cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

ERA WODNIKA

Kto pamięta „Konfrontacje filmowe”? Nazwa była myląca, konfrontowaliśmy się bowiem z kinematografią świata (wyselekcjonowaną przez znawców kina, cenzorów), a świat nawet o tym nie wiedział.

Konfrontacja oznacza porównanie, ale to nasze „porównanie na ekranie” było jednostronne. Jednostronną miłość – nie tylko do tanga trzeba dwojga – zwiemy wiadomo jak, a Woody Allen nazwał ją (w kultowym filmie „Annie Hall”) „seksem z osobą, którą kochamy najbardziej”. I miał rację.

Dokładnie 20 lat temu zaprezentowano na konfrontacjach film, który okazał się u nas dziełem kultowym, choć nie stało się to w kraju, z którego pochodził i który usiłował przedstawić. Było to pamiętne „Hair” (1979) Milosa Formana, film muzyczny, oparty na przedstawieniu, cieszącym się – swojego czasu – dużym wzięciem na Broadway’u. Jakże względne jest pojęcie „kultowości”… Reżyserowi zarzucano wiele rzeczy, ale głównym błędem, jaki popełnił, było dziesięcioletnie przesunięcie w czasie – nie do wybaczenia w kraju, który usiłował właśnie zapomnieć (i to z niesmakiem!) o „erze Woodstock”, zwanej (nieco przedwcześnie) Erą Wodnika. Amerykańska zabawa w wolność, równość, braterstwo i wolną miłość (nawet „wielostronną”) trwała krótko.

Kultowość filmu „Hair” miała jednak w Polsce konkretne przyczyny. Idealistyczny obraz USA pasował do naszych wyobrażeń o tym kraju, wyniesionych z westernów i paru filmów społecznych, które spodobały się cenzorom. Pieśni protestu śpiewane w „Hair” pobudzały tęsknotę Polaków za kontrkulturą (podobnie, jak za każdą inną „kontrą”). Podzielaliśmy naiwną wizję Formana, ponieważ jego idealizacja najzwyczajniej nam odpowiadała. W dużym stopniu złożyły się na to braki repertuarowe. Nie dotarł do nas głośny film „Woodstock” – obowiązkowa pozycja w rozwoju każdego domorosłego hippisa. Ale grano go w Czechosłowacji, dokąd polska młodzież udawała się na „ pielgrzymki” (podobnie jak dziesięć lat później ciągnęła do Pragi, by zobaczyć Rolling Stonesów).

W polskich kinach nie było filmów, które doczekały się kultowego statusu w USA albo w krajach Europy Zachodniej. Nie dotarł do nas „Easy Rider” (1969), nie było „Alice’s Restaurant” (1969), a przecież „edukacja kontrkulturalna” nie była bez dzieł owych możliwa. Zabrakło „Performance” (1970), choć trafił na polskie ekrany inny film z Mickiem Jaggerem w roli głównej – „Ned Kelly” (1970), australijski pseudo-western. Chybiony, a więc – dla cenzorów – bezpieczny. Docierały do nas popłuczyny – filmami „kultowymi” stawały się w Polsce dzieła drugorzędne i całkiem dziś na świecie zapomniane, np. „Znikający punkt” (1971). Pokazywano „Żółtą łódź podwodną” (1968), lecz oglądano ją dla muzyki Beatlesów, kiedy widownie zachodnie zachwycały się psychodeliczną animacją. Muzykę znano tam na pamięć, zaś „psychodelia” zatrzymała się u nas na hicie
Kwiaty we włosach. Reszta była czerwona – jak gitary.

Nic nie może stać się kultowe z drugiej ręki. Pewnych dzieł w Polsce nie było, ale wystarczała poprzedzająca je fama. Wyskok na Zachód był okazją do odrobienia kinowych zaległości i przywiezienia kilku kultowych płyt. Pokazywana w telewizji „Restauracja Alicji” nie budzi dzisiaj wzruszeń – szkoda. Ostatni album The Beatles –
Abbey Road – nie znalazł się w każdym polskim domu (obok „Pana Tadeusza” oraz „Dzieł wszystkich” Budki Suflera), chociaż leży teraz we wszystkich sklepach. Powinien był się tam znaleźć 30 lat temu. Niestety – każde dzieło ma swój czas. Moda to tylko chwilowy pęd ku nowościom. Ale dzieło sztuki – to ponadczasowe, czy kultowe – musi uderzyć we wspólną strunę, której dźwięk jest dźwiękiem epoki, jej kontekstu społecznego, czasem politycznego, zawsze ludzkiego. A dlaczego tak mało dzieł cieszących się nadzwyczajnym statusem mamy dzisiaj? Czemu nie wystarczają już „poprzedzające epizody” sprawdzonych przebojów z przeszłości (vide sukces, ale i rozczarowanie, towarzyszące najnowszym „Star Wars”)? I dlaczego – nawet kiedy coś poruszy naszą wyobraźnię – współczesny „kult” trwa najwyżej dwa tygodnie (vide „Matrix”)? A potem wracamy do macierzy.

Problem polegał na tym, że dzieła kultowe nie docierały tu wcale, lub docierały za późno. Dzisiaj większość filmów, płyt, a nawet książek, trafia do Polski od razu, nim doczekają się one szczególnego statusu w świecie, nim poprzedzi je fama. A może to zmasowany zalew produkcji sprawia, że nic nie staje się już „kultowe”?
Czy taka jest cena dokonanej przez media zamiany jakości na ilość? Odpowiedzi radzę poszukać w słowach tytułowej piosenki z „Hair”: Daj mi głowę z długimi, pięknymi włosami…

[URODA, 2000]

Popkulturystyka - Kulturystyka

Naszą witrynę przegląda teraz 17 gości