cheapest online indian pharmacy for prednisone or generic buy Prednisone with american express prednisone online no prescription fed x purchase cheap prescription prednisone buy Prednisone free consultation Buy Propecia canadian online pharmacy priligy priligy shipment to albania purchase Doxycycline doxycycline hyclate can you buy tramadol online buy Prednisone pay cod generic prednisone canada prednisone c.o.d. buy ventolin inhaler antibiotics guide ventolin inhaler coupons buy tramadol online no prescription cod antibiotics effects prednisone on line buy ventolin online usa prescribing prednisone tablets australia buy online zithromax

Dylan_Wawa_small
BOB DYLAN W WARSZAWIE

Nie zdążyłem się nacieszyć koncertami Leonarda Cohena w Kanadzie, a musiałem wskakiwać do samolotu i wracać do kraju. W ten sam weekend Bob Dylan grał w „Stodole”. Niektórzy nazywają to klęską urodzaju. 

Ale o jakiej klęsce mówimy? Dobrego nigdy za wiele i gdyby nie nieoczekiwany koncert Dylana w Warszawie zostałbym w Toronto na cały weekend i nacieszył się Cohenem do syta. Złośliwość losu? Dwóch moich ulubionych bardów w tym samym tygodniu. Nie szkodzi, że na dwóch kontynentach, świat zrobił się bardzo mały. Leonard Cohen występował u nas w 1985 roku. To już kawałek czasu, byłem wtedy na studiach. Bob Dylan grał w Polsce w 1994. Mieszkałem wtedy w Nowym Jorku i nie mogłem go zobaczyć ani w warszawskiej Sali Kongresowej, ani na legendarnym – przerwanym przez urwanie chmury – koncercie na krakowskim stadionie. Nota bene bootleg z Krakowa znajduje się na kolekcjonerskiej liście Top 50 Must Have – to był fantastyczny koncert (i bodaj najlepsza wersja piosenki „Shelter From The Storm”). Na szczęście los mniej złośliwy wynagrodził mi te straty w ciągu miesiąca. Dylan grał w Polsce w lipcu 1994 roku, a już w sierpniu słuchałem go na żywo z tym samym zespołem na festiwalu Woodstock ’94 – oczywiście stojąc po kolana w błocie...

W warszawskim klubie „Stodoła” Bob Dylan wykonał zestaw utworów pochodzących ze znakomitej ostatniej płyty, „Modern Times” (2006). Zagrał również kilka piosenek starych, m.in. „Love Minus Zero/ No Limit”, a nawet protest songów: „The Lonesome Death of Hattie Carroll” i „Ballad of Hollis Brown”. Nie zabrakło klasyki: „Highway 61 Revisited” i „I Shall Be Released”. Występ zamknął epokowy „Like a Rolling Stone”. A jednak wykonania te nie miały nic z nostalgii. Bob Dylan gra dla wtajemniczonych. Nieprzygotowany słuchacz mógłby w ogóle nie rozpoznać znanych, starych piosenek. Jeden z największych darów Dylana-wykonawcy, to absolutnie nieprzewidywalny sposób frazowania, podawanie tekstu w sposób, który nigdy nie powtarza się dwukrotnie (nasuwają się porównania z Milesem Davisem ze świata jazzu). Dylan śpiewa (beczy, mruczy, zawodzi, zrzędzi, skarży się, skamle, utyskuje) bez poczucia, że ma do przekazania jakiś tekst. To paradoks u poety, którego Leonard Cohen nazwał „Picassem piosenki”. Dylan jest instrumentem – jak jego harmonijki. Fenomenalny zespół, który towarzyszy mu od lat (genialna sekcja rytmiczna), gra ostrego blues rocka. Głośno, mocno, bez przebaczenia. Nikt nie próbuje robić tu komukolwiek przyjemności. Jest w tej muzyce bezkompromisowość i prawda. Urzeczywistnia się w niej prywatna „mitologia Delty”, którą tworzy artysta.

Dylan tradycyjnie kojarzony jest z gitarą, na której opanował już we młodości pełen zakres technik bluesowych i ludowych. Zaadaptował je do instrumentu elektrycznego, a po latach ukonstytuował się jego styl: akompaniament plus swobodne (choć nigdy wirtuozowskie) improwizacje techniką solową. Okazjonalnie – na koncertach, a także w nagraniach studyjnych – artysta zasiadał przy fortepianie. Lecz w ostatnich latach Dylan coraz częściej grał na żywo na klawiszach, a na gitarze coraz rzadziej. Zwykle wykonywał akustyczny „przerywnik”, akompaniując sobie w dwóch, trzech utworach na gitarze i wykonując je solo. Jak za dawnych czasów (nie powiedziałem dobrych).

