cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

aLC--DW-100 
Hotel „Four Seasons” – Berlin, 2001
CZŁOWIEK NIE JEST MONOGAMICZNY

Bard. Poeta i powieściopisarz. Postać kultowa. Jest najlepszym wykonawcą swoich piosenek, choć wiele z nich doczekało się licznych wykonań.

Pochodzi ze starej żydowskiej rodziny, zakorzenionej w mieszczańskim Montrealu i zasłużonej dla Kanady. Odebrał wykształcenie humanistyczne. Zawsze był buntownikiem. Zawsze śpiewał własne piosenki, choć zanim zaczął to robić publicznie, zdobywał liczne laury jako „nadzieja młodej kanadyjskiej poezji”. Zamieszkał na greckiej wyspie Hydra, na której kupił prosty dom. Sporo tam pisał. Często zmieniał miejsca zamieszkania. Farma w Tenneseee, Nowy Jork, Paryż czy Los Angeles to tylko kilka z miejsc, w których żył i tworzył. Ale do niedawna nie miał własnego miejsca. Mieszkał w hotelach. Powiadał o sobie: Jestem hotelem…

Uciekając przed zadręczającą go depresją zmieniał kontynenty i kobiety, narkotyki i rodzaje whisky. Ale nie znalazł wytchnienia dopóki nie wstąpił do klasztoru zen na górze Mt Baldy pod Los Angeles. Jest kucharzem swego japońskiego mistrza, Roshi. W 1996 roku został przyjęty do bractwa jako pełnoprawny mnich o imieniu Jikan, co znaczy „Cichy”. Zabawne, bo przecież tylko on komponuje muzykę w swej chacie. 

Uwielbiał kobiety i kobiety uwielbiały jego. Były ich w jego życiu dziesiątki, setki, może nawet tysiące. Fascynował wielkie gwiazdy swojego pokolenia: sławną Nico, Judy Collins, Joni Mitchell, Janis Joplin. Tej ostatniej poświęcił Chelsea Hotel #2, piosenkę o przypadkowym spotkaniu dwojga życiowych straceńców. Sam uważany jest za „poetę rozpaczy”, zaś londyński krytyk napisał przed laty, że do każdej płyty Cohena powinna być dodawana bezpłatna brzytwa. Ale nie będziemy podcinać sobie żył słuchając najnowszego albumu barda „Dziesięć nowych piosenek” (Columbia). Nowe kompozycje Leonarda Cohena powstały w duchu „pojednania ze światem”.

Na kanwie nowych piosenek rozmawialiśmy w berlińskim hotelu o wielu aspektach życia w ogóle i życia Leonarda Cohena w szczególności, popijając 12-letnią whisky Chivas Regal. Kilka kolejek. Głos Cohena nadal robi na żywo kolosalne wrażenie.

W naszej rozmowie padają cytaty z piosenek pochodzących z najnowszego albumu: In My Secret Life, A Thousand Kisses Deep, Here It Is oraz Boogie Street. Głównym motywem tych nowych tekstów jest przeciwstawienie zwykłemu, codziennemu życiu, naszego życia duchowego, w którym prawdy moralne nabierają realnych, a nie tylko umownych znaczeń. Nowym symbolem codzienności („życia wypełnionego pracą i pożądaniem”) jest w wierszach Cohena „Boogie Street”. To rozdzielenie ludzkiego życia na dwa światy (życie „tajemne” w opozycji do Ulicy Boogie) powraca w naszej rozmowie wielokrotnie. Odnoszę się w niej także do piosenki sprzed dziesięciu lat, The Future – bodaj najbardziej apokaliptycznego tekstu o naszej epoce, jaki napisano w minionej dekadzie. Najnowszy album rozpoczyna piosenka In My Secret Life.

DW: Czy trzeba odwoływać się do naszego „tajemnego życia”, żeby określić co jest dobre, a co złe? Czy nie potrafimy robić tego na co dzień?

