cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

LC_wyw_3_OK_small
Ten New Songs (Columbia, 2001)
LEONARD COHEN – DZIESIĘĆ NOWYCH PIOSENEK

Piosenkarz, poeta, prozaik. Bawidamek i buddyjski mnich. Kochanek pięknych dwudziestoletnich muz Nowego Jorku – Joni Mitchell, Judy Collins, Janis Joplin i Nico.

Miłośnik tureckich papierosów oraz francuskiego wina. Przy tym asceta. Wszystko już chyba zostało o nim powiedziane, ale za rzadko podkreśla się fakt  najbardziej niezwykły: Leonard Cohen nagrał dziesięć płyt z nowym materiałem na przestrzeni ponad trzydziestu lat i tylko to tłumaczy ich wyjątkowy poziom. Teraz czekaliśmy na nowy album Cohena dziesięć lat, ale – jak zawsze – warto było poczekać. Nosi tytuł  Ten New Songsi zawiera… dziesięć nowych piosenek.

MACHINA: Szkoda, że tak rzadko nagrywasz płyty.

LEONARD COHEN: Ludzie często mi to mówią. To mi daje do myślenia…

Dlaczego przestałeś grać na gitarze na płytach? Nadal robisz to na koncertach.

Ostatnio wróciłem do komponowania piosenek przy gitarze, więc – jak Bóg da – pojawią się one na następnych płytach. Niedawno wyciągnąłem gitarę z pokrowca i przeniosłem ją do studio, które mam w garażu. Gitara jest znowu nastrojona…

Dlaczego ją w ogóle odłożyłeś?

Chodziło o rytmy, które zaczęły mnie interesować. Były bardziej złożone niż w moich dawniejszych piosenkach. Syntezator dał mi możliwość eksperymentowania.

Album I’m Your Man (1988) był dla fanów wielką niespodzianką. Pierwsze wrażenie było: Co to – u diabła – jest?! Czy jest jakaś linia graniczna pomiędzy Cohenem do Various Positions (1985), a Cohenem późniejszym, czy to tylko kwestia brzmienia?

Chyba rzeczywiście leży tam granica, chociaż nie było to rezultatem żadnej strategii. Przede wszystkim obniżył mi się głos. To po pierwsze. Ale poczułem także potrzebę rozszerzenia pasma piosenek w dół i wzbogacenia sfery rytmicznej. Syntezatory zaś interesowały mnie długo wcześniej zanim stały się popularne. Zwróciłem uwagę już na pierwsze instrumenty elektroniczne, nawet prymitywne. Bawiłem się już dawno małym Casio. Nie odłożyłem gitary na dobre i nigdy nie miałem zamiaru tego robić, ale rzeczywiście przestałem jej używać w nagraniach. Oczywiście na pewien czas.

Na kilkanaście lat… Przyznasz, że „mnich z syntezatorem” brzmi dość paradoksalnie. A w dodatku mnich zwany przez braci „Cichym” [Jikan – buddyjskie imię Cohena].

Tak naprawdę, to bardzo rzadko grałem na syntezatorze, który mam w swojej chacie. Brakowało mi na to czasu, bo mamy tam niewiele wolnego czasu. Na szczęście dla mnie byłem na tyle niedobrym mnichem, że zostawili mi trochę swobody…

Po dwudziestu pięciu latach zaangażowania nazywasz siebie „niedobrym mnichem”?

A wiesz dlaczego? Dlatego, że znam kilku dobrych.

Ciekawe ile wydali albumów? Moje pierwsze wrażenie po wysłuchaniu twojej najnowszej płyty było takie: Jak udało ci się tak skutecznie stłumić gniew?

Na ostatnim albumie? Myślę, że nagrałem go w duchu pojednania.

Nie mówię, że nie ma tam gniewu, ale jest dobrze ukryty. Całkiem inaczej niż na płycie The Future (1992), gdzie śpiewałeś „To już koniec – przyszłość to zbrodnia”. Nie ma tu piosenek drapieżnych, bijących w twarz…

To prawda, atmosfera nowego albumu jest bardzo zrelaksowana. Wydaje mi się też, że słuchając go można zatrzymać się na powierzchni. Nie ma potrzeby, albo raczej nie ma przymusu zagłębiania się, wchodzenia „pod powierzchnię” – czy to muzyki, czy tekstu. Można się jej poddać i spokojnie popłynąć na fali. Zawdzięczamy to Sharon Robinson, która jest współautorką muzyki i która sama ją nagrała.