Dylan_art_300_hTymczasem w Warszawie w ogóle nie wziął gitary do ręki. Dlaczego? Takie rzeczy wiedzą tylko tzw. kompleciści. Czyli ludzie, którzy mają wszystko (w tym absolutnie wszystkie nagrania koncertowe, są to tysiące dysków) i wiedzą wszystko o ulubionym artyście. Powiedziałem kiedyś, że „komplecista” ma alternatywę: wszystkie nagrania Dylana, albo kozetka psychoanalityka. Zgodzili się entuzjastycznie. Rzecz jasna oni wybierają pierwszą opcję. O wyjaśnienie tej zmiany poprosiłem więc króla polskich „komplecistów” (a zarazem jedynego polskiego kolekcjonera notowanego od lat w światowym obiegu), Artura Jarocińskiego. A oto co mi odpowiedział: „Bob Dylan cierpli na dotkliwe dolegliwości kręgosłupa. Musi więc unikać dźwigania ciężarów – elektryczna gitara waży parę ładnych funtów. Na tym tournee grał już tylko dwa, najwyżej trzy numery na gitarze. I dopiero 26 maja na koncercie w Kopenhadze, pierwszy raz w ogóle nie sięgnął po ten instrument. Teraz będzie to rzadkość.”

Wśród książek, jakie przywiozłem dzień wcześniej z Kanady, wyróżnia się wielkością i wagą imponujący tom „Bob Dylan: The Drawn Blank Series” (Prestel USA, 2008).To kolejny, ale po raz pierwszy tak obszerny, wybór prac plastycznych mistrza piosenki. Zainteresowania Dylana sztuk sięgają lat 60. W następnej dekadzie pobierał nawet lekcje rysunku. Lecz od początku zdradzał talent i charakterystyczny, indywidualny styl. Opinie fachowców brzmiały: „Ten facet wie, co robi’. Na szerokich wodach kultury popularnej Dylan-rysownik zapisał się kilkoma okładkami płytowymi: debiutanckiego albumu The Band oraz własnej płyty „Planet Waves”. Obraz człowieka, który stworzył rysunki i szkice zamieszczane w nowszych wyborach jest doprawdy przerażający. To temat na poważną psychoanalizę, lecz pewne sprawy widać jak na dłoni. Po pierwsze, jest to dojmująca samotność. Tematyka prac Dylana mówi sama za siebie. Widoki z okien. Świat widziany z autobusów i moteli. Życie to droga, Dylan jest uzależniony od estrady. Ukazuje świat pusty, niemal wyludniony. Po drugie: Nagie Murzynki (poza skłonnością do alkoholu jest to jedyna słabość artysty). Jedna, czasem dwie. Na krześle, na łóżku. W wulgarnych pozycjach.

Bob Dylan. Picasso piosenki. Don Kiszot zagubiony w mitologii Delty i walczący z mirażami Nowego Orleanu i Nowej Jerozolimy. Najbardziej nieszczęśliwy człowiek na świecie? A może tylko "kotek w studni"? Bezbronna jednostka, ewolucyjnie skazana na samotność w zwężającej się – niczym złowrogi lej – studni oszalałej cywilizacji.

Bob Dylan z zespołem, 7 czerwca 2008 – Stodoła

Tweedle Dee & Tweedle Dum, Love Minus Zero/ No Limit, Rollin' And Tumblin', The Lonesome Death of Hattie Carroll, Lonesome Day Blues, Workingman's Blues #2, Ballad of Hollis Brown, Honest With Me, Make You Feel My Love, The Levee's Gonna Break, Beyond the Horizon, Highway 61 Revisited, Ain't Talkin', Summer Days, I Shall Be Released – Bisy: Thunder on the Mountain, Like a Rolling Stone

Skład: Bob Dylan – śpiew, instrumenty klawiszowe, harmonijki;

Stu Kimball – gitary; Denny Freeman – gitary; Donnie Herron – pedal steel, banjo, mandolina, skrzypce; Tony Garnier – gitara basowa, kontrabas; George Recile – perkusja

[Nowy Dziennik, 2008]

Dylanbiletfull-880

Satysfakcja - Bob Dylan

Naszą witrynę przegląda teraz 19 gości