LC: Bardzo trudno jest mi komentować własne piosenki, ponieważ wszystko, co chciałem w nich powiedzieć, już tam jest. Efekt końcowy to rezultat drobiazgowych zabiegów. Poza tym mówienie w prostych słowach o czymś, co zajęło mi wiele czasu właśnie na dobranie właściwych słów, zawsze jest uproszczeniem i najczęściej jestem potem rozczarowany i niezadowolony z tego co powiedziałem.

DW: Zapytam więc, czy owo życie „tajemne” jest pewnym rodzajem życia idealnego? Przeciwieństwem naszego prawdziwego, niedoskonałego życia?

LC: Nie jestem pewien, co było najpierw. I jakie życie jest tym, które możemy, albo też powinniśmy uważać za „prawdziwe”. Czy nasze życie codzienne, czy życie masek, które przywdziewamy na siebie? A przecież musimy zakładać maski. „Tajemnego” życia nie da się przeżyć w świecie, w którym wszyscy mają na sobie maski. W jednej ze zwrotek mówię, że dealer – rozumiany tu jako osoba, która stara się rządzić życiem innych ludzi, która jest reżyserem tego przedstawienia – chce, żebyśmy uważali, że wszystko jest albo czarne, albo białe. W naszym życiu codziennym tak to wygląda – podejmujemy decyzje, kierując się prostymi podziałami: coś jest czarne, albo białe. Ludzie nie oczekują decyzji opartych na odcieniach szarości. „Dealer chce, żebyśmy myśleli, że wszystko jest albo czarne, albo białe” – zaczyna się zwrotka. Ale dalej mówię: „ Dzięki Bogu to nie jest takie proste w moim tajemnym życiu”. Tak więc to nasze „tajemne życie” nie zna ani prostych rozwiązań, ani prostych prawd i kłamstw. Jest złożone i pełne odcieni. Tak też żyjemy, pośród wieloznaczności.

DW: Skoro podejmujemy decyzje w oparciu o tak uproszczone schematy ich rezultatem może być zupełna klęska…

LC: Powiedziałem w innej piosence [A Thousand Kisses Deep]: „Zostałeś wezwany, żeby stanąć twarzą w twarz ze swoją niepokonaną  porażką…”. Każdy człowiek przeczuwa widmo porażki. Prędzej czy później każdy dochodzi do wniosku, że jego życie nie potoczyło się tak, jak sobie tego życzył. Jego strategie okazały się nieskuteczne, zaś nadzieje płonne. Nasze życie przepełnione jest sprawami, które są nieuchwytne, albo pozbawione wymiernych, realnych znaczeń. Taka jest nasza codzienność. Wypełniają ją oderwane od siebie epizody i doprawdy nietrudno dojść do wniosku, że nie są one ze sobą powiązane żadnym spajającym sensem. A potem „zostajemy wezwani, żeby stanąć twarzą w twarz z niepokonaną porażką. I żyjemy dalej – tak, jakby nasze życie było prawdziwe i tylko przykryte tysiącem pocałunków…” Rozumiem przez to, że to, co nas spotyka, nie leży w naszych rękach. Nie od nas zależą konsekwencje naszych decyzji. Same decyzje wydają się należeć do nas, natomiast ich rezultaty leżą już poza naszą kontrolą. Próbujemy więc żyć pod przykryciem tysiąca pocałunków, czyli tam, gdzie potrafimy pogodzić się ze wszystkim, nawet z naszą nieuchronną porażką…

DW: I kolejny tekst, „Oto jest” [Here It Is]. Powiadasz w nim: „Niechaj wszyscy żyją, niechaj wszyscy umierają. Witaj, moja ukochana, i – moja ukochana – żegnaj.” Zastanawiam się, czy wszystko w naszym zwykłym życiu – nie tym „tajemnym” – jest względne? Czy wszystko zależy jedynie od punktu widzenia? Czy o tym mówisz?