No właśnie – dlaczego Sharon? Nigdy dotąd nie potrzebowałeś współautorów…

I nadal ich nie potrzebuję. Ale pisaliśmy już razem w przeszłości [Everybody Knows, na płycie I’m Your Man i Waiting For A Miracle na The Future – przyp. DW] i byłem z tej współpracy bardzo zadowolony. Dlaczego nie napisałem piosenek samodzielnie? Pracowałem całkiem samodzielnie w klasztorze i nie miałem tam wielu kontaktów z ludźmi spoza naszego bractwa. Ale zaraz po powrocie do Los Angeles wpadłem na Sharon – przypadkiem, w centrum handlowym. Odnowiłem naszą znajomość, zresztą bardzo bliską: jestem ojcem chrzestnym jej syna, a jej rodzina zna dobrze moje dzieci. Pracowaliśmy ze sobą w przeszłości. Sharon śpiewała w moim zespole w 1979 roku i od tamtej pory przyjaźnimy się. Wielokrotnie rozmawialiśmy o możliwości dalszej współpracy i postanowiliśmy spróbować napisać razem parę nowych rzeczy.

Od czego zaczęła się ta współpraca tym razem?

Miałem sporo gotowych tekstów. Pracowałem nad nimi od wielu lat, ale nie byłem pewny, czy nadają się na piosenki. Nie wiedziałem, czy są to piosenki, czy może nie. Dałem jej kilka z nich i zabawne – od razu skomponowała muzykę do My Secret Life, wiersza nad którym ja sam pracowałem. Podobnie było z A Thousand Kisses Deep, utworem, do którego również próbowałem już wcześniej napisać muzykę.

A więc jednak były to piosenki. Ale nie połączyliście swoich wersji?

Nie. Doszło do drobnych poprawek, ale jej podejście do muzyki spodobało mi się. Zaczęliśmy nagrywać ten materiał w moim garażu i zrozumiałem, że jej kompozycje mają pewien walor spokoju i zrelaksowania, nastroju, który mnie samemu umykał. Piosenki z jej muzyką są delikatne i miękkie, zapraszają do słuchania. Wtedy nagle zdaliśmy sobie sprawę, że zaczyna nam z tego wychodzić pełen projekt. Najnowszy album powstawał w bardzo przyjaznej atmosferze współpracy. To chyba słychać.

W przeciwieństwie do albumu, który powstał we współpracy z Philem Spectorem… [Death Of A Ladies’ Man, 1977].

Zawsze podkreślam, że przyjaźniłem się z Philem. Ale miałem nieszczęście trafić na jego najbardziej „wagnerowski” okres i niezwykle trudno było z nim pracować…

Napisałeś piosenkę „Nie ma lekarstwa na miłość” [Ain’t No Cure For Love, 1988]. Inspiracją tekstu była plaga AIDS w latach 80-tych i związane z nią obawy. Powiedz jednak, czy udało ci się znaleźć lekarstwo na inne bolączki, które muszą cię trapić: blok pisarski i niemoc twórczą?

Już dawno pogodziłem się z tym, że piszę bardzo wolno. Opowiadam anegdotę o moim spotkaniu z Bobem Dylanem w latach 80-tych. Spytałem go, ile czasu zajęło mu napisanie piosenki I And I. Powiedział, że około pół godziny i zapytał mnie, ile czasu pisałem Hallelujah. Powiedziałem mu, że dwa lata. Skłamałem, bo naprawdę zajęło mi to cztery. Po prostu należy się albo do pierwszej, albo do drugiej „szkoły”. Wolałbym być w szkole szybkiej, ale zaakceptowałem fakt, że należę do wolnej.

Nie ma to zresztą najmniejszego wpływu na gotowe dzieło.

Żadnego. Sam fakt, że poświęci się pisaniu piosenki wiele czasu nie daje gwarancji, że będzie ona znakomitym dziełem. A czasami tworzy się coś wielkiego na kolanie… Ale gdybym wiedział, skąd bierze się dobre piosenki, bywałbym tam częściej.

[MACHINA, 2001]

LC-wyw-3-OK-full

Foto: archiwum DW

Leonard Cohen - Moje wywiady

Naszą witrynę przegląda teraz 144 gości