do dziś jego ulubiony bar – zdjęcie Empress Pub ozdobiło okładkę pierwszej solowej płyty perkusisty, trafnie zatytułowanej Sentimental Journey. Wystarczy przejść przez pobliski Sefton Park, żeby trafić na ulicę Penny Lane, upamiętnioną przez piosenkę Paula. Idąc nią dalej dochodzimy do dzielnicy Wavertree, w której wychował się George Harrison. Lepiej jednak skręcić w prawo, przez Calderstones Park, minąć szkołę, do której uczęszczał John (jeden z najgorszych uczniów), minąć domy, w których mieszkał z matką i – po jej tragicznej śmierci – z ciotką i stanąć przed wejściem do Strawberry Fields. Tylko bardzo samotne dziecko mogło wspominać ten wiktoriański sierociniec słowami „Nothing is real…” Mały John uwielbiał przychodzić tu na zabawy.

You Never Give Me Your Money

Oprócz adresów i wspomnień pozostało po Wielkiej Czwórce sporo przedmiotów osobistego użytku oraz miliony płyt. Jedne i drugie nadal wywołują zainteresowanie kolekcjonerów z całego świata. W czasie zjazdu wziąłem udział w licytacji, która odbyła się w sali Audytorium imienia Paula McCartneya uczelni Liverpool Institute of Performing Arts (tzw. LIPA). Jest to była szkoła średnia dla chłopców, do której uczęszczali Paul McCartney i George Harrison. Ten pierwszy postanowił po latach podnieś ć ją do rangi wyższej uczelni i zrealizował ten ambitny zamiar w głównej mierze dzięki własnym środkom – w 1996 roku Paul dokonał uroczystego otwarcia uczelni u boku królowej Elżbiety II. A teraz aula jego imienia wypełniona jest po brzegi ludźmi i pamiątkami po Beatlesach. Największe zainteresowanie zbieraczy wzbudzają – jak zwykle – płyty z autografami. EP Twist And Shout z 1963 roku z podpisami całej czwórki ma cenę wywoławczą tysiąca funtów. Kolekcjoner z USA kupuje ją za ponad pięć razy tyle! Z najwyższej pozycji startują jednak w tym roku… buty noszone na estradzie przez Ringo Starra! Czarne zamszowe kowbojki (numer 7) wykonali na zamówienie Anello i Davide z Londynu. Każdy z butów oznaczony jest od środka kodem „RINGO N5302”, a licytator dowodzi ich autentyczności dzięki fragmentowi zapisu telewizyjnego. Cena wywoławcza? Trzy tysiące funtów. Pomimo tego w audytorium natychmiast unosi się las rąk. Całe szczęście, że po The Beatles została także muzyka…

Carry That Weight

Dorocznemu zjazdowi „beatlemaniaków” towarzyszą popisy zespołów muzycznych. Reprezentują one różne kraje i różne poziomy, ale grają – rzecz jasna – tylko muzykę Fab Four. Jak zorientowałem się po przybyciu do Liverpoolu, w ciągu ostatnich lat zdążyły wykształcić się tu narodowe specjalności. Najliczniej reprezentowana jest… Brazylia. Kapela Clube Big Beatles bije rekordy popularności – występuje na zlocie po raz piąty z rzędu, a jej członkowie rozpoznawani są w Liverpoolu przez niemal wszystkich. Jej szefem jest komentator sportowy, Edu Henning (od którego dostałem – ponoć dla żony – flaszeczkę brazylijskiej nalewki z napisem… Clube Big Beatles). Edu gra na bębenkach, więc ma trochę czasu, żeby rozrzucać na koncertach koszulki, ale jego koledzy to znakomici muzycy. Pojawiła się jednak poważna konkurencja. Wszystkie zespoły z Brazylii – Tunel Do Tempo, Machine Guns i Hocus Pocus – zagrały w tym roku znakomicie. Finowie charakteryzują się tym, że nawet Beatlesów grają tak samo, jak grywają w barach karaoke – to fińska pasja narodowa – popularne piosenki lapońskie (Fools On The Hill i Akustiko). Natomiast Japończycy pozostają mimowolnymi komediantami festiwalu –członkowie grupy The Beetles występują w identycznych „mundurkach” i zwracają się do siebie na scenie per John i per Paul…

Część zespołów do złudzenia przypomina Wielką Czwórkę także z wyglądu. Beats z Argentyny pozują do fotografii w kostiumach z okładki „Sierżanta Pieprza”, a Johnny & The Silver Beatles z Niemiec przypominają Fab Four z okresu A Hard Day’s Night. W tym roku przybyła do Liverpoolu po raz pierwszy grupa amerykańskich mistrzów, których miłość do muzyki The Beatles połączyła na tę jedną okazję. Dowodził nimi Will Lee, basista „telewizyjny” z programu Davida Lettermana (grał ze wszystkimi żyjącymi Beatlesami), mając u boku Andy’ego Yorka, gitarzystę wsławionego udziałem w zespole Johna Mellencampa. Andy to sobowtór… Keitha Richardsa! Amerykanie rzucili cały Liverpool na kolana – mnie także. Nazywają się Fab Faux, zaś do sobowtórów jeszcze wrócę.