LC: Mówię o rezygnacji z punktu widzenia. Osiągnięciu stanu, w którym jestem znużony własnymi opiniami. Przychodzi taki moment, wiesz? Ciągle musimy je wydobywać i demonstrować światu. Jak wyszkolone psy, które pokazują swoje sztuczki. Nasze opinie mają bawić albo prowokować innych ludzi. Szczerze mówiąc, nigdy nie interesowały mnie zbytnio moje opinie. Napisałem w innym tekście, że…

DW: „Głębokie przekonania przychodzą i odchodzą ”? [That Don’t Make It Junk].

LC: Brawo! „Wiem, że będzie mi przebaczone. Chociaż nie wiem, skąd to wiem”. Podobnie jak nigdy nie opracowałem strategii odpoczynku, ale znajduję wytchnienie. Nie wierzę w głębokie przekonania – głębokie przekonania przychodzą i odchodzą. Podobnie jak powierzchowne przeczucia. Albo jak opinie.

DW: Czyli głębokie przekonania nie różnią się zasadniczo od powierzchownych przeczuć?

LC: Nie. W świecie pozbawionym substancji nie ma między nimi różnicy.

DW: Ale nawet w świecie pozbawionym substancji…

LC: …żyjemy tak, jakby nasze życie było prawdziwe.

DW: Jeden z najmocniejszych tekstów jakie napisałeś, przynajmniej w ostatniej dekadzie, to „Przyszłość” [The Future]. Pozwól, że przywołam wers szczególnie znaczący: „Miłość jest jedynym motorem przetrwania”. To wspaniałe słowa, ale padły z ust człowieka, który nie wierzy w stałość miłości i możliwość przetrwania jej samej. Co więc jest „motorem przetrwania” – miłość, czy raczej poszukiwanie miłości?

LC: Miłość, o jaką mi tu chodziło, nie jest przeciwieństwem nienawiści, ani obojętności. Ona zawiera w sobie nawet nienawiść. Jest motorem wszystkiego. Napisałem: „Stajemy się z miłości i w miłości przepadamy” [Boogie Street].

DW: Ale z tego wynika, że to przetrwanie jest wszystkim. To prosta logiczna indukcja.

LC: Dla ludzi, podobnie jak dla innych żywych stworzeń, przetrwanie jest podstawowym życiowym programem. Po tym, jak wydamy na świat dzieci i wychowamy je, nasze życie przestaje mieć większe znaczenie. Taki jest nasz niezmienny program.

DW: A co różni nas od innych żywych stworzeń? Może to, że są wśród nas artyści? To im często zawdzięczamy, że życie jest w ogóle warte życia.

LC: To prawda. Ale nie zapominajmy o ludziach, którzy produkują szkocką whisky. Im także zawdzięczamy to, że życie jest czegoś warte.

DW: Zgadzam się, ale załamuje mnie statystyka. Ilu Niemców potrzeba, żeby narodził się jeden Beethoven? Leonardów Cohenów też nie mamy na tym świecie zbyt wielu…

LC: Statystyka jest bardzo przygnębiająca. Można się zupełnie zdołować…

DW: Na szczęście nie sprawiasz ostatnio wrażenia człowieka „zdołowanego”.

LC: Bogu dzięki, ostatni okres życia był dla mnie bardzo łaskawy. Moja rodzina i moi przyjaciele mają się dobrze. Udało mi się również sfinalizować kolejny etap pracy. Wdzięczność nie rodzi się w ludzkim sercu zbyt łatwo, ale nawet ja sam zacząłem ostatnio odczuwać jej pierwsze symptomy…

DW: I chyba znajduje to odbicie na najnowszym albumie, prawda?

LC: O tak, pojawiło się tam coś absolutnie nowego. Może spokój?… Nie – nie nazywam tego spokojem. Raczej odpoczynkiem, wytchnieniem.

DW: Czy wytchnienie jest w twoim rozumieniu podrzędne w stosunku do spokoju?

