cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

niemen2
Czesław Niemen (1939-2004)

ARTYSTA ENIGMATYCZNY

Fascynował i drażnił. Wywoływał zachwyt i kpinę. Miał najciekawszy głos w dziejach polskiej muzyki popularnej. Ale nie zawsze wiedział, co z nim robić.

Był mi bardzo bliski. Niewątpliwie najbliższy w mojej edukacji rockowej. W latach licealnych nie opuściłem ani jednego koncertu Niemena w Warszawie, a działo się wtedy w jego twórczości wiele. Mam do niego emocjonalny, ale też ambiwalentny stosunek. Uwielbiam wiele z jego nagrań. Piosenka „Com uczynił” – moim zdaniem największy wzlot Niemena – do tej pory przyprawia mnie o dreszcz przy każdym słuchaniu. Ale też nie mogłem się pogodzić z wieloma wyborami Niemena.

W polskiej muzyce lat 60. był jednym z kilku filarów oryginalności – obok Grechuty, Skaldów, Ewy Demarczyk. Słuchał amerykańskiej muzyki soul i R&B, lecz śpiewał w biały, „kresowy” sposób. Nie imitował Murzynów, a pierwiastki wschodnie, owa słowiańska dusza rozdarta, manifestowały się w jego głosie nadając mu niezwykły walor. Był oryginałem – to prawda. Ale przede wszystkim był oryginalny.

Wczesne płyty Niemena zawierały urocze perły polskiej piosenki: „Pod Papugami”, „Wspomnienie”, „Płonie stodoła”. Ale dopiero utwór „Dziwny jest ten świat” w pełni objawił artystę odważnego i ekscentrycznego. A potem było już tylko lepiej, lepiej do tego stopnia, że Niemen stał się nagle najważniejszym twórcą swojego pokolenia. Bo płyta „Niemen Enigmatic” – zawierająca jego epokową kompozycję „Bema pamięci żałobny rapsod” – kazała nam słusznie wierzyć, że jest Niemen twórcą światowej rangi, polskim artystą bez niepotrzebnych kompleksów. Słuchaliśmy go z dumą.

Potem nastąpił jego szczytowy okres twórczy, ale też zabawa w „awangardę” (jak się wtedy określało eksperymenty muzyczne), coraz częściej prowadziła na manowce. Na tych eksperymentach najbardziej cierpiał – usuwany w cień – głos Niemena. Przyszła wreszcie era elektroniki, kiedy ów niepokorny artysta zaczął wystarczać sobie sam.

Niemen coraz częściej grał na instrumentach klawiszowych, bardziej szukając barw i technicznej wirtuozerii, niż duszy, która tak w nim fascynowała w latach wczesnych. Płyty „Katharsis” (1975) albo „Idée Fixe” (1978) zawierają bogaty materiał, ale nie zestarzały się dobrze. Słucham ich teraz w nowej, autorskiej reedycji, po kilkunastu latach przerwy (nie było wznowień na CD) i podobnie jak przed laty, żałuję, że taki był wybór artysty. Ostatnia wielka piosenka Niemena, tego wielkiego piosenkarza – „Nim przyjdzie wiosna” do wiersza Iwaszkiewicza – przyniosła mu Grand Prix na festiwalu Sopot 1979. Ale też była to faktycznie ostatnia piosenka Niemena. I ona, wykonana choćby solo przy fortepianie, byłaby dzisiaj klasyką – piękna melodia stawia ją w rządzie najlepszych utworów Niemena. Niestety – anachroniczne syntezatory i technika nagraniowa, także i tu odcisnęły niekorzystne piętno.

Przez następne dekady Niemen praktycznie milczał. Działalność kompozytorska dla teatru pozostała na marginesie jego wcześniejszych dokonań. Dręczyły mnie pytania: Dlaczego ten nieporównany wokalista coraz mniej śpiewał? Dlaczego skazał się na izolację i wolał zajmować wszystkim, tylko nie muzyką? Malował, rozwijał studio domowe, porządkował swój dorobek. Ale muzyki nie tworzył. Czyżby wygasł?

