cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

LC-Torwar-1-100
TAK MOŻNA SIĘ ŻEGNAĆ


1 października Leonard Cohen wystąpił w Warszawie. Pisałem niedawno o światowym tournee artysty, dziś więc refleksja bardziej osobista.

Kiedy w czerwcu poleciałem na koncerty Cohena do Kanady, artysta powitał mnie jak starego znajomego. Ale nasza znajomość jest stosunkowo świeżej daty. Byłem, to jasne, na koncercie w Sali Kongresowej w Warszawie w 1985 roku [moją szeroką relację z tego wydarzenia wraz z fotografiami można znaleźć na stronie www.leonardcohenfiles.com pod "Concert Memories Warsaw 1985" – materiał wzbogaca pełen zapis scenicznych wypowiedzi Leonarda Cohena]. Pasjonowałem się tą twórczością od czasów licealnych. Zafascynowała mnie „egzotyczną” – była taka dla młodego człowieka w PRL – atmosferą rozpaczliwej dekadencji, zatracenia w seksie i w religii. Już samo to połączenie odróżniało wiersze Cohena od znanej mi poezji. 

To właśnie na wierszach Cohena nauczyłem się angielskiego, co przydaje mi się w życiu do dzisiaj. Na jego piosenkach przećwiczyłem podstawy gitary – do dziś zagram je nuta w nutę. „Opanowałem wszystkie twoje palcówki” – pochwaliłem się kiedyś Cohenowi. „To mogło cię zrujnować” – zażartował. Nie, nie zaszkodziło to bynajmniej moim palcom, ale też nie potrafiłem zrozumieć, jak można „katować” piosenki Cohena w sposób tak niemiłosiernie przaśny, jak czynili to u nas niektórzy popularyzatorzy barda. Nie rozumieli, co śpiewają?

Ja sam spotkałem się z Cohenem po raz pierwszy w Berlinie w 2001 roku. Odbyliśmy długą rozmowę, której towarzyszyła 12-letnia whisky. Wydał wtedy album „Ten New Songs”, jego kolejny Wielki Powrót (jak płytą „I’m Your Man” w 1988). Nasze kontakty zacieśniły się w czasie pracy nad polskim przekładem „Księgi tęsknoty”. Nie ukrywam, że było to spełnienie marzeń owego dzieciaka, który ćwierć wieku wcześniej nie uważał na wykładach, zapisując we wszystkich akademickich notesach fragmenty tworzonych przekładów ulubionego poety. Uważam zresztą, że jest to najlepsza książka Leonarda Cohena i jego najpełniejszy obraz.

Potem była – tyleż niespodziewana, co przemiła – wizyta artysty w Polsce w ubiegłym roku. Towarzyszył w promocji płyty Anjani, swojej najnowszej muzie. Spotkaliśmy się we troje w Warszawie, kulminacją był koncert piosenkarki na antenie radiowej „Trójki”. Sala Osieckiej ma około dwustu miejsc, każdy występ tam jest kameralny, każdy kontakt intymny. Tylko dla polskiej publiczności Cohen zrobił wyjątek i zaśpiewał z Anjani dwa duety. Co za wieczór!

Teraz powrócił w pełnej glorii. Pisałem o wrażeniach z wczesnej części tournee z Kanady. Ku mojemu radosnemu zdumieniu, te z Warszawy są jeszcze bardziej fantastyczne. Wypełniony po brzegi wielotysięczny Torwar stał się nagle miejscem magicznym. Stołeczna publiczność (w przeciwieństwie do wrocławskiej sprzed dwóch dni) reagowała żywiołowo i adekwatnie – nie bez znaczenia był znaczący udział obcokrajowców. Ja siedziałem na Torwarze w środku pierwszego rzędu, bliżej artysty stał tylko jego chórek. Zespół zgrał się kapitalnie przez cztery miesiące w trasie. Cohen przetasował nieco repertuar – gra teraz więcej „starych kawałków”, nie zmienia to jednak faktu, że kładzie nacisk na bardziej dojrzałą część twórczości (płyty z lat 80. i 90.) i utwory nowsze: „First We Take Manhattan”, „The Future”, „Boogie Street”.