LC: Bardzo trudno określić właściwe znaczenie tych wszystkich „wielkich słów”. Zauważyłem, że mają to do siebie, że im bliżej się im przyglądamy, tym bardziej nieczytelne staje się ich znaczenie. Im bardziej precyzyjnie staramy się wysłowić, napotykamy na tym większe trudności z takim słowami jak „pokój”, „miłość” i „Bóg”. Ze wszystkimi tak zwanymi „wielkimi słowami”.

DW: A jak radzisz sobie ostatnio ze swoimi słynnymi depresjami?

LC: Przydarzyło mi się coś bardzo dobrego. Zupełnie nie wiem z jakiego powodu. I chyba dlatego napisałem: „wiem, że będzie mi wybaczone, ale nie wiem, skąd to wiem”.

DW: Co to było? Zen, kobiety, whisky?

LC: Tego wszystkiego próbowałem już wcześniej. Niestety, bezskutecznie. Nic nie było w stanie wydobyć mnie z depresji. Depresja to poważna rzecz, ale ludzie nie zdają sobie z tego sprawy. Ja nie mówię o tym, że kogoś ogarnął blues. Nie mówię o straconym weekendzie. Mówię o sytuacji, w której rozpada się wszelkie oparcie dla codziennej aktywności. Nie uzurpuję sobie prawa do określonego „statusu w cierpieniu”. Moje cierpienie jest niczym w porównaniu z cierpieniem, które widzimy w tym świecie na każdym kroku. Ale też w moim prywatnym mikrokosmosie cierpiałem na depresję i bardzo istotna część mojej aktywności poświęcona była walce z nią. Próbowałem naprawdę wielu rzeczy – wielu filozofii, narkotyków, wielu kobiet. Szukałem ratunku w piciu i w sztuce. I nic. Do czasu, gdy zostałem mnichem w klasztorze i zamknąłem się przed światem na kilka lat. Nie wiem, jak to się stało, ale znalazłem rozwiązanie.

DW: I naprawdę lubisz wstawać o trzeciej rano?

LC: Zazwyczaj wstaję o drugiej trzydzieści.

DW: Rozumiem, że dobrze ci to robi, ale czy można polubić taki styl życia?

LC: Polubiłem to, co dzięki temu osiągnąłem. Początkowo budzi się w nas silny opór. To zrozumiałe, że tak radykalna surowość życia budzi w nas sprzeciw. Jeżeli opór okaże się wystarczająco silny, człowiek odchodzi z klasztoru. Tam nie ma turystów. Nie ma też gości – przynajmniej nie na dłużej. Jeżeli jednak pokonamy naturalny sprzeciw i zdołamy nagiąć się do rygorów klasztornego życia, może ono dać poczucie wielkiego komfortu. Przede wszystkim nie podejmujemy żadnych decyzji. Rozlega się dźwięk dzwonka lub kołatki i trzeba iść tam, gdzie trzeba iść. I wypełnić swoje obowiązki. Byłem tam kucharzem – przez wiele lat. Gotowałem dla naszego nauczyciela.

DW: Co gotowałeś? Czy była to kuchnia koszerna?

LC: Można tak powiedzieć, bo była ściśle wegetariańska. Łączyła więc – i to niejako naturalnie – rygory zen oraz tradycji żydowskiej. Podobnie, jak godzę je ja sam.

DW: Skoro już jesteśmy przy rygorach. Pisałeś wielokrotnie o dyscyplinie – to ważne słowo w twojej twórczości poetyckiej i piosenkarskiej. Można jednak było odnieść wrażenie, że wolisz ją egzekwować, niż poddawać się jej. Czy sam polubiłeś dyscyplinę?

LC: Powiem tak. Lubię jasno określone struktury. Zapewne dlatego, że moje życie było bardzo chaotyczne i nieuporządkowane. Nowy tryb życia sprawia mi satysfakcję.

DW: Czytając twoje teksty utożsamiałem dyscyplinę z poddaniem. Teraz odnoszę wrażenie, że ty sam poddajesz się pewnej wyższej dyscyplinie, narzuconej niejako „odgórnie”.