Częściowo znalazłem odpowiedzi na moje pytania uczestnicząc w nagraniu Niemena na koncercie w radiowej Trójce. Miała z tego powstać płyta koncertowa, lecz okazało się, że nie będzie to możliwie. Artysta rozmawiał z widownią, filozofował – piosenki służyły mu jako przerywnik. Opuściło go poczucie wszelkiej dramaturgii widowiska. Kiedy jednak zaśpiewał niezwykłego „Pielgrzyma”, pochyliłem czoła przed głosem, który był – tak samo jak dawniej – potęgą, monumentem, opoką. Żałowałem głosu.

Współpracowałem z Niemenem przy płycie dla Złotej Kolekcji. Zaskakiwały mnie jego wybory repertuaru. Na argument, że to ma być płyta z najbardziej „masowymi”, popularnymi utworami, usłyszałem, że on nie jest artystą masowym. Nigdy nie chciał nim być. Słuchając jednak radia w ciągu tych kilku dni od śmierci Niemena, nabrałem obaw, że to jego życzenie nigdy się nie spełni. Na każdej stacji słychać te same, stare, „masowe” piosenki – „Pod Papugami” i „Wspomnienie”. Wierzę, że hity Niemena są ponadczasowe i wiecznie młode, podzielam przekonanie, że będzie się ich słuchać zawsze. Ale obawiam się, że za wiele lat „Dziwny jest ten świat” będzie ostatnią pamiętaną i znaną piosenką Niemena. Tak jak dla mnie była kiedyś pierwszą.

Ostatni raz rozmawiałem z Niemenem odwożąc go do domu po koncercie znajomego muzyka jazzowego w radiowej Trójce. Nie mogłem powstrzymać się od zadania mu pytania: Dlaczego nie chce grać z zespołem? Najlepiej młodym, sprawnym. Zespół by go uskrzydlił, on przemówiłby raz jeszcze z pozycji „guru polskiego rocka”. Chociaż wydawało mi się, że znam odpowiedź, że przyczyna leży przecież w naturze artysty, ciekaw byłem, jak on sam uzasadni odmowę współpracy z muzykami. Zaskoczył mnie. Powiedział, że po prostu jest na to zbyt leniwy, że zespół to tylko próby i próby... Oczywiście nie była to cała prawda. Ale częściowa z pewnością.

Choć nie można powiedzieć, że Niemen był leniwy. On żył w innym wymiarze czasowym. Powiadamy o rozmaitych dziwakach, że to „kosmici”. Określenie to pasowało do Niemena szczególnie. Pojęcie czasu w jego świecie nie miało nic wspólnego z naszym. On był zupełnie poza. Po pierwsze, miał czas na absolutnie wszystko. Nie wiedział, czym jest pośpiech. Dyrektorzy wytwórni płytowych wyrywali sobie włosy z głowy po „negocjacjach z panem Czesławem”.

Oni cisnęli z terminami premier. Bo to, bo tamto, bo Opole. A on odpowiadał im na to, że niedługo wychodzi nowy program do miksowania wokali i że go sobie jeszcze w tym roku zamówi. Rok w tę albo w tę, to była dla niego chwila. Współpracując z Niemenem przy składance Złotej Kolekcji zdałem sobie sprawę, że on nie spostrzegł, iż od wydania poprzedniej płyty z nowym materiałem minęło ponad 20 lat. W jego pojęciu minęła najwyżej jedna chwila. Zresztą nic szczególnego się nie wydarzyło.