Ticket To Ride

Niespodziewaną sensacją tegorocznego festiwalu był zespół z… Polski. Obsesja – bo taką nosi nazwę (co spotykało się z powszechnym uznaniem) – to grupa pasjonatów wywodzących się po części z wydziału Filologii Angielskiej Uniwersytu Gdańskiego. Polacy bardzo dobrze wypadli przed międzynarodową publicznością – jednym z ich atutów jest znakomita wymowa angielska. Widziałem na własne oczy jak, wykonując piosenkę Baby’s In Black, sprowokowali widownię sali balowej zabytkowego hotelu Adelphi do zatańczenia walca! Ale pierwsi Polacy w historii liverpoolskich zlotów nie ograniczyli się do występów. Przybyli tu bowiem także w roli… ambasadorów. Nasz zespół podjął na specjalnej audiencji burmistrz miasta i wypił z Polakami po kieliszku gdańskiej wódki. „Nasze miasta mają wiele wspólnego” – tłumaczyli rozochoconemu merowi muzycy. „Oba są kolebkami rock’n’rolla”. To fakt

You Can’t Do That

Rokrocznie pojawia się w Liverpoolu jeszcze inna kategoria wykonawców. Są to… sobowtóry Beatlesów. Ludzie, którzy nie tylko wyglądają jak John i Paul, ale potrafią także śpiewać tak jak oni, grać na instrumentach, naśladować ich zachowanie na scenie, ich mimikę, ich gesty… Jednego z takich ludzi poznałem bliżej. Nazywa się Freddie May i jest Niemcem. Przyznał mi się, że to wrodzone podobieństwo do Paula McCartneya skłoniło go do zajęcia się muzyką. W kraju występuje często, bywa też rozchwytywanym gościem licznych fan-klubów, w których wykonuje dla fanów swój „Paul McCartney Show”. Jest miłym człowiekiem, o powierzchowności Paula. Na pytanie, jak to jest być ersatzem (niemieckie słowo), odpowiada – wymijająco – że trudniej zarobić na życie, niż oryginałowi. O niedobrą gęsią skórę przyprawiły mnie natomiast występy Gary’ego Gibsona – najsłynniejszego na świecie imitatora Johna Lennona. Ten człowiek zatracił się w Lennonie, z upodabniania się do Johna uczynił cel i sens swojego życia. Gary jest bardzo dobry – daje z zespołem świetny koncert, przypominający występ Beatlesa w Madison Square Garden w 1972 roku (znany z płyty i z filmu Live In New York City). Śpiewa, gra na gitarze i rusza się jak John. Żuje gumę, co pewien czas zatyka palcem lewe ucho. Gary jest trochę za dobry… I to chyba dlatego czułem się na jego występach tak nieswojo.

Yellow Submarine

Znakomicie czułem się natomiast na światowej premierze poprawionej wersji filmu „Żółta łódź podwodna” w liverpoolskiej filharmonii. Pokaz z udziałem samego George’a Martina oraz głównych twórców dzieła (w tym – wiekowego już – grafika Heinza  Edelmana), był kulminacją tegorocznego Tygodnia Beatlesów. Cieszy mnie, że film ten trafi teraz do nowej widowni. Nie tylko nie zestarzał się – przeciwnie: dopiero teraz można docenić jego ponadczasowe walory. Czuję, że surrealistyczna bajka o Beatlesach ratujących sielski Pieprzoland z inwazji Sinych Smutasów za pomocą muzyki, trafi do nowych pokoleń widzów. Z myślą o nich wysycono kolory animacji, przywracając im pierwotną jaskrawość. Z myślą o fanach The Beatles wzbogacono film o – nieznaną dotąd – sekwencję ze znakomitą piosenką Johna Hey Bulldog. A co nas czeka w Liverpoolu za rok? Mam nadzieję, że w zasadzie to samo – koncerty, kluby, muzyka na ulicach, płyty i pamiątki dla kolekcjonerów. Obawiam się, że nie da się uniknąć sobowtórów. Ale najważniejsze, że znów przyjadą tam ludzie, których łączy wspólna obsesja. Obsesja na punkcie The Beatles.

[MAX, 1999]

D-Cavern-full

Foto: DW i archiwum DW

Satysfakcja - The Beatles

Naszą witrynę przegląda teraz 78 gości