LC: Można tak powiedzieć.

DW: A z jak wysoka ją czerpiesz? Czy jest to zen, czy może judaizm? Zen nie jest religią…

LC: Cieszę się, że to powiedziałeś. Ludzie nie zdają sobie z tego sprawy i bardzo często pytają mnie o konflikt pomiędzy zenem a judaizmem…

DW: Nie ma pomiędzy nimi żadnego konfliktu.

LC: To samo odpowiedziałem, kiedy Alan Ginsberg zapytał, jak mi się udało uporać z „konfliktem pomiędzy zenem a judaizmem”. Opowiem ci zabawną historię. Kiedy mieszkałem w klasztorze przybyło tam dwóch rabinów, Chasydów, którzy mieszkali w miasteczku u stóp góry. Dowiedzieli się, że na górze jest Żyd – Żyd w buddyjskim klasztorze! Przyszli więc mnie ocalić! Zaprosiłem ich do mojej chaty, a tam paliła się „menora”, siedmioramienny świecznik. Trwały właśnie święta Hanukach. Dopalały się ostatnie płomienie i ich odbicia tańczyły na ścianach chaty. Rabini byli zdumieni, ale zrozumieli, że ich misja jest bezcelowa. Ucieszyli się. Posiedzieliśmy razem parę godzin śpiewając chasydzkie pieśni, pijąc i paląc. Odwiedzali mnie wiele razy…

DW: A co paliliście? Papierosy? Wiem, jak palą Chasydzi, ale powiedz, co to było?

LC: Papierosy. Ale bardzo dobre, tureckie. Nie wiesz czasem, gdzie można je tu kupić? Na pewno mają je w Berlinie, mieszka tu przecież społeczność turecka i to spora…

DW: Ani narkotyki ani alkohol nie są lekarstwem na egzystencjalne bolączki. Powiedz mi więc, co jest złego z kobietami? Kochamy je, pożądamy ich, nie potrafimy żyć bez nich i nie wytrzymujemy z nimi. Dlaczego nie tworzymy trwałych związków?

LC: Nie wiem. Chciałbym to wiedzieć, ale nie wiem. Stopień rozwodów w Stanach Zjednoczonych osiągnął już 50 procent. Rokowania są więc raczej beznadziejne… Nie sądzę jednak, że z kobietami jest coś złego, podobnie jak nie można winić tą sytuacją samych mężczyzn. Myślę, że taki już jest nasz ludzki dylemat…

DW: A co powiesz o ludzkiej naturze? Czy jesteśmy z natury monogamiczni, czy nie?

LC: Jedne gatunki są monogamiczne, inne nie…

DW: A my?

LC: Zacytuję inną piosenkę z najnowszej płyty, pod tytułem „Nad mrocznymi rzekami” [By The Rivers Dark]: „Zajrzałem do swego wnętrza i zobaczyłem rozwiązłe serce i ślubną obrączkę”. Przez cały czas poruszamy się pomiędzy tymi przeciwieństwami – z jednej strony rozwiązłość, z drugiej ograniczenia. Społeczeństwa opierają się na połączeniu jednej skrajności z drugą. Bez narzuconych ograniczeń zapewne do tej pory pożeralibyśmy się nawzajem. Ale też rozwiązłość jest nam przypisana równie trwale. Nie wyobrażamy sobie człowieka bez tej permanentnej sprzeczności…

DW: Każdy człowiek nosi w sobie podstawową sprzeczność pomiędzy naturą a kulturą.

LC: To właśnie miałem na myśli mówiąc o rozwiązłym sercu i ślubnej obrączce.

DW: Dlaczego więc pewne małżeństwa są w stanie przetrwać? Czemu to przypisujesz? Bezradności? Poczuciu beznadziei? A może tylko zwykłemu przyzwyczajeniu?