Dla mnie środa 1 października 2008 roku była długim dniem. Od porannych wywiadów w TVP (m.in. „Kawa czy herbata”, gdzie trzeba zameldować się około 7:00 rano), przez hotel, gdzie poznałem osobiście zespół (owszem, włącznie z siostrami Webb), próbę na Torwarze (Leonard osobiście dogląda dźwięku i sprawdza zespół w rozmaitych aranżacjach), po tzw. Green Room, gdzie popijałem z Cohenem białe wino. Jednak koncert przebił i te przeżycia.

Jego zespół prowadzi Roscoe Back, grający na 5-strunowej gitarze basowej i na kontrabasie. Jest on także instruktorem w zakresie własnej techniki gitarowej, autorem podręczników. To jego niezwykle melodyjna gra wypełnia najgłębsze „doły” aranżacji. Perkusista Rafael Gayol ma dosyć trudną rolę – gra wyjątkowo wolne tempa. Sam Cohen mówi o nim our timekeeper. Siedząc na kawie, jeszcze w hotelu z nim i z Roscoe popisałem się dowcipem o perkusiście Cohena, który przeczytałem albo wymyśliłem wiele lat temu: When you play drums for Leonard Cohen, you hit the beat and go for a coffee. Rafael skręcał się ze śmiechu.

Organista Neil Larsen ma na koncie grę w przeróżnych formacjach jazzowych oraz nagrania z takimi artystami, jak George Harrison czy The Rolling Stones. Uwielbiam go za to, że wycina na Hammondzie B3 jak na Hammondzie B3, a nie na „zwykłym instrumencie klawiszowym”. Coraz mniej muzyków rozumie różnicę. Jego solo w „Hallelujah” to perła muzyki organowej. Mistrzem podobnej klasy jest gitarzysta Bob Metzger. Jaka dyscyplina! Ani jednego dźwięku za dużo. Głęboki, bogaty akompaniament. I to solo w „Bird On The Wire” – każdy muzyk, który przedstawiany z nazwiska zaczyna przebierać palcami powinien uczyć się od niego.

Dwóch muzyków stanowi osobne kategorie. Cohen wprowadził różne instrumenty etniczne na płycie „Recent Songs” (1979). Przez całe lata grywali z nim Ormianie. Teraz koncertującą pozycję zajął Hiszpan, Javier Mas z Saragossy. Jego maleńka bandurria otwierała preludiami wiele utworów, m.in. „Who By Fire”. Rozmawiałem z nim w garderobie o pięknym koncercie muzyki Cohena, jaki Javier poprowadził przed rokiem w Barcelonie (jest edycja CD/DVD pt. „Acordes con Leonard Cohen”). Javier ma już swoje lata, za to drugi główny solista Cohena to człowiek bardzo młody. I bardzo utalentowany. Dino Soldo gra na wszystkim! Saksofony, harmonijki ustne (także chromatyczne), elektroniczne instrumenty dęte (ma ich całą baterię). A kiedy ma przypadkiem „wolną chwilę”, wzbogaca brzmienie zespołu na klawiszach albo gitarze. Jego solo na harmonijce w „Hey That’s No Way To Say Goodbye” to czysta perła! Nie zdziwiło po tych imponujących popisach, gdy w jednym z utworów sięgnął po... fagot.

Wizytówką brzmienia Cohena zawsze były żeńskie chórki, ale do tej pory tworzyły je dwie wokalistki – teraz ma trzy. Nie trzeba przedstawiać Sharon Robinson, która skomponowała, zaaranżowała, zagrała i zaśpiewała wszystkie (!) dźwięki na albumie „Ten New Songs” prócz wokali Cohena (on był „tylko” autorem i wykonawcą tekstów). Cudny, aksamitny czarny głos o szerokiej skali. Sharon Robinson wydała teraz świetną płytę solową „Everybody Knows”. Dwa pozostałe głosy należą do filigranowych sióstr Webb, Hattie i Charley z Anglii. Obie grają także na instrumentach akustycznych, poszerzając od czasu do czasu aranżacje. Na prośbę Cohena wykonują w duecie jego natchnioną modlitwę „If It Be Your Will”. On przedstawia je zawsze słowami the sublime Webb Sisters na co absolutnie zasługują. Delikatność ich głosu harmonizuje doskonale z piosenkami Cohena. I z ich urodą.