Izolacja fizyczna i psychiczna, która wybrał – świadomie lub nieświadomie – naraziła go na bolesne zderzenie ze światem zewnętrznym przy wydaniu pierwszego albumu po okresie trwającego niemal ćwierć wieku milczenia. „Spodchmurykapelusza” (taki jest tytuł tej płyty) ukazało się w 2001 roku i jednogłośnie rozczarowało wielbicieli talentu artysty. Grzeczni recenzenci najchętniej pisali o tym, że książeczkę do płyty zdobią reprodukcje obrazów malowanych przez Niemena. A niegrzeczni zauważyli, dlaczego Niemen nie wydał płyty od ponad dwudziestu lat. Na nowym albumie nie było po prostu ani jednej piosenki! Własne teksty, własna muzyka, własne obrazy i fajerwerki pretensjonalności przybranej w pseudo-norwidowską pozę „wieszcza”, daremnie oczekującego zrozumienia u współczesnych. Sobie śpiewam a muzom.

Artysta obraził się na recenzentów i polemizował z nimi na łamach miesięcznika Tylko Rock, gdzie od lat publikował felietony. Napisał nawet, że im dłużej słucha „Spodchmurykapelusza”, tym bardziej mu się podoba... Po czym powrócił do innego projektu, który ciągnął się od 1995 roku: reedycji dyskografii w serii zatytułowanej „Od początku”. Pierwsze sześć tytułów ukazało się przed laty nakładem Polskich Nagrań. Potem Niemen obraził się na piratów i porzucił projekt. Wznowił go przed dwoma laty pod auspicjami Polskiego Radia. Fani czekali na kolejną szóstkę, czyli twórczość artysty z lat 70. i 80. Niemen sam robił cyfrowe masteringi swoich płyt.

W opinii fachowców nie potrafił tego robić, ale zaopatrzył się w odpowiedni sprzęt i przejął pełną kontrolę także nad tym etapem procesu wydawniczego. Ale tym razem to choroba zaczęła przeszkadzać artyście w pracy. Przez cały rok 2003 przesuwały się terminy premiery box-setu z albumami 7-12 serii „Od początku”. Ukazały się pod koniec roku. Artysta pracował nad masteringami w szpitalu podczas leczenia.

Niemen pozostawił po sobie na płytach uporządkowaną dyskografię podstawową. Poza dwunastoma albumami składającymi się na serię „Od początku” istnieje wiele płyt z udziałem Niemena, m.in. „Muzyka telewizyjna i teatralna” (1971), przepiękny album sygnowany nazwiskami Kurylewicz/Warska/Niemen. Zawsze ceniłem wkład artysty w takie projekty, jak „Na szkle malowane” (1970) i „To pejzaż mej ziemi – Beat Oratorio” (1972). Nie wolno także pominąć nagrań zagranicznych Niemena. Było ich wiele, m.in. znakomicie zagrana amerykańska wersja „Bema pamięci...” (Mourner’s Rhapsody – CBS, 1974). Heroicznie walczący z chorobą artysta do samego końca nie tracił nadziei na wyleczenie i robił plany na przyszłość. Seria zagranicznych albumów miała się ukazać pod tytułem „Niemen na pomieszane języki”. Miejmy nadzieję, że Polskie Radio doprowadzi do wydania tej edycji.

Proszę mi wybaczyć, że to pośmiertne wspomnienie artysty przybierało chwilami formę „księgi skarg i zażaleń”. Tłumaczyć może mnie najwyżej bardzo emocjonalny stosunek do tej twórczości i do tego człowieka. Jak napisałem na początku, Niemen był mi bliski przez całe życie. Jego funkcjonowanie poza czasem niczego w tym nie zmieniło, ponieważ zawsze był dla mnie artystą ponadczasowym. Nigdy nie miałem też wątpliwości, co do jego wielkości. Ten głos, ta muzyka, ta odważna, oryginalna twórczość, zostaną ze mną na zawsze. Podobnie jak wspomnienie Czesława Niemena. Wielkiego artysty, który nie zawsze szukał swej wielkości tam, gdzie była mu dana.

[NOWY DZIENNIK, 2004]

Popkulturystyka - Pożegnania...

Naszą witrynę przegląda teraz 17 gości