LC: W moim odczuciu to nie my sami kontrolujemy nasze życie.

DW: W takim razie kto?

LC: To kolejne pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć. Wszystko dzieje się własnym rytmem. A my musimy tylko udawać – być może nie jest to właściwe słowo – może musimy „grać”, że to wszystko dzieje się naprawdę i że nasze wybory należą do nas.

DW: Jesteś więc deterministą? Fatalistą?

LC: W pewnym sensie tak. Ale i tutaj popełniamy uproszczenie. Życie idzie naprzód, ale nie dzieje się to według naszego planu. Jesteśmy tylko jednym z milionów gatunków. Zajmujemy nasze miejsce i odgrywamy naszą rolę. Ale na czym polega Wielki Plan – nie mam pojęcia. Napisałem w piosence Boogie Street

DW: Rozumiem, że „Ulica Boogie” to nasza ukochana planeta?

LC: Owszem. To nasze codzienne życie, życie wypełnione pracą i pożądaniem. Życie, do którego musimy codziennie wracać, nawet po rzadkich chwilach „rozpłynięcia się”… Mówię w tej piosence: „Pocałowałaś mnie w usta i tyle – wracam na Boogie Street”. Zawsze tam wracamy. Zawsze tamtędy chodzimy. Ulica Boogie jest wszędzie – czy będzie to dom, rodzina, praca czy buddyjski klasztor…

DW: Nawet klasztor?

LC: Oczywiście! Nawet bardziej, niż gdzie indziej. Klasztor jest mikroskopem, szkłem powiększającym, pod którym wszystko wygląda wyraźniej, zaś „Ulica Boogie” jest tam bardziej intensywna, jeszcze lepiej widoczna. Buddyści mają takie powiedzenie: Kamienie w worku wycierają się o siebie. Przez cały czas obijamy się tam o siebie i odzywają się wszystkie naturalne emocje: odrzucenie, nienawiść, miłość, obojętność. A nie można wyjść i zatrzasnąć drzwi. Pracujemy z mnichami i widzimy się z nimi nazajutrz. Klasztor to „Ulica Boogie” w powiększeniu. Najważniejsze jest odrzucenie siebie, ale osiągamy stan, w którym jesteśmy zbyt zmęczeni, żeby nam na zależało na czymkolwiek. Włączamy zwolniony bieg i jesteśmy gotowi zaakceptować wszystko.

DW: A jak, w takim razie, wygląda przyszłość? Na twoim przedostatnim albumie [tytuł to THE FUTURE, czyli „Przyszłość”] przyszłość jawiła się jako „piękna apokalipsa”…

LC: Niestety, moje przewidywania sprawdziły się. Nie zamierzam ich tutaj nobilitować nazywając „przepowiedniami”, ale gdy runął berliński mur i rozpadł się sowiecki blok pojawiła się atmosfera oczekiwania. I już po chwili wybuchł w Europie najbardziej krwawy konflikt od czasu drugiej wojny światowej. Niestety, moje przewidywania sprawdziły się… Zaś wracając do „Ulicy Boogie” – mój stary nauczyciel powiedział mi kiedyś: Możesz odwiedzić raj, ale nie mógłbyś tam żyć. A dlaczego? Dlatego, że nie ma tam ani restauracji, ani toalet. A my w naszym codziennym życiu nie możemy obyć się ani bez jednych, ani bez drugich. Ludzie żyją na Ulicy Boogie, a jedyne, co przed sobą mają to… przyszłość. Cytat? „Widziałem przyszłość, bracie. Przyszłość to zbrodnia”. Niestety, ale wygląda na to, że nie istnieje nic, co mogłoby pohamować nasz nienasycony apetyt na krew i na rozkosz. Seks i zabijanie to nasze dwa podstawowe popędy. Taka jest nasza natura. Niestety, niestety…

[PANI, 2001]

aLC--DW

Foto: archiwum DW

Leonard Cohen - Moje wywiady

Naszą witrynę przegląda teraz 91 gości