A sam Leonardo? Elegancki jak zawsze – doskonały garnitur, na głowie kapelusz „fedora”. Śpiewa z pokornym zrozumieniem swoich ograniczeń, co oznacza, że potrafi uczynić z nich atut. Melorecytację Cohena charakteryzuje emisja lektora oraz to, czego nie ma żaden lektor – ta jego nieprawdopodobna zmysłowość i głębia. Nic dziwnego, że udziela się ostatnio na tylu płytach właśnie jako recytator. A do tego dochodzi jego kontakt – bliski, naturalny, uprzejmy. Cohen jest bardzo uprzejmym człowiekiem. Kiedy po raz kolejny dziękuje publiczności za łaskawą uwagę, kiedy po raz kolejny przedstawia muzyków – jest naprawdę wdzięczny. Polskiej publiczności przekazał podziękowanie szczególne. Za to, że... wytrwała.

Leonard Cohen pokazał, co to znaczy klasa. Artystyczna, ale także ludzka. Przymuszony do występów, których zapewne nie planował, zorganizował najlepszy zespół, z jakim dotychczas zdarzyło mu się grać. Narażony na zarzuty, że ruszył w trasę dla pieniędzy, śpiewa codziennie przez blisko trzy godziny, dając show wyczerpujący nawet dla młodszych wykonawców. Ale i tak jego największym walorem jest jakość materiału, powaga kontaktu, głębia przekazu. To wszystko uszlachetnione wyjątkową charyzmą artysty. I oplecione muzyką o przejmującym pięknie. To niebywałe, jak piosenki Cohena zyskują na nowych, koncertowych aranżacjach. Pożegnanie z publicznością stało się niezapomnianą ceremonią duchowego zjednoczenia.

Na pierwszej płycie artysty – zatytułowanej po prostu „Piosenki Leonarda Cohena” (1968) – znalazło się wiele klasycznych dzisiaj utworów, które nadal znajdują się w jego repertuarze. Między innymi „Suzanne”, „The Stranger Song”, „Sisters Of Mercy” i „So Long Marianne”. Do ulubionych należy piosenka „Hey, That’s No Way To Say Goodbye”, czyli „nie można się żegnać w ten sposób”. Cztery dekady później Leonard Cohen pokazał swojej publiczności, w jaki sposób powinno się żegnać. Lecz, paradoksalnie, pożegnanie wcale nie wydaje się przez to łatwiejsze. I teraz nie jestem już nawet pewien, czy polecę w przyszłym roku na koncerty Cohena do USA. Nie jestem też pewien, czy będę z nim jeszcze kiedyś rozmawiać. Nie mam natomiast najmniejszych wątpliwości, że nie mogę zapamiętać go... lepiej. Mego ulubionego artysty, który grał „tylko dla mnie” przez trzy godziny i grał najlepiej w życiu. „Thank you, Teacher” – napisałem Leonardowi w ostatnim liście. Od nikogo nie nauczyłem się więcej.

Mogę zdradzić, że koncern SONY/BMG pracuje intensywnie nad wydaniem zapisu z tej trasy – mówi się o CD/DVD. I całe szczęście. To tournee zasługuje na unieśmiertelnienie jak żadne inne. I będzie to pamiątka na zawsze. Zwracam się zarazem do Czytelników mieszkających w USA – jeżeli lubicie Leonarda Cohena choć trochę, zróbcie wszystko, żeby posłuchać go na żywo, kiedy w przyszłym roku będzie występować w Ameryce Północnej. A warto zapłacić każdą cenę. Warto zrobić sobie tę przyjemność, bo jest to przy okazji świetna „inwestycja”. Jak często możemy dostarczyć sobie przeżyć, które nie wyblakną w nas do końca życia?

LCTorwar2f

Zdjęcia: RAFAŁ NOWAKOWSKI


1.X.2008 – Warszawa (Torwar)

(I) Dance Me To The End Of Love, The Future, Ain't No Cure For Love, Bird On The Wire, Everybody Knows *, In My Secret Life *, Who By Fire, Heart With No Companion, Hey That’s No Way To Say Goodbye, Anthem

(II) Tower Of Song, Suzanne, Gypsy Wife, The Partisant, Boogie Street *, Hallelujah, Democracy, I'm Your Man, Take This Waltz

(BISY) So Long, Marianne, First We Take Manhattan, Famous Blue Raincoat, If It Be Your Will, Closing Time, I Tried to Leave You, Whither Thou Goest **

Autorem wszystkich piosenek jest Leonard Cohen z wyjątkiem (*) Leonard Cohen & Sharon Robinson oraz (**) Guy Singer

[NOWY DZIENNIK, 2008]

Leonard Cohen - Archiwum

Naszą witrynę przegląda teraz 